Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ja nigdy nie wyjechałam z Polski, bo to Polska wyjechała ze mną. Nigdy nie czułam, ze opuściłam mój rodzinny kraj. Nigdy nie byłam samotna, nie przeżywałam szoków kulturowych ani nie pasowało do mnie określenie "emigrantka", pomimo że na obczyźnie żyję od 35 lat - 15 lat w Stanach Zjednoczonych i 20 w Meksyku. Tkwi we mnie rdzeń, dzięki któremu czuję się bardziej polska za granicą niż w Warszawie.

Często mi się wydaje, ze to Amerykanie i Meksykanie przeżywają szok w kontakcie ze mną. Mówię płynnie w ich językach, chociaż z obcym akcentem, a miejscową historię i literaturę znam często lepiej od nich samych, jeszcze ze studiów na Uniwersytecie Warszawskim. A ich tradycje i codzienne obyczaje, o których czytałam w powieściach, były dla mnie bardziej realne niż polska rzeczywistość otaczająca mnie w dzieciństwie i młodości.

Zawsze pragnęłam podróżować po świecie. Po angielsku chciałam pisać jak Joseph Conrad, ale ostatecznie wybrałam wyjazd do USA, bo jak powiedział Jack Kennedy: Ameryka to naród imigrantów. Tam każdy skądś przybył, niektórzy wcześniej, inni później. Wszyscy, nawet ci rodowici mieszkańcy, mają jakiś akcent: bostoński, nowojorski, południowy lub, jak ja, polski, uprzejmie zwany czarującym.

Po przyjeździe do Stanów zamieszkałam w Bostonie. Oczywiście ludzie pytali mnie, skąd jestem, i zaraz sami z siebie dodawali: a ja jestem Włochem, ja Irlandczykiem, Grekiem, Litwinem, a potem Wietnamczykiem lub Meksykaninem, pomimo że urodzili się w Stanach Zjednoczonych. Niewiele osób odpowiadało: I'm an American - jestem Amerykaninem. W takim tyglu łatwo mi było znaleźć pracę jako tłumacz, a w końcu dziennikarz i redaktor angielskiego tygodnika w Pensylwanii. Poza tym w latach osiemdziesiątych Polaków w USA niemal noszono na rękach.

Spełniło się moje marzenie, bo angielski w amerykańskiej wersji doprowadziłam do perfekcji. Był rok 1989, kiedy po wakacjach spędzonych na Hawajach pomyślałam, że czas wracać do kraju. W końcu teraz nie zamykam już sobie tym samym drogi powrotnej do Stanów. Ale według naszego starego przysłowia: Żołnierz strzela, Pan Bóg kule nosi.

Poznałam Garreta, Amerykanina polskiego pochodzenia, w którym zakochałam się z wzajemnością od pierwszego wejrzenia. On kochał nie tylko mnie, ale Polaków w ogóle i Polskę, z której został wydalony w 1983 roku za działalność w Solidarności Walczącej. To on pragnął wiedzieć, czy po drugiej stronie gór, granicy i Rio Grande trawa jest bardziej zielona.

Wyjechaliśmy do Meksyku na rok, z którego się zrobiło 20 lat. Osiedliśmy na stale w Choluli liczącej trzy tysiące lat.

Miłością de Meksyku zaraziła mnie córka polskiego ambasadora, która ukończyła studia na Universidad Nacional Autonoma de Mexico (UNAM). Wyglądało na to, ze życie tam jest snem, marzeniem, nieustającą fiestą. Zawsze świeci ogromne, gorące słońce, ludzie ubierają się kolorowo i są szczęśliwi, a nad wszystkimi czuwa aztecki bóg Quetzalcoatl. Wszyscy są serdeczni, gościnni, zapraszają cię do domu i dzielą się wszystkim, co akurat mają do jedzenia czy picia. Mi casa es su casa - mój dom jest twoim domem, powtarzają. W pamiętniku napisałam, ze chciałabym umrzeć w Acapulco.

Wszystko się sprawdziło, a nawet dodatkowo odkryliśmy inne skarby, na przykład bogactwo południowych owoców czy dziewicze plaże nad Pacyfikiem. Tylko do Acapulco nie jeżdżę, bo mi się nie podoba. Gdy mówię Meksykanom, że jestem z Polski, obejmują mnie serdecznie lub się ciepło uśmiechają, tak, znamy Papa Polaco i Lech Wałęsa. A u nas w kraju? Większość wspomni tequile, sombrero i możne mariachi.

Prawie doprowadziłam do perfekcji mój hiszpański. Nadal staram się przeniknąć do duszy i rdzenia ludzi, ale mam wątpliwości, czy uda mi się to kiedykolwiek osiągnąć. Gdy już wydaje mi się, że zostałam zaakceptowana i uznana za swoją, nagle staję przed ślepym murem czy raczej zatrzaśniętą bramą: a jednak jestem "tą inną". Powiedzenie "jestem Meksykaninem" ma tutaj wiele znaczeń i obejmuje Indian, białych i Metysów. Nie wiadomo, czy kraj ten istnieje od Konkwisty w 1519 roku, od uzyskania niepodległości od Hiszpanii w 1810 czy od tysięcy lat?

Podczas moich wizyt w ojczyźnie odwiedzam rodzinę, przyjaciół. Lubię spacerować Królewskim Traktem w Warszawie. Siadam potem w kawiarence na Starym Mieście i marze o mojej Polsce, bo teraz to tutaj czuję się jak cudzoziemka.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.