Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Na pierwszą prawdziwą wyprawę wyruszyłam w wieku dwóch lat. Moi rodzice żeglowali po byłej Jugosławii. Oczywiście nic z tego wyjazdu nie pamiętam - każde "wspomnienie" jest tak naprawdę dobrze przyswojoną historią, którą słyszałam w czasie oglądania starych slajdów.

Pamiętam za to inny wyjątkowy dzień. Miałam wtedy może 11 lat. Poszłam do ogrodu, gdzie siedziała moja mama i zapytałam: "Mamo, czy mogę jechać z Martyną do Bielska? (pochodzę z Cieszyna, a Bielsko-Biała leży mniej więcej 26 km od mojego rodzinnego miasta). Ona odpowiedziała: "Tak".

To była moja pierwsza prawdziwa podróż. Dziś jeżdżę dużo dalej, często sama, kilka razy w roku.

W mojej emigracji nigdy nie chodziło o pieniądze ani o szukanie lepszego życia

Nie wyjechałam, bo było mi źle, ale dlatego, że tam było nieznane, inne. Każdy musi jeść, ale poza tym to wygodne życie czy bogacenie się w sensie materialnym nigdy nie było dla mnie priorytetem. Myślę, że "niewygodnie" jest o wiele bardziej twórcze (tak, są granice). Zawsze czułam to, co moja mama nazywa pazernością na życie, a ja głodem nowych doświadczeń.

Emigracja zaczęła się od tego, że wymyśliłam sobie, że moje dziennikarskie studia mogę kontynuować w Pradze i połączyć w ten sposób kilka pasji: medioznawstwo, filologię czeską i chęć mieszkania za granicą. Teraz myślę, że podświadomie szukałam ucieczki, dystansu i zbudowania siebie na nowo.

Przed rozpoczęciem studiów musiałam zdać trudny egzamin po czesku. Konkurencja była spora. Zdałam, ale myślę, że byłam pierwsza nad kreską. To było przeznaczenie, cud, ruletka i nie ma w tym fałszywej skromności. Zdałam i nie mogłam się już wycofać. Spakowałam się i douczałam języka w biegu. Byłam jedynym obcokrajowcem na roku, nie licząc kilku Słowaków, więc mój koślawy język utrudniał mi poznawanie nowych ludzi. Ale od tego czasu minęło już siedem lat.

Niektórzy pytają mnie, kiedy wracam. To złe pytanie

Wracać, czyli być znowu tam, gdzie było się ostatnio. Tymczasem od ostatniego pobytu w Polsce byłam w tylu miejscach, że nie wiem, do którego miałabym wrócić. Wracanie to znalezienie się w punkcie wyjścia, w bazie. Dlatego nie wracam, choć nie wykluczam, że kiedyś znowu przeprowadzę się do Polski. Na razie nie tęsknię. I nie, nie marudzę, że w Polsce źle. Nie marzę też o polskich śledziach.

W nowym miejscu staram się otwierać, próbować, wchłaniać i wybierać to, co najbardziej moje, dokładnie tak, jak robiłabym to w Polsce. Jestem sentymentalna, kiedy myślę o ludziach, ale w Gruzji nie tęsknię za włoską pizzą, w Norwegii nie marzę o gruzińskich pierożkach, a w Czechach nie płaczę za polską wódką. A ludzie wszędzie niezależnie od kraju tak samo narzekają na rząd, podatki, drogi, prawo i pogodę.

No właśnie. Myślę, że moja wewnętrzna emigracja nie jest już związana z byciem w Pradze, bo po siedmiu latach Czechy stają się podświadomie moje. Tu mam przyjaciół, znajomych, kontakty. Tak, jestem ciągle tą Polką z nieuniknionym akcentem, jestem tą nie-Czeszką. Ale inna czułam się też przez lata w Polsce. Moja emigracja to nie mieszkanie za granicą, ale życie w drodze.

"A skąd jesteś?" - to pytanie słyszę w podróży bardzo często

W hostelu, na promie, w samochodzie, który zabiera mnie z pobocza, na wiejskiej ścieżce. To wstęp, punkt zaczepienia, znaczek na mapie, pierwszy niefizyczny opis.

Tylko, że dla mnie ojczyzna i dom, to nie kod pocztowy czy geograficzne granice, ale świat doświadczeń, ludzi, opowieści, kolejnych marzeń, pragnień, wyzwań, który noszę w sobie, nieważne gdzie jestem.

Na pytanie o pochodzenie najczęściej odpowiadam: "Jestem z Polski". Czasem dodaję miejsce, gdzie spędziłam dużą część dorosłego życia: "...ale mieszkam w Pradze". Tylko, że te dwa punkty na mapie to tak naprawdę tylko dwie trzecie odpowiedzi. Skąd jestem teraz? Gdzie ta brakująca część? Bardzo często w podróży zadaję sobie pytanie: "Czy mogłabym tu mieszkać?" Ta jedna trzecia jest elastyczna, nieokreślona, tęskniąca za wolnością, zafascynowana każdym nowym miejscem.

W tym roku kończę 30 lat. Nie mam mieszkania, kredytu, samochodu, a najdroższa rzecz, którą posiadam, to obiektyw do aparatu za 2 tysiące złotych (drugie na liście są buty do chodzenia po górach za 800 złotych). Korzenie zapuszczam tylko w relacjach międzyludzkich. Minimalizm to dla mnie wolność.

Czy jestem z Polski? Czy wyemigrowałam, czy ciągle migruję? Nie wiem. Czy kiedyś zapragnę czegoś, co ludzie lubią nazywać "stabilizacją"? Nie wiem. Czy jestem wolna?

Staram się.

Autorka prowadzi bloga askadjestes.wordpress.com .

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.