Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Mam sporo do powiedzenia i to na wiele tematów, bo, po pierwsze, jestem Polką i to czyni mnie specjalistką od wszystkiego, a po drugie, ha, jestem dzisiejszą "everywoman", a przynajmniej tak się czuję za każdym razem, kiedy otwieram gazetę.

Oceńcie sami. Toksyczne związki - było; ojciec alkoholik - a jakże; wtrącająca się matka - zgadnijcie; korporacja, Mordor, presja społeczna (żeby dziecko urodzić przed trzydziestką i kupić mieszkanie, a kiedy już kupiłam: "Może lepiej sprzedaj, takie małe, gdzie miejsce dla dziecka?"), szklany sufit, wreszcie: siostra przełożona Emigracja. Potem jej bliźniaczka Tęsknota, za którą posłusznie drepcze nieco zapomniana, ale ciągle mająca wiele do powiedzenia kuzynka Depresyja umęczonej duszy słowiańskiej. Kolejność pochodu według uznania.

I tu zaczynam się ja: siostra wyłożona na płasko, niczym buldog na panelach podłogowych w upalny dzień. Nawet trochę piany toczę z pyska. Pozwolę sobie pominąć niesmaczne szczegóły. W końcu miało być o emigracji.

Moja emigracja była bez sensu i bez celu

Miałam dobrą pracę w korporacji, całkiem wygodną kawalerkę w dobrej lokalizacji, ładne ubrania. Było mi wygodnie. Tak właśnie, wygodnie - bo ja jestem z tych, co chcą mieć święty spokój, obejrzeć sobie serial i zjeść żeberka. Tylko że uroiło mi się, że w jednym z krajów europejskich (z którego piszę i pozdrawiam) będzie mi jeszcze wygodniej. I tak mija już trzeci rok emigracji, a mnie momentami szlag trafia.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

 

Tak, zarabiam lepiej niż w Polsce, ale wydaję więcej, a jakość życia oceniłabym łaskawym okiem na połowę mojej lemingowo-mordorowej przeszłości. W miesiącu, w którym jadę na wakacje do Grecji czy Hiszpanii i przez dwa tygodnie jem, piję i byczę się, szastając kasą na prawo i lewo, i tak oszczędzam w porównaniu z tym, co tu na miejscu wydam na niezbyt wystawne życie.

Pogoda jest podła. Wszyscy ćpają. Poważnie, poprzednie mieszkanie w dzielnicy studenckiej opuściłam, bo wkurzał mnie diler cracku sprzedający pod moim oknem. Jego klienci pukali do mnie, co jeszcze było, powiedzmy, znośne, ale czasami sięgali po mniej cywilizowane metody zdobycia jakichkolwiek dóbr, które można wymienić na crack.

Strach pomyśleć, jak wygląda tu "zła dzielnica". W mojej aktualnej, "podmiejskiej i dobrej", policja wyważała wczoraj drzwi do sąsiadów. Nie pytam. Nie wiem. Nie chcę wiedzieć. Serial i żeberka, proszę?

Sprawy nie polepsza fakt, że jestem zaprzysięgłym singlem w związku

Mężczyzna obcokrajowiec kocha mnie bardzo, a ja czuję, jakbym kisła z tęsknoty za moją kawalerską kawalerką w Warszawie. Za nietłumaczeniem się. Za robieniem prania, kiedy to ja uważam, że należy je zrobić. Za brakiem kompromisów. Za podejmowaniem decyzji tylko za siebie. Kiedy czasami za mocno przyciska, wtedy pakuję walizkę i stawiam w kącie sypialni. Dzwonię do mamy. "Ale po co będziesz w Warszawie mieszkać, ja mam wolne piętro, sprzedamy tę kawalerkę, będziesz mogła dzieciątko mieć, mamusia się dzieciątkiem zajmie". Jakie dzieciątko? Z kim? Po co? Czy ja jestem jakimś pluszowym zwierzątkiem? Jakie "my", do jasnej anielki?

Ale dobrze, przecież kawalerka i kawalerskie życie czeka, a przed dzieciątkami i byciem pluszowym zwierzątkiem muszę bronić się nie tylko w Polsce, ale i na Antarktydzie czy w Australii.

Problem jest inny. Od maja bieżącego roku wysłałam 70 (słownie: siedemdziesiąt) aplikacji do firm w Polsce. Mam prawie osiem lat pracy w zawodzie. Prowadziłam własną firmę. Mam certyfikaty. Ale telefonów zwrotnych dostałam może trzy. Wynika z tego, że jestem wystarczająco dobra dla łowców głów z Londynu i Amsterdamu, ale za słaba na moją własną ojczyznę. Czyżby ktoś mi zrobił zły PR? Czy rozniosło się po Polsce, że wychodziłam z pracy po ośmiu godzinach?

Ta sytuacja trzyma mnie w Raju Wszystkich Polaków

Tu tęsknota za wiosną na Polu Mokotowskim jednoczy hydraulików, recepcjonistów i menedżerów. Chwila, wróć, przecież to tylko ja tęsknię. Bo tu podobno jest lepiej. Słyszę to na okrągło od innych emigrantów.

Gdzieś w głębi duszy mam nadzieję, że ten list przeczyta ktoś wielki i możny, a potem powie: "To przecież Ania, znam Anię, co ma się Ania na obczyźnie męczyć, wezmę i zadzwonię. Gdzie jest telefon do naszej Ani?". Ale Ania wie, że jedyne, co może zrobić, to próbować dalej i czekać na odpowiedź. Może się ułoży? Bo Ania sama z siebie nie ma siły na odchodzenie od kochających mężczyzn, szukanie pracy na odległość, fechtowanie się z własną rodziną, oddychanie obcym powietrzem, mokrym od ciągłego deszczu.

 

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.