Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Mam 37 lat. Po 17 latach wróciłam z Nowego Jorku do Polski. W tym czasie zwiedziłam całe Stany, ale nigdy nie odwiedziłam kraju.

Od siedmiu miesięcy mieszkam w Krakowie i buduję swoje życie od nowa. W kraju, który kiedyś nazywałam domem. No właśnie, gdzie jest dom? To pytanie słyszę teraz na każdym kroku. Nigdzie i wszędzie - to jedyne, co przychodzi mi na myśl.

Kiedy raz skoczyło się do oceanu emigracji, pojęcie domu przyjmuje formę abstrakcji, mimo że podświadomość dąży do jego zdefiniowania. W Nowym Jorku na każdą Wigilię musiałam mieć na stole kutię, tak jak u babci, kiedy jeszcze żyła. W swoje pierwsze święta w Krakowie jej nie zrobiłam. Tu, w Polsce, poczułam się zwolniona z obowiązku dbania o tradycję. Samo bycie wystarczyło. Teraz się powstrzymuję, żeby nie prosić nowojorskich przyjaciół o przysłanie mi ulubionego płynu do prania. Tak bardzo chciałabym jeszcze przez chwilę poczuć zapach tamtych 17 lat.

Buduję siebie i swoje życie w Polsce zupełnie od nowa. Nie można tak po prostu wrócić do miejsca, gdzie się wszystko zostawiło. Nie ma już tego wszystkiego. A ja jestem kimś innym.

Wyjechałam w wieku 19 lat i nie była to świadoma decyzja

Nie wierzę też w przeznaczenie. Los niczego nie chciał.

Urodziłam się w mieście, w którym było mi za ciasno i za duszno. Zawsze gdzieś mnie gnało.

Kiedy wyjeżdżałam, byłam świeżo po maturze z wątłym planem studiów w Warszawie na wydziale prawa, którego tak naprawdę nigdy nie chciałam studiować.

17 lat później stałam na lotnisku JFK z biletem w jedną stronę do Polski. W bagażu miałam dyplom ukończenia uniwersytetu stanowego Fashion Institute of Technology na wydziale architektury wnętrz i dziesięć lat doświadczenia w zawodzie. Zostawiałam najcudowniejszą rodzinę, jaką mogłabym sobie wymarzyć: moich przyjaciół. Obok mnie stał mój mąż, a przed nami nieznane. Nie widzę, nie słyszę, nie mówię i skok na głęboką wodę.

Dlaczego mniej bałam się wyjazdu do Stanów niż powrotu do mojego kraju? Chodzi o wiek? Czyżby tylko tyle? Ukształtowało mnie milionowe miasto. Jego ludzie, ich historie. Jego zapach i smród. Jak to wszystko teraz zapakować do walizki i przenieść? Jak podjąć decyzję o takim skoku? W końcu jest w miarę bezpiecznie i wszystko wydaje się poukładane. Dlaczego robić coś, co miałoby zburzyć porządek? Bo zaczęliśmy podawać w wątpliwość swoją akceptację tego porządku. Doszłam do wniosku, że jestem na drodze ku stagnacji. Wiedziałam, że jeżeli zostanę, to nie zmienię nic.

Poza tym czułam, że któregoś dnia zabraknie sił i to miasto wyssie ze mnie wszystko, co kiedyś mi dało. Nie chciałam tego stracić. Chciałam wyjechać przepełniona emocjami, pozytywną siłą. Kiedy sama zasiałam w sobie to ziarenko niepewności, nie było już odwrotu. Musiałam dać sobie szansę i skoczyć. W takim momencie pytanie o to, czy się uda czy nie, przestaje mieć znaczenie. Potrzeba zmian jest większą siłą.

W telefonie mam zdjęcie, które zrobiłam z okna samolotu odlatującego z Nowego Jorku. Wracam do niego często i za każdym ściska mnie w gardle - to jak żal po utraconym kochanku. Zerwałam z kimś, z kim łączyła mnie bardzo intymna wieź. Świadomość, że odchodzę nie dlatego, że przestaję kochać, ale dlatego, że wiem, iż tak będzie lepiej dla nas dwojga, jest bolesna.

W 1999 roku wzięłam ślub w parku w Saratoga Springs

Mąż stał się moim partnerem we wszystkim. Wsparciem, kiedy już się nie chce. Tego samego roku złożyłam papiery do wymarzonej szkoły i zostałam przyjęta. Nogi mi się trzęsły i nic nie rozumiałam. Każdego dnia wracałam do domu z płaczem i każdego ranka z trudem wstawałam, aby kontynuować to, co zaczęłam. Groźba poddania się czyhała na mnie za każdym rogiem, ale takiej opcji nie było. Miałam cel, chciałam sięgnąć chmur.

