Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piątkowy wieczór. Herbata i laptop. W pociągu wygodnie jak w domu. W kolejne trzy godziny przemierzę 300 kilometrów. Genewa-Zurych, coweekendowy dystans. Pan, który sprzedaje herbatę, płynnie przerzuca się z języka francuskiego na szwajcarsko-niemiecki dialekt. Przez głośniki konduktor ogłasza każde parominutowe opóźnienie. Wszystko działa jak w zegarku.

Po kilku latach życia w tym kraju wysoki standard staje się codziennością, lecz moja polska natura potrafi tą wygodną codzienność doceniać. Szwajcaria, notowana w czołówce rankingów dotyczących standardu życia, równie wysoko plasuje się w zestawieniach skali samobójstw wśród młodych ludzi. Kiedy od urodzenia ma się wszystko, łatwo utracić sens życia. Dlatego chcę zawsze pamiętać, skąd przyszłam i jaką drogę przebyłam, żeby tu dotrzeć. Chcę pamiętać, jak zmieniła mnie emigracja.

Mam 15 lat

Wpada mi w ręce ulotka jednej z krakowskich szkół wyższych. Na zdjęciu grupa uśmiechniętej młodzieży z całego świata. W tym momencie dokonuje wyboru studiów. Stosunki międzynarodowe na uczelni, która oferuje dostęp do wyjazdów za granicę i wymian studenckich, to moje marzenie.

Liceum rozpoczynam silna i pewna siebie, a kończę w rozsypce. On jest zainteresowany mną. Ja - chcę wreszcie z kimś być na serio. Poza tym zostałam nauczona, że mężczyźnie się nie odmawia. Nasz związek, oparty się na szantażu i kontroli, wykańcza mnie psychicznie. Marzenia o wyjazdach, zwiedzaniu świata muszą zejść na dalszy plan, bo każdy mój ruch poza klatkę, w której mnie zamknął, kończy się piekielną kłótnią.

Mam 18 lat

Przez całe liceum byłam przeciętną uczennicą, ale maturę zdaję z rewelacyjnymi wynikami. Mam otwartą drogę na każdy kierunek i każdą uczelnię. Waham się pomiędzy dobrym, poważanym kierunkiem, ale wygrywa marzenie sprzed lat, mimo że nie jest to "konkretny" zawód, który zagwarantowałby mi posadę w małym mieście, z którego pochodzę, a do którego mój chłopak (tkwimy już trzy lata w chorym, wykańczającym związku) chce po studiach wrócić.

Mam 19 lat

On zostawia mnie i to jest błogosławieństwo. Sama nie odważyłabym się na ten krok ze strachu przed zemstą. Czuję powiew wolności. Kupuję bilet do Irlandii na wakacje. Polecę pierwszy raz w życiu samolotem. Do tej pory nigdy nie było mnie stać na tak odległe wojaże.

On wraca na tydzień przed moim wylotem i decyduje, że poleci ze mną. Jestem rozczarowana - chciałam być tam sama, niezależna i udowodnić sobie, że potrafię.

Do Irlandii lecę z plecakiem w połowie zapełnionym rzeczami osobistymi i w połowie chińskimi zupkami, kiełbasą i żółtym serem. Nie wiem przecież, czy i kiedy znajdę tam pracę. Wiem tylko, że mogę zatrzymać się u znajomych.

Pracę kelnerki udaje mi się znaleźć po tygodniu. Potem znajduje się kolejna i dodatkowo pilnowanie dzieci. Trzy prace, całe dni w biegu. Cieszę się, bo dzięki temu prawie nie widuję jego.

Niestety, to ja muszę rozsyłać jego CV, dzwonić do ewentualnych pracodawców za niego, gotować mu i podsuwać pod nos kanapki, które i tak są nie takie, jak chciał.

Równocześnie całe to doświadczenie mnie podbudowuje. Jeśli mogę bez problemu znaleźć pracę w obcym języku kilka tysięcy kilometrów od domu, poradzić sobie z tamtejszą biurokracją i jeszcze korzystać z każdej wolnej chwili, by poznawać uroki Zielonej Wyspy, to chyba wcale nie jestem taka słaba, nieporadna i omylna, jaką on mnie przedstawia.

Wracam inna. Bardziej wierzę w siebie, a zarobione pieniądze dają poczucie niezależności. Mija kilka miesięcy i rozstaję się z nim. Następny okres to groźby, szantaże, łzy i błagania z jego strony. Nie ulegam. Chcę walczyć o samą siebie, bo czuję, że jest o co.

