Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Po 26-godzinnej podróży samolot obniża pułap. Zaspani wyłapujemy pierwsze promienie świtu nad rudą, górzystą ziemią, poprzecinaną wstęgami traw. Wkrótce wylądujemy. Panicznie boję się latać. Ściskamy swoje dłonie, ale żadne z nas nie wypowiada na głos tego, co przyspiesza nam oddechy. To strach pomieszany z entuzjazmem.

Jesteśmy gotowi do walki, ale nie za wszelką cenę, bo mamy do czego wracać. Czy poradzimy sobie 17.000 km od tego, co znane, kochane, a zarazem przeklinane? Uciekamy przed tym na koniec świata. Będziemy nieprzytomnie tęsknić, a jednocześnie obśmiewać to po każdym kolejnym odcinku ‘Faktów’ obejrzanym w internecie. Gdzieś tam wstydliwie wymyka się nam słowo „ojczyzna”. Razi uszy patosem. To nie na te czasy. Do czego tu tęsknić, śmieją się później inni emigranci? Tu macie wszystko, czego dusza zapragnie.

Po prawie czterech latach jesteśmy bezpieczni

Mamy papiery, których posiadanie jednoczyło wszystkie nasze myśli i wysiłki. Papiery, dla których poczuliśmy, co znaczy schować dumę tak głęboko, że potem nie wiadomo było, gdzie jej szukać. Co znaczy płakać z tęsknoty, zmęczenia i bezsilności, zastanawiają się, czy naprawdę warto. Nie my pierwsi i nie my ostatni. Sześć razy pakowałam walizki. Sześć razy zagryzając wargi je rozpakowywałam. Spokorniałam. Jestem emigracji za to wdzięczna.

Kraj odwiedziliśmy po raz pierwszy po trzech latach. Rodzina i znajomi zawładnęli na cztery tygodnie naszym życiem. Wcześniej tęskniliśmy za domem, ale tam czuliśmy to rozpaczliwe ‘pomiędzy’. Dwie rzeczywistości, dwa kontynenty. Ani tu, ani tam. To nie miało być tak. Wracaliśmy przecież tutaj jak do kraju utraconego dzieciństwa, rzewnie, pompatycznie, z Inwokacją wyrytą na czole i Chopinem na barkach. Bęc, rozczarowanie. Bolesne. Ulice, twarze, miejsca już nie te same. To już nie jest nasze. Nie potrafimy przełykać gorzkiej pigułki polskiej codzienności - wódka i zakąska nie są wystarczającym znieczuleniem. Badaliśmy wzajemnie swoje twarze pytając: też tak masz? Tak, też tak mam - padała bezgłośna odpowiedź.

Pogodziliśmy się z tym naszym nieuleczalnym syndromem emigranta, który nigdzie nie jest u siebie. A może poza sobą nigdzie nie jest się u siebie? Może uciekając goni się własny ogon? Musieliśmy wrócić, żeby wiedzieć na pewno.

Emigracja była ucieczką od niepewności jutra

Od pensji wystarczającej na przeżycie i co najwyżej jeden eksces w miesiącu, np. wizytę w teatrze. Rozważałam kupno mieszkania – 28-metrowej kawalerki w centrum Warszawy. Koszt: 280 tysięcy złotych i 30 lat spłaty. Każdy metr mieszkania to jeden rok mojego życia. Mojego życia bez wakacji, teatru i kawy na mieście. Może byliśmy mniej zaradni, mniej obrotni niż inni? Możliwe. Ale zamiast pierwszej wpłaty, kupiliśmy dwa bilety w jedną stronę do Australii.

Uciekliśmy też przed ‘rządem dusz”. Nie chcieliśmy, żeby ktoś mówił nam, w co mamy wierzyć. Nie mieliśmy zamiaru uczestniczyć w nawlekaniu koralików grzechu na publiczne sumienie. Ale od pewnych rzeczy uciec się nie da. Na Skypie wciąż słyszę, że ślub - koniecznie, chrzest - koniecznie. Pytam: po co? Bo tak trzeba. Dlaczego? Bo tak, Polka jesteś, słyszę. Odpowiedż bańka-wstańka. Mamrotanie wyuczonych argumentów budzi we mnie wstręt graniczący z agresją. Po dalszej dyskusji, w której staram się zachować zdrowy rozsądek, słyszę, że siłą nas zaciągną, że „póki żyją...” etc. Jesteśmy 17.000 tysięcy km od „bo tak trzeba”, a jednak doganiają nas.

