Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czy warto emigrować?

Warto, jeśli masz dość wszystkiego do tego stopnia, że coraz częściej przyłapujesz się na marzeniu o wyjściu z hukiem zatrzaśniętych drzwi, o spaleniu mostów, zmianie imienia i nazwiska i rozpoczęciu nowego życia. Teraz, już, natychmiast. Masz tak czasem? Ja miałam.

W takim momencie warto jest wyjechać, choćby tylko po to, by się przekonać, że można znieść jeszcze więcej. Że można zdać do następnej klasy w szkole przetrwania.

Ale od początku.

Nadszedł ten długo wyczekiwany dzień, planowany tygodniami. Pożegnałam już znajomych, rodzinę, znajomych znajomych, ich rodziców i psa. Zaliczyliśmy - jak to młodzież - lokalny pub, do trzeciej nad ranem udając, że każde z nas ma wokal Chylińskiej. Wyliśmy na pół dzielnicy: "Odejdę cicho, bo tak chcę, a ja wiem, że będę wtedy sama, nikt nawet nie obejrzy się...".

Bardzo wtedy przeżywałam tą piosenkę. Nie tylko dlatego, że nastrojeni zimnym lechem przyjaciele klepali mnie po ramieniu i mówili, że będzie dobrze. Albo że mi zazdroszczą. I żebym koniecznie ich niedługo odwiedziła z walizką pełną opowieści z wielkiego świata. Nie. Przeżywałam to, bo czułam całą sobą, że coś się kończy, coś mi ucieka, coś nie będzie mi już dane.

Oto żegnała się ze mną beztroska młodość.

To uczucie nostalgii towarzyszyło mi jeszcze przez jakiś czas

Było ze mną podczas paskudnej ulewy na lotnisku w Katowicach, podczas sennych wieczorów, gdy już w Birmingham przyglądałam się z okna zachodzącemu słońcu, a nawet wtedy, gdy w kolejnej z rzędu magazynowej pracy zastanawiałam się, o ile fajniejsze jest życie moich znajomych w Polsce. Oni przez kolejnych kilka lat mogli imprezować. Martwili się o to, jak ukryć przed rodzicielką ilość wypitych piw i drinków albo jak wytłumaczyć dwudniową nieobecność w domu.

Ja natomiast martwiłam się o to, co będzie ze mną jutro. Bywałam piekielnie zazdrosna i rozżalona. Przerzucanie po 300 kg towaru dziennie na pickingu, wypełnianie 5-litrowych butli mydłem w płynie, zaklejanie kartonów i udawanie maszyny na taśmie produkcyjnej - czy tak miała wyglądać moja przyszłość? Po kilku miesiącach depresji stwierdziłam, że to chyba jest jakiś żart. W dodatku angielski, wcale nie śmieszny. Ego skomlało.

Tu znajdziesz wszystkie materiały z akcji "Polki bez granic"

Nostalgii towarzyszyła tęsknota. Tęsknota za jutrem, które jest przewidywalne. Za takim jutrem, którego można wyglądać z okna. Jutrem brukowanym - raz się stanie wyżej, raz niżej, czasem się poślizgnie, ale jakoś to będzie. Jutro na emigracji jest jak błotnista leśna ścieżka - jeden stabilny krok na wysuszonej glebie dodaje ci pewności siebie tylko po to, by kolejny wciągnął cię w bagno. Wybudowanie chodnika zajęło mi dwa lata. Angielskie dwa lata - wiele mil, nadgodzin, zmuszeń do robienia czegoś, przed czym paraliżuje mnie strach. A mimo to...

...na emigracji poznałam smak życia

Nie tylko szkoły życia, również smak sukcesów szkolnych i wagarów. Można wagarować od życia? - zapytał mnie ktoś kiedyś, gdy użyłam tego sformułowania. Można. To na przykład wtedy, gdy życie chce zrobić sprawdzian, a ty śmiejesz mu się w twarz, pakujesz swój dom mieszczący się w walizce do plecaka i bierzesz urlop. Pierwszy raz na życiowe wagary pojechałam, gdy potrzebowałam pieniędzy na rozpoczęcie nauki, a wyrzucono mnie z pracy. Przepakowałam walizkę do plecaka i za ostatnie pieniądze - dwutygodniowa wypłata - wybrałam się w podróż po Turcji. Życie nie było zadowolone, ja owszem.

Tego nauczyła mnie emigracja, tego nie nauczyłby mnie nikt inny. Nauczyłam się obracać życie w żart i być szczęśliwą pomimo braku pieniędzy. Bo niejednokrotnie odczułam, jak to jest naprawdę ich nie mieć. Nauczyłam się kochać ludzi, którzy są w moim życiu tylko pięć minut i pozwolić im odejść bez żalu. Cieszyć się z promieni słońca, których może nie być przez kolejne dwa tygodnie oraz ze śniegu, którego nie będzie przez kilka zim.

Emigracja zmieniła mnie w młodą osobę, która wie, czego nie chce od życia. Dzięki temu wiem też, czego chcę oraz że nie ma niemożliwego. Jeśli wymyślę sobie, że w przyszłym roku chcę trenować foki na Wyspach Kanaryjskich, to zwyczajnie dowiem się, jak to zrobić. Gdybym mieszkała w Polsce, puknęłabym się w czoło i trwała w rutynie. A tutaj, owszem, wyśmieję samą siebie, ale zaraz potem i tak zrobię to, co sobie wymyśliłam, bo nauczyłam się, że nie ma dziwnych pomysłów na życie. Są tylko dziwni ludzie, którzy się boją. Nie wiedzą jeszcze, że strach boi się bardziej, wystarczy zrobić odpowiednią minę. Albo nie zrobić makijażu.

Mówię za siebie

Emigracja jest lekarstwem albo przekleństwem, zależy od podejścia. Nie jest jednak wystarczająco cwana, by nie przerobić jej z bestii na domowego zwierzaka. Wie o tym wiele Polek emigrantek: kobiet silnych, przebojowych, uznających przygody za należący im się dodatek do życia. Bycie w drodze można pokochać. Można też stworzyć dom w walizce i mieć go zawsze ze sobą. To jednak zrozumie jedynie dusza podróżnika.

Autorka listu prowadzi bloga www.sadeemka.blog.pl .

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.