Cztery lata studiów to ciągłe niewyspanie. Projekt za projektem, ale przede wszystkim ciągła walka ze sobą. Ciągłe kwestionowanie tego, czy mam prawo tu być. Przekonywanie siebie, że musi się udać. Pierwszy projekt, a ja nie rozumiem, o co chodzi. Cudowność tamtej szkoły polegała jednak na tym, że większość z nas była "skądś". Nie czułam się sama. Zawsze pojawiał się ktoś chętny pomóc, wytłumaczyć. Udało się. Po czterech latach siedziałam w auli Radio City Hall gotowa odebrać swój dyplom. Szczęśliwa. Nabrałam wiary w siebie. Każdy Amerykanin powie: "Dam radę". Tego się tam nauczyłam i jest to lekcja warta każdych pieniędzy.

Niedługo przed pójściem do szkoły mój mąż był wykonawcą projektu, którego celem było przerobienie piwnicy pod słynnym Chelsea Hotel w bar. Właścicielką była Serena Bass. Brytyjka z pochodzenia i właścicielka świetnie prosperującego biznesu catering. Niesamowita kobieta z cudownym poczuciem estetyki i umiejętnością stworzenia wyjątkowej atmosfery zawsze i wszędzie. Kiedy pierwszy raz weszłam do piwnic Chelsea Hotel i stanęłam na ugorze ziemi otoczona zimnymi lochami i czerwoną cegłą, Serena wzięła mnie pod rękę. Oprowadziła mnie po miejscu, które już nazywała barem, roztaczając wizję - za parę miesięcy będzie tu pięknie. Potrafiła mówić z takim entuzjazmem, że jej oczami widziałam to, co ona. Przez następne kilka miesięcy przychodziłam tam codziennie i każdego dnia na moich oczach realizowała się czyjaś wizja. Czyjaś wyobraźnia zmieniała się w gotową przestrzeń. Kiedy ta przestrzeń zaczęła już żyć swoim życiem, a przed drzwiami ustawiły się kolejki klientów, kiedy "New York Times Magazine" opublikował już zdjęcia baru zaprojektowanego przez Serenę, wiedziałam, że też chcę projektować. Zdałam sobie sprawę, że byłam maleńką cząstką procesu powstawania nieprzeciętnego miejsca, które będzie cieszyć ludzi i które zapamiętają.

Tak narodziła się we mnie pasja do projektowania

Ten proces przemiany to jest moja adrenalina. Kiedy na koniec czwartego roku przedstawiłam mój projekt dyplomowy, egzaminatorzy byli podzieleni. I to był najlepszy komplement, jaki mogłam sobie wymarzyć dla mojej pracy. Nie wywołać letnich emocji.

Po skończeniu szkoły przez dziesięć lat projektowałam i zdobywałam doświadczenie. W pewnym sensie gromadziłam historie ludzi. Gdy projektujesz czyjś dom, budujesz z nim więź. Ty znikasz (albo i nie) z ich życia, ale zostaje cegiełka ciebie w przestrzeni, którą będą widzieć każdego dnia. W miejscu, które pozostawiasz po sobie, będą się kochać i bawić z dziećmi. Jeżeli będzie im tam dobrze, to znaczy, że moja praca została dobrze wykonana.

Pracowałam z aktorami, prawnikami, bankierami. Ludźmi o wybujałej wyobraźni i takimi, którzy nie są w stanie wyobrazić sobie, jak ma wyglądać toaleta w ich łazience. Ludźmi, którzy chcieli być prowadzeni za rękę, i takimi, którzy "wiedzieli wszystko". Część z nich pozostała moimi przyjaciółmi. Część wolę omijać szerokim łukiem. Nauczyłam się jednak szanować ludzkie wybory. Sprawia mi przyjemność świadomość, że pozostawiłam za sobą, w Nowym Jorku, zdecydowanie więcej klientów zadowolonych niż tych narzekających.

Po kilku latach dyskusji, wahań i skrajnych emocji związanych z decyzją o powrocie do Polski jestem na nią gotowa. Chcę odnaleźć siebie teraz i tutaj. Spoglądam z optymizmem w przyszłość i chcę budować moje szczęście w moim kraju. Ciągle jeszcze patrzę na wszystko jak zza szyby. Jakbym do końca nie była tu obecna i nie była częścią grupy. Wiem, że któregoś dnia ta szyba pęknie, ale póki jest, nie walczę z nią i nie chcę jej tłuc na siłę. Spróbuję wynieść z tego czasu kolejne doświadczenie życiowe. Zawsze żyłam tak, aby nie żałować niczego. Jestem szczęśliwa tu i teraz. Pewnie dlatego, że wiem, iż szczęście można budować wszędzie na świecie.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.