Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kilka dni temu wypadła pierwsza rocznica naszego pobytu w Kalifornii. Czas na krótkie podsumowanie. Postanowiliśmy podzielić ten post na dwie części: moją (Agaty) i Norberta.

Agata

Wyjazd z Polski w nieznane był ekscytujący, ale też bardzo trudny. Musieliśmy zostawić za sobą wszystko, co do tej pory budowaliśmy. Rodzinę, przyjaciół, dom, znajome miejsca. Postanowiliśmy, że z materialnych rzeczy zabieramy tylko niezbędne minimum. Zapakowaliśmy dwie walizki, bagaż podręczny i dwa koty. Jeden karton, ważący 15 kg, wysłaliśmy pocztą (jesteśmy staromodni, dlatego większą część stanowiły płyty CD, przede wszystkim polskie akcenty: Brodka, Jelonek, Podsiadło, Organek. Dobrze się tego słucha, przemierzając amerykańskie bezdroża).

Dzień wylotu był dla mnie ogromnym przeżyciem. Ciężko było odkleić się od żegnających na lotnisku i powstrzymać łzy. Do tego wrzeszczące w klatce koty wprowadzały jeszcze bardziej napiętą atmosferę i przyprawiały o dodatkowy szloch. Przez większą część lotu z Warszawy do Kopenhagi wyłam jak bóbr. Później było raz lepiej, raz gorzej.

Po wylądowaniu udaliśmy się do wynajętego przez firmę mieszkania. Zostawiliśmy walizki i ruszyliśmy w poszukiwaniu niezbędnika dla zwierząt. I tu przeżyliśmy pierwszy szok, bo nie wyobrażaliśmy sobie, że sklep zoologiczny może być tak wielki i oferować np. przebranie dyni dla psa, bo akurat zbliża się Halloween.

Pierwsze dni to było oswajanie nowej rzeczywistości. Jet lag męczył mnie prawie 10 dni, zasypiałam o 17, wstawałam około 4. Dzisiaj myślę, że to było całkiem fajne. Siadałam na balkonie w środku nocy i miałam czas na myślenie o wszystkim, co akurat zaprzątało moją głowę. Przez pierwsze tygodnie zwiedzaliśmy też bardzo intensywnie, trochę tak, jakbyśmy za chwilę mieli stąd wyjechać. To był czas westchnień nad pięknem tutejszej przyrody, ale też zdziwienia nad panującymi zwyczajami.

Bo z tymi zwyczajami jest tak, że życie tu jest lekcją tolerancji. Większość mieszkańców Doliny Krzemowej to emigranci jak my. Wywodzą się z różnych kultur - ich przyzwyczajenia i zachowaniami były dla nas na początku trochę z innej planety.

Nadal mam dylemat moralny, kiedy w markecie stoję i bezczynnie czekam przy kasie, a zakupy pakuje mi pan w wieku 70+. Z jednej strony to fajnie, że ma pracę, nie siedzi w domu, wychodzi do ludzi. Ale z drugiej, sami rozumiecie...

Wciąż zaskakuje mnie, że młoda, zdrowa kobieta, wzywa osobę do pomocy, żeby odwiozła jej wózek z zakupami do samochodu.

Nadal podnosi mi się ciśnienie, kiedy rzeczone wózki trudno jest odprowadzić w odpowiednie miejsce, tylko porzuca się je na środku parkingu, tarasując przejazd albo wolne miejsce parkingowe.

Ciągle dziwią mnie osoby, które przy wadze oscylującej w granicy 200 kg, poruszają się po sklepie na specjalnym wózku, a w ręku dzierżą litrowy kubek z coca-colą i torbę chipsów.

Zastanawiam się też, jak to jest z tą legendarną uprzejmością w Ameryce. Bo rzeczywiście tu wszyscy są mili. Zawsze uśmiechnięci, pomocni i zadowoleni (nawet kiedy pracują za najniższą średnią krajową).

Cały czas głowię się, jak to jest, że maliny potrafią leżeć w lodówce przez tydzień i nie zmieniają wyglądu i smaku.

Wciąż nie mogę powstrzymać się przed komentarzem, kiedy widzę tort pokryty grubą warstwą kremu, który stoi w markecie gdzieś poza lodówką, a jego data przydatności liczy pewnie jakieś trzy lata.

Natomiast lubię to miejsce za brak nadęcia. Nie ma tu presji na wygląd, na to. jak jestem ubrana i jakim jeżdżę samochodem. Tutaj naprawdę mało kogo to interesuje.

Lubię to, że w 50 minut mogę być nad oceanem, a w niespełna 4 godz. jeździć na nartach w górach. Lubię tutejsze przestrzenie, cały czas zachwycam się pięknem i bogactwem przyrody. Uwielbiam San Francisco za to, że jest trochę oderwane od rzeczywistości, a największymi gwiazdami są tutaj piekarze.

Lubię różnorodność kuchni świata i to, że rytualnie co tydzień zjadam zupkę pho w naszej ulubionej wietnamskiej knajpce.

Lubię dostępność produktów spożywczych - mogę tu ugotować wszystko, na co tylko mam ochotę.