Odkrywam, że młodość może być beztroska, radosna, ciekawa. Znowu nabieram ochoty na nowe doświadczenie. Zaczynam interesować się studiami za granicą. Myślę o tym w odległej perspektywie, ale w porę słyszę od taty: "Skąd wiesz, co będzie za rok, dwa? Aplikuj teraz".

Faktycznie, nie chcę tracić czasu. Wybieram uniwersytet na słonecznym wybrzeżu Hiszpanii, żeby uciec przed polską jesienią i zimą, choć wiem, że to najbardziej oblegana placówka przez potencjalnych kandydatów. Maila z ostateczną decyzją otwieram z drżeniem rąk. Płaczę z radości.

Mam 20 lat

Na kilka tygodni przed półrocznym wyjazdem do Hiszpanii przygotowania zaczynają mnie przerastać. Nie mogę liczyć na rady, bo wśród znajomych i rodziny przecieram szlaki. Ostatnie tygodnie to bezsenne noce i nieustannie ściśnięty żołądek. Próbuję na ostatnią chwilę nauczyć się języka, którego znam jedynie podstawy. Ostatnie rzeczy do walizki dorzucam dosłownie parę minut przed wyjazdem na lotnisko. Na pokładzie emocje topnieją.

Do dziś pamiętam tchnienie śródziemnomorskiego powietrza na płycie lotniska.

Pierwsze cztery noce spędzam w najtańszym w mieście hostelu. Z nowo poznaną koleżanką, która też przyjechała tu z mojej uczelni, postanawiamy razem szukać mieszkania. Dołącza do nas poznany przez internet Włoch. Dni spędzamy, pieszo przemierzając miasto i odwiedzając wszystkie możliwe mieszkania. Decydujemy się na to pięć minut od plaży. Nie wiem, jak będzie mi tu przez pół roku z przypadkowym ludźmi. Czuję, że jestem sama.

Erasmusowa młodzież z całej Europy stara się sprawiać wrażenie, że w głowie im tylko szaleństwo, ale w ich oczach jest to, co widzę codziennie w lustrze - zagubienie.

Szoków kulturowych jest tyle, że codziennie mogłabym napisać książkę. Pod oknem palmy i kwitnące pomarańcze, do końca listopada nauka na plaży, wycieczki dalsze i bliższe, poznawanie mnóstwa nowych ludzi, imprezy do rana i zajęcia na uczelni po hiszpańsku poprzedzone kilkoma godzinami snu. Wiem, że mam tu tylko pół roku, więc chcę przeżyć wszystko. To w połączeniu ze studiami w obcym języku okazuje się dla organizmu wycieńczające, ale nawet nie mam czasu o tym myśleć.

Na uczelni wobec studentów zagranicznych nie ma taryfy ulgowej. Studia po hiszpańsku okazują się prawdziwym skokiem na głęboką wodę. Po miesiącu zdaję sobie sprawę, że myślę po hiszpańsku. Po dwóch mam swoją pierwszą prezentację na zajęciach. Nie mam wyjścia - żeby tu przeżyć, muszę chłonąć ten język.

Weekend, w naszym czteroosobowym mieszkaniu dodatkowo czworo gości. Pomysł na sobotni wieczór: kolacja międzynarodowa. W menu pierogi, hiszpańska paella i spaghetti w wykonaniu moim oraz współlokatorów z Hiszpanii i Włoch. Zgodnie z erasmusowymi zasadami wstęp ma każdy znajomy i znajomy znajomego ze swoimi znajomymi. Zajmuję się pierogami i tylko słyszę przybywających gości. Ktoś oferuje pomoc przy lepieniu ciasta. Odwracam głowę i w mig trzeźwieję z pierogowo-erasmusowego transu. Wszystko układa się w całość. To ten dobry kumpel, o którym kolega Francuz mówił od miesiąca, że koniecznie musi mi go przedstawić, bo na pewno przypadniemy sobie do gustu.

Apeluję do samej siebie, żeby nie wyglądać na zmęczoną rytmem życia, ilością gości i brakiem snu. Wyrzucam sobie brak przygotowania na dzisiejszy wieczór. Jak dowiem się potem, scena znad pierogów pozostanie na długo nie tylko w mojej pamięci.

Na naszej pierwszej randce jesteśmy oboje zaskakująco bezpośredni. Rozmawiamy o wszystkim: dzieciństwie, rodzinach, wartościach i naszych wyobrażeniach o związku. Z dala od domu, tu, gdzie jestem skazana tylko na siebie, nie mam problemów, żeby postawić sprawę jasno. Na pierwszym spotkaniu oznajmiam, że jestem idealistką i wierzę, że związek ludzi z dwóch różnych krajów ma szansę, ale jeśli w ogóle zaczynać, to tylko coś poważnego i żadne erasmusowe przygody mnie nie interesują.

Kiedy zdaję koleżance relację ze spotkania z przystojnym "Szwedem", który okazuje się być Szwajcarem (Szwajcaria? Nie potrafię nawet wymienić jej stolicy i nigdy nie interesowałam się tym nudnym państwem!), mówię, że po tym, co usłyszał, już na pewno nigdy więcej się ze mną nie umówi. Po czym dodaję ze śmiechem: "Przynajmniej wiem, że jeśli jeszcze będzie chciał się ze mną spotkać, to znaczy, że traktuje mnie poważnie". Chciał.

Po spędzonych w Hiszpanii sześciu miesiącach nieuchronnie zbliża się powrót do kraju. Brzydkie uczucie. Wśród znajomych Erasmusów mówi się o "posterasmusowej depresji". Wracasz do kraju inna, tyle przeżyłaś w ostatnich miesiącach. W tym samym czasie w twoim poprzednim środowisku nie zmieniło się nic lub niewiele. Ludzie albo nie pytają o ostatnie kilka miesięcy twojego życia, bo twoje doświadczenia przekraczają możliwości ich pojęcia, albo krzywią się, gdy opowiadasz, bo odbierają to jako przechwałki.

Jest jednak inny, najważniejszy posterasmusowy syndrom, który na dobre mnie dopadł: to wciąga. Nie wyobrażam sobie już na dobre wrócić do krakowskiej codzienności. Nie wyobrażam sobie życia bez perspektywy kolejnego wyjazdu.

Ja i mój Szwajcar mamy jedną zasadę: gdy rozjeżdżamy się, każdy w swoją stronę, mamy zawsze kupiony bilet, żeby zobaczyć się kolejny raz.

I tak moje życie toczy się między Polską, Hiszpanią i Szwajcarią. Nie zwalniam erasmusowego tempa. W kilka miesięcy staram się zaliczyć dodatkowo trzy przedmioty, napisać pracę licencjacką i obronić jak najszybciej, żeby wakacje spędzić z nim.

W Szwajcarii łapię dorywcze prace: kelnerki, sprzątaczki czy na zbiorach. Próbuję odświeżyć mój niemiecki, co i tak nie ułatwia znacząco sprawy, bo szwajcarski dialekt niewiele ma wspólnego z niemieckim, którego uczyłam się w szkole.

Cierpię na niemożność znalezienia swojego miejsca. Polska to tęsknota za nim, frustracja sytuacją w kraju, niezrozumienie, bo moja perspektywa jest teraz inna niż większości osób.

Ale gdy jestem u niego, męczy mnie bycie zależną: moje życie towarzyskie to jego znajomi, którzy lubią mnie tylko dlatego, że jestem jego dziewczyną. Po co przecież na własne życzenie mieliby się przyjaźnić z kimś, kto nie do końca umie się w ich dialekcie wyrazić? Czuję się jak broszka przy jego marynarce. W Szwajcarii brakuje przyjaciół i rodziny, w Polsce brakuje jego. Ani tu, ani tam nie czuję się dobrze.

Te rozdarcia i szybkie tempo życia przypłacam wycieńczeniem organizmu i chorobami psychosomatycznymi. Mimo to jeszcze długo będę się starać prześcignąć samą siebie.

Mam 24 lata

Kończę studia i wreszcie nadchodzi czas, gdy mogę być dwoma nogami w jednym miejscu. Mam szczęście, praktycznie równo z obroną pojawia się propozycja pracy w wymarzonej instytucji. Zamiast wybrać spokojne życie u boku mojego Szwajcara, decyduję się na pracę 300 km dalej. Chcę zobaczyć, jak żyje się we francuskojęzycznej części Szwajcarii i nauczyć się tego języka. Równocześnie to okazja, by w jego kraju zbudować własne życie - mieć swój teren i swój krąg znajomych.

W pracy dziwią się, że urwałam się z choinki. W tej poważanej organizacji praktycznie wszyscy dookoła skończyli lokalne uczelnie lub mieszkają od lat w Genewie. Podejrzewają mnie o znajomości. A ja zwyczajnie wysłałam aplikację i dostałam tę pracę. Znajomi: dzieci bogatych właścicieli międzynarodowych firm. Od dziecka jeżdżą na egzotyczne wakacje, potem idą na prywatne amerykańskie uczelnie, noszą torebki od Prady i drogie zegarki. Ja wolę second-handy, a większość wakacji spędzam w Polsce, choć mogę pozwolić sobie i na Pradę, i Karaiby. