Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Miałam 14 lat, kiedy wyjechałam z mamą do Stanów Zjednoczonych. Ówczesna ja nie rozumiała, dlaczego musi zostawić to, co dobrze znane. Słaby angielski utrudniał mi kontakty z rówieśnikami, a polonijne towarzystwo nie grzeszyło inteligencją.

Na emigracji szybko się wyrasta. A może po prostu w Stanach dzieci tak szybko dorastają? W wieku 16 lat zaczęłam pracować, zdobyłam prawo jazdy, miałam swoje pieniądze i powoli uczyłam się nimi gospodarować. Odkładałam na wakacyjny bilet do Polski.

Ta moja ukochana Polska, ten kraj zakazany. Nie można w niej mieszkać, ale można za nią tęsknić. Przepis na Polskę jest skomplikowany, bo to kraj pełen sprzeczności - nienawiści i miłości zarazem. Myślę o sobie i Polsce jako o winie i wodzie. Kiedy się spotykamy, nie gryziemy się, ale procenty szczęścia maleją.

Cieszy mnie to, że nam, Polakom, nie chce się już siedzieć w niewygodnym stroju ludowym na krawężniku Europy. Ale denerwuje mnie, że wciąż wielu z nas nie potrafi zareagować inaczej na to, co dzieje się w kraju, niż wybuchem śmiechu lub gniewem.

Pobyt w Stanach nauczył mnie, że nie trzeba wcale płacić ogromnej ceny za godne życie. Nie musi być wciąż pod górkę. Nie trzeba co miesiąc wybierać, czy stać nas na pralkę, czy może na większe zakupy.

Ale co z tego, że bez szarpania się można spłacić tu raty za mieszkanie, skoro ciężko dotrzeć do wnętrz ludzi, pogadać o emocjach? Co innego w Polsce. Tylko tam mogę wymienić myśli w moim języku: o muzyce, sztuce, kulturze. Mamy piękną historię i niesamowitą wrażliwość.

Sentyment do kraju, do znanych korytarzy, zapachów i bodźców sprawił, że wróciłam do ojczyzny na studia. Nie potrwało to jednak długo, bo po trzech latach akademickiego życia w porywie serca wyjechałam na studia magisterskie do Porto w Portugalii. Znalazłam tu miłość i zupełnie inne podejście do człowieka niż w Polsce i USA.

Portugalczyków cechuje radość i życzliwość. Tu pozwala się człowiekowi odetchnąć: wyciągnąć nogi na kanapie, nacieszyć się bliskimi w weekend i bez stresu powrócić w poniedziałek do obowiązków. Portugalia wniosła w moje życie spokój i pogodę ducha. Brakuje mi tu znanych smaków, zapachów, rozmów, zabawy polskim językiem. Ale za to znalazłam zgubione gdzieś w drodze wartości.

Polska pozostaje moją Nigdylandią. Jestem w niej gościem, więc zdejmuję buty, wchodzę i obserwuję. Przyglądam się sprzecznościom z szeroko otwartymi oczami i nie mogę się nadziwić. Czasem jestem zachwycona, czasem zażenowana.

Nie wyjeżdżałam nigdy za przysłowiowym chlebem. Wyjechałam, gdy byłam nastolatką, a potem kiedy się zakochałam. Dziś jestem świeżo po złożeniu pracy magisterskiej, zaraz spakuję manatki i wyruszę w dalszą podróż. Kupię bilet na pociąg od niemiłej kasjerki na Centralnym i odwiedzę ojca. Wypijemy razem grzańca, a ja poopowiadam mu o portugalskich pejzażach. Potem razem zastanowimy się, czy Polska kiedyś zostanie moim domem, z którego nie będę musiała uciekać przez uchylone okno.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.