Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Emigruję przez całe moje dorosłe życie. Zawsze na tym samym odcinku: Polska - Francja, Francja - Polska. Moja emigracja nigdy nie była natury zarobkowej, mimo że ani nie mam dużo pieniędzy, ani bogatego męża czy rodziny. Emigrowałam w poszukiwaniu piękna; tego Wielkiego Dziejowego Piękna w postaci zamków, pałaców, kamienic oraz piękna życia: słońca, ciepła, uśmiechu drugiego człowieka. To piękno odnalazłam we Francji. Manifestacją francuskiego stylu życia stało się dla mnie zdanie: "C'est la vie!" , powtarzane bez względu na to, czy jest się szczęśliwym, czy nie.

Moja emigracja miała trzy odsłony. Pierwszy raz wyjechałam wiele lat temu, kiedy zrozumiałam, że muszę jak najszybciej opuścić mój rodzinny dom, który nie miał mi nic do zaoferowania poza agresją, brudem i alkoholem. Zaczęłam studia na Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Po jakimś czasie udało mi się zdobyć stypendium do kraju moich marzeń z filmów "Niebieski" i "Czerwony" Kieślowskiego. Pełna nadziei i lęku wyjechałam sama w pierwszą wielką podróż, 2000 km od mojego rodzinnego miasta. Kierunek Poznań - Quimper w Bretanii, na skraju Europy. Miałam wtedy 19 lat. Spakowałam torbę, zabrałam 1000 euro i książkę do nauki języka francuskiego.

Pierwszym doświadczeniem była ogromna samotność, która spowodowała, że szybko straciłam dziewictwo i zaszłam w ciążę z nieodpowiednim człowiekiem. Usunęłam tę ciążę. Nikt mnie nie potępił. Dostałam za to dużo wsparcia od francuskich instytucji państwowych. Aborcja była moją i tylko moją decyzją, która wynikała z faktu, że nie chciałam dłużej zostać we Francji, a powrót do Polski z dzieckiem do patologicznej rodziny miałby dla nas obojga katastrofalne skutki. Zwłaszcza że w Polsce nie było, i po 12 latach nadal nie ma, dobrej opieki socjalnej.

Po pół roku zmagania się z polską rzeczywistością i przekonywania wszystkich dookoła, że jestem coś warta, dałam sobie spokój. Znowu się spakowałam, tym razem w mniejszą walizkę. W kieszeni miałam 5 euro. Kierunek: Paryż. Zarabiałam na życie opieką nad dziećmi i nalewaniem nietrzeźwym Francuzom pastis .

W międzyczasie udało mi się przejść do trzeciego etapu egzaminów wstępnych do paryskiej Akademii Sztuk Pięknych. Na ostatnim egzaminie, kiedy zapytano mnie, którą z prac uważam za najlepszą, po prostu mnie zatkało. Przecież żadna z moich prac nie jest dobra, a co dopiero najlepsza. Nigdy czegoś podobnego nie usłyszałam na poznańskiej ASP. W rezultacie nie przyjęto mnie do paryskiej akademii.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Ponieważ nie widziałam siebie w roli opiekunki do dzieci, osób starszych czy kelnerki, postanowiłam jeszcze raz wrócić do Polski i kontynuować studia. Udało mi się skończyć krakowską i warszawską ASP, na których zawsze znalazł się ktoś, kto za wszelką cenę chciał mi dać do zrozumienia, że jestem do niczego. To nauczyło mnie, że jeśli ktoś krytykuje moją pracę tylko i wyłącznie emocjonalnie, bez żadnego merytorycznego powodu, to znaczy, że jestem dla tej osoby zagrożeniem i że jedyne, co jej pozostało, to atak. Ale żeby oddać sprawiedliwość Polsce, to przez cały okres studiowania otrzymywałam stypendium socjalne i naukowe, które przy skromnym życiu i dorywczych pracach były dla mnie wystarczające.