Nauczyłam się piec chleb, dokarmiać zakwas. Tutejsze "pieczywo", pomijając jego smak, śmierdzi tak bardzo, ze przechodząc w markecie obok alejki z chlebem, uciekam, gdzie pieprz rośnie.

Mimo że miałam niewiele sytuacji, w których musiałam korzystać z wizyt u lekarza, jestem zdania, że system zdrowotny w Polsce wcale nie jest taki zły. Tutaj system płatności jest tak niejasny, że każda wizyta czy badanie to trochę jak rosyjska ruletka. Nigdy nie wiemy, za co zapłaci ubezpieczenie, a co musimy pokryć sami. I czy kwota, którą będziemy musieli dopłacić, nie zrobi z nas bankrutów.

Pogoda jest zaskakująca. Od kilku lat panuje tu susza, deszcz padał tylko kilka razy przez chwilę. Jednak wbrew stereotypom w Kalifornii nie jest gorąco przez cały czas. Owszem, w okresie wiosenno-letnim i przez dużą część jesieni temperatury oscylują na poziomie 25-30 stopni, ale wieczory i poranki potrafią być naprawdę chłodne. Najniższa temperatura, jakiej doświadczyliśmy zimą, to 0 stopni Celsjusza, w dzień pewnie 10-12. Pogoda zmienia się też w zależności od miejsca. Podczas gdy w Santa Clara, w której mieszkamy, jest 30 stopni, w San Francisco jest mgliście i zimno.

Nadal nie opanowałam przeliczników. Celsjusze do Fahrenheitów, mile do kilometrów, funty do gramów, wciąż wzbudzają we mnie chwilową konsternację.

Przez ten rok wiele zobaczyliśmy i wiele przeżyliśmy. Zawarliśmy nowe znajomości, niektóre z nich szybko stały się dla nas bardzo cenne. Są takie osoby, które traktujemy już pewnie jak rodzinę i dzięki którym czujemy się tutaj dobrze.

Ten czas dużo nas nauczył. Były kryzysy, kiedy przez kilka dni płakałam w poduszkę z tęsknoty za rodzicami, za siostrą, za śledziami teściowej. Za sąsiadami z Ryżowej, z którymi jak z nikim innym doskonale pije się wódkę i od których zawsze można pożyczyć szklankę cukru (tutaj to chyba nie funkcjonuje). Za przyjaciółmi, na których zawsze można było liczyć.

Ten rok to też czas próby dla związku. Warunki są ekstremalne: stres, emocje, nowe sytuacje. Z mojej perspektywy pobyt tutaj nas wzmocnił i jestem pewna, że każde z nas wie, że możemy na siebie liczyć jak na nikogo innego.

Cieszę się, że tu jestem. Traktuję ten czas jako przygodę. Ale tęsknię za Polską. Za polskim jedzeniem (teraz znalezienie śledzi i twarogu w pobliskim meksykańskim sklepie urasta do rangi święta), za znajomymi miejscami, za deszczem i śniegiem zimą (bo choinka przy 20 stopniach na zewnątrz to jednak nie jest to samo, nawet jeśli spryska się ją sprayem imitującym śnieg).

Nadal trzymamy się planu, że jesteśmy tu tylko tymczasowo. Chcemy wrócić do Polski za pięć lat, Norbert już robi plany remontu mieszkania.

Czujemy się tu dobrze, ale wiemy, że tutaj nigdy nie będziemy u siebie. Chcemy maksymalnie wykorzystać ten czas i wrócić do domu.

Norbert

Minął rok od momentu, kiedy wraz z Agatą przewróciliśmy nasze życie do góry kołami, by spełnić jedno z naszych największych wspólnych marzeń - sprawdzić, jak żyje się w USA.

To, co przeczytacie poniżej, to moja refleksja, Agata opisała swoją wcześniej i nie komunikowaliśmy się przy tym, żeby każde z nas mogło napisać to jak najbardziej od siebie. Ot taki eksperyment.

Kiedy zakomunikowaliśmy rodzinie i znajomym, że wyjeżdżamy, część z nich pukała się w głowę. Pytali: po co? W Polsce mieliśmy fajne życie, każde z nas pracowało i miało jakieś szanse, by się rozwijać. Mieliśmy nasze rodziny i przyjaciół pod ręką, swoje mieszkanie, a w ostatnim czasie trochę pokręciliśmy się po świecie. Dwa razy odwiedziliśmy USA, co rozbudziło naszą wyobraźnię. Zwłaszcza mityczna Dolina Krzemowa, pełna dziwnych i inspirujących ludzi, serce innowacji i... (tutaj można dodać kilka modnych frazesów z portali dla start-upowców).

Ostatecznie postanowiliśmy wbić igłę z napisem "Kalifornia" w naszą bezpieczną bańkę i ruszyliśmy sprawdzić, co wart jest sławny na całym świecie amerykański sen.

Ameryka jaka jest, każdy wie z filmów i mediów. To olbrzymi kraj, który rządzi się swoimi prawami, a jego mieszkańcy starają się dbać o niego jak najlepiej. To, co do tej pory zobaczyliśmy, stanowi może 1 proc. całości.

Pierwszym zaskoczeniem jest cholerna uprzejmość, która choć bywa sztuczna, sprawia, że czujesz się dobrze, kiedy ludzie obsługują cię z uśmiechem, zagadują na każdym kroku i dzielą się z tobą informacjami. Bez względu na to, czy stoisz w kolejce do kasy, czekasz na jedzenie w restauracji czy robisz zakupy. Ludzie są tu otwarci i uśmiechnięci. Oczywiście to nie tak, że każdy jest na jakimś nienaturalnym haju, ale poza kilkoma napotkanymi przeze mnie urzędnikami, ludzie są tutaj przyjaźniejsi i milsi niż w Polsce.

Wart uwagi jest tutejszy patriotyzm, zarówno lokalny, jak i ten związany z krajem. Jest jak na filmach: flagi i hymn przy każdej okazji. To symbole powszechnie szanowane.Tak, ludzie kłócą się i obrażają w internecie, a różnice klasowe są dotkliwe, ale mimo to kiedy trzeba, potrafią się dogadać.

Ten patriotyzm nie przekłada się jednak na usprawnienie życia obywatelom, których dotyka np. mniejsza biurokracja. Wprawdzie wiele spraw można załatwić od ręki lub umawiając się na odpowiednią porę, ale są momenty, kiedy człowieka trafia szlag, kiedy musi dostarczyć do urzędu absurdalną ilość dokumentów oraz odczekać swoje w kilometrowej kolejce. W tym roku, podczas naszego pierwszego rozliczenia podatkowego, kilka godzin zajęło mi przekazanie wszystkich potrzebnych informacji. Tymczasem w Polsce, żeby złożyć deklarację, wystarczy zalogować się do systemu i po 15 minutach wszystko jest załatwione.

Podobnie jest z bankami. W XXI wieku w kraju tak mocno rozwiniętym technologicznie nadal królują czeki. Biega się z nimi do odpowiednich biur lub czeka na ich dostarczenie pocztą (zazwyczaj zwykłym listem).

Ich systemy internetowe są bardzo toporne, a za każdą operację płaci się dodatkowo. Naprawdę w Polsce nie jest tak źle, jak to się często powtarza. Jesteśmy trochę rozpieszczeni na polu obsługi klienta.

No i należy to powiedzieć głośno - w Stanach twoja historia kredytowa to przepustka do "bogatego" życia. Im więcej kont, kart, tym wyższy numerek w rankingu oraz lepsze warunki na nowe pożyczki. Ci, którzy mieli okazję wziąć kredyt w Polsce, doskonale wiedzą, że u nas wszelkie karty z linią kredytową zaniżają możliwości kredytobiorcy, tutaj zaś otwierają kolejne drzwi.

Teraz kilka słów o Dolinie Krzemowej: miejscu, które w świecie IT owiane jest mgiełką magii, a za sprawą Google'a czy Facebooka znane nie tylko informatycznym geekom. Oczywiście, jest prawda czasu i prawda ekranu. To miejsce faktycznie jest niesamowite, bo wypełniają je ludzie, których pomysły i motywacja są imponujące. Do tego dochodzi przeświadczenie wielu firm, że należy mieć tu biuro, co sprawia, że wszelkie wydarzenia dają możliwość na zbudowanie ciekawej sieci kontaktów. Nieważne, czy to domówka, BBQ czy konwent technologiczny.

Nie bez przyczyny wspomniałem o Facebooku i Google'u. Mimo olbrzymiej liczby firm, które mają tutaj swoje siedziby, na topie jest teraz Facebook. Nie ma nic bardziej prestiżowego niż pracować dla wielkiego niebiesko-białego "F" - oczywiście zdaniem ludzi z tej firmy. Google nadal przyciąga tłumy imigrantów, ale w samej Dolinie Krzemowej stracił trochę blasku. To oczywiście moja opinia zbudowana na bazie rozmów podczas różnych formalnych i nieformalnych dyskusji.

Nie można odmówić temu miejscu wyjątkowości, jednak nie jest ono tak idylliczne, jak kreują je media, które powielają dobrze sprzedające się miejskie legendy z serca Doliny. Ja postrzegam to miejsce jako odpowiednik Hollywood dla świata IT. Tutaj też ludzie przybywają, by spełniać marzenia, tylko zamiast scenariuszy trzymanych przy sobie, by wręczyć je znanym filmowcom, mają głowy pełne pomysłów na kolejną sexy aplikację czy portal społecznościowy, które uczynią z nich milionerów.

Jednak nie samymi urzędami, bankami czy pracą człowiek żyje. Kalifornia to przede wszystkim słońce, które świeci cały rok. To także bliskość gór i lasów, po których podróżujemy. To też surfing, który jest tutaj wszechobecny, oraz niesamowite jedzenie.

To był bardzo udany rok nie tylko ze względu na przygodę, ale też na niesamowity wpływ, jaki miał na nasz dwójkę. Mam wrażenie, że teraz jesteśmy razem niezniszczalni.

Autorzy prowadzą bloga www.ohhboy.pl

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.