Ja mam swoje sumienie na własność. Z nikim go nie dzielę. Jestem pod tym względem zaborcza i nieugięta. Żadna ze mnie Polka, bo moje czarne, skazane na potępienie serce nie jest katolickie. Jest niczyje, bo nie należy do nikogo z wyjątkiem mnie. Bycie Polakiem to ciężkie brzemię. Trzeba dzielić sumienie z 40 milionami innych.

Polskiego sumienia nie mam, ale mam polskie serce

Śmieszne takie, jednocześnie pamiętliwe i wybaczające, unoszące się honorem i załzawione, zakompleksione i wywyższające się. Z wiecznym gilem niezadowolenia u nosa. Gotowe na samospalenie w imieniu prawd i ideałów ostatecznych, a głupie zazdrością maluczkich. Niepotrzebne nikomu, jak piąte koło u wozu. Piecze mnie i boli do żywego, chociaż bardzo stram się to ukryć.

Urodziłam się w latach osiemdziesiątych i niewiele pamiętam z czasów sprzed ‘grubej kreski’, a jednak staję się chwilami śmieszna w swoich bezskutecznych próbach opowiedzenia „obcym” naszej historii. Mówię o bohaterstwie, o każdej wymierzonej w nas zdradzie, o naszej głupocie i honorze, który nie raz stwawał się przyczyną klęski. Jestem jak mały, ujadający ratlerek, pragnący zwrócić na siebie i swoje nieszczeście czyjąś uwagę. Widzę w ich oczach początkową ciekawość, potem już tylko znużenie. Nie są ciekawi, nie chcą wiedzieć. I mają do tego prawo. Milknę zawstydzona, że zawracam im głowę takimi niedorzecznościami. Moją Polską.

Długo musiałam dochodzić do zrozumienia tego prostego faktu, że inne narody są zwrócone ku przyszłości i niewiele obchodzi ich cokolwiek, czego termin ważności skończył się przed rokiem lub co nie leży w ich bezpośrednim interesie. My wciąż patrzymy wstecz, oddani romantycznym, nieistniejącym ideałom, gorące głowy, gotowi na ofiarę całopalenia. Banał powtarzany od lat. To nas łączy z Rosjanami, choćbyśmy nie wiem jak się od tego podobieństwa odżegnywali. A im bardziej je sobie uświadamiamy, tym bardziej gardzimy i szydzimy Wschodem i „Ruskimi”, bojąc się żeby przypadkiem nikt sobie tego nie przypomniał.

Nauczyć się liczyć tylko na siebie, pozbyć się tych dwóch pasożytów: dumy i honoru, a potem oddać się mądrej niepamięci - to nasze kolejne zadanie. Mówię to głośno, ale czy naprawdę tego chcę i co ważniejsze, czy to potrafię?

Głaszczę wystający brzuch i zastanawiam się, jakiej magii będę musiała użyć, jakiego podstępu, żeby moje dziecko chciało słyszeć i mówić o Polsce po polsku

Żeby Polska nie była tylko dalekim krajem z „wakacji u babci”, ale oswojonym, kochanym i bliskim miejscem. Żeby moje dziecko miało dwa serca: australijskie i polskie, i żeby z każdego z nich potrafiło czerpać potencjał i piękno. Może chcę za wiele?

Przyglądam się polonijnym nastolatkom, których dzieciństwo tak różniło się od mojego. Mają 15-16 lat, a zwiedzili już pół świata. A jednak chłoną Polskę, szukają odpowiedzi. Ale jest ich niewiele. Zawstydzająco niewiele, bo znam takie dzieciaki, które nie mówią słowa po polsku, mimo że ich rodzice są Polakami. W takich chwilach nie rozumiem, ale i nie pytam. Na półce w pokoiku klasyka bajek i legend polskich. One i ja czekają na swój czas. Będą czytane. Obiecałam to sobie.

Przecztałam w ‘WO’ list pewnej emigrantki. Pięknie napisała, że „emigracja bierze się z braku i na braku się kończy”. My będziemy ten brak nosić w sobie. Jesteśmy na to gotowi. Czasami oddajemy się głośno marzeniom: a może by tak wrócić, kiedyś, na starość? Kto wie? Teraz nie czas na to. Nie żałujemy. Nareszcie mogę to powiedzieć pełną piersią. Nie żałujemy choćby dlatego, że życie naszego dziecka będzie pełniejsze o jeden język, jeden paszport i jedno serce więcej. Oby nasze dziecko nie musiało rozpoczynać swojego życia w poczuciu braku.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.