Koniec Akademii Sztuk Pięknych to też początek mojej przygody z agencjami reklamowymi. Moja słabość do pałaców, arystokracji, jazdy konnej i niestandardowego myślenia znalazła swoje ujście podczas rozdania dyplomów na warszawskiej ASP. Miałam wtedy potrzebę zakończenia moich 8-letnich studiów z rozmachem. Dodatkowo zbliżały się moje 28. urodziny i czas szukania pracy, więc postanowiłam to wszystko połączyć. Wysyłałam zaproszenia do dyrektorów kreatywnych znaczących agencji reklamowych, by przyszli na rozdanie dyplomów ASP.

Sposób, w jaki została przyjęta moja inicjatywa, zarówno przez środowisko artystyczne, jak i reklamowe, dał mi do zrozumienia, że moja postawa wychodziła poza wszelkie reguły. Miałam poczucie, że moment ukończenia jednej z najważniejszych uczelni artystycznych w Polsce ma znaczenie tylko dla mnie. I że oba środowiska patrzą na siebie z pogardą.

Po blisko trzech latach i bardzo rożnych doświadczeniach z agencjami: pracy na etat, budowaniu swojego poczucia wartości na realizacji kampanii dla dużej marki, uśmiechaniu się, kiedy wcale nie było mi do śmiechu, dałam sobie z tym wszystkim spokój. Zaczęłam pracować dla małych firm, dla start-upów. Robiłam im logotyp za 299 zł a nie za 2999 zł. Czasami jeszcze pozyskiwałam jakiegoś większego klienta, ale wtedy po raz kolejny zdawałam sobie sprawę, że bogatszy klient wcale nie oznacza większych pieniędzy dla mnie. Wręcz przeciwnie: zrobi wszystko, by jak najmniej zapłacić, będzie licytował się o każde 100 zł, które on wydaje, by zatankować swoje bmw, a mnie wystarcza na tydzień życia.

Znowu postanowiłam się spakować i wyjechać. Zorganizowałam wyprzedaż wszystkich niepotrzebnych rzeczy: łóżka, lodówki, stołu, krzesła. Pieniędzy wystarczyło na nową walizkę, bilet w jedną stronę i przeżycie pierwszych trzech miesięcy. Później się zobaczy! Tym razem swoją emigrację zaczęłam od wysłania 500 maili do winnic na południu Francji z propozycją, by za moje usługi graficzne, czyli stworzenie identyfikacji wizualnej, otrzymać zakwaterowanie. Na tę formę wymiany zgodziły się trzy winnice. W ten sposób zaczęłam swoją trzecią emigrację w sposób lekki i przyjemny. Robiłam coś, co jest zgodne z moim wykształceniem i doświadczeniem zawodowym, a przy okazji otaczałam się pięknem natury i ciepłem. No i popijałam wino z winnicy, dla której pracowałam.

Oczywiście moje francuskie życie nie stanie się szczęśliwe ot tak, natychmiast. Na to muszę jeszcze zapracować. Jednak jest rzecz, która we Francji jest mi dana tak po prostu: piękno. Tutaj nawet kiedy coś mi nie wychodzi, to mogę pójść na plażę, zachwycić się pałacem, zamkiem, który mijam po drodze. To daje mi poczucie, że wszystkie moje troski są na chwilę, że wszystko przeminie, a morze i pałace pozostaną. Piękno daje mi poczucie harmonii w życiu. Nie wiem jeszcze, gdzie i co będę robić w październiku tego roku, jednak na pewno nie wrócę do Polski. Bo gdziekolwiek bym była za granicą, poradzę sobie.

Za to powinnam podziękować Polsce - zahartowała mnie na wszelkie czasy. Szanuję mój kraj, ale nie mam już pomysłu na siebie w Polsce. Gdy ktoś pyta mnie o Polskę, nie wiem, co odpowiedzieć, dlatego mówię: Polska jest krajem, który wiele osiągnął i zmienił się pod względem gospodarczym przez ostatnie 10 lat. Jednak ta zmiana była tak szybka, że nie nadążyła za nią mentalność ludzi, którzy nadal są duchowo zniewoleni, niedojrzali. Usiłują imponować wszystkim, a nie imponują nawet sobie samym. A świat to nie tylko Polska i Polacy. Im dłużej będziemy tak o sobie myśleć, tym gorzej dla Polski. Wszystkie moje dotychczasowe doświadczenia emigracyjne uczą mnie, że nie ma sensu panikować: C'est la vie!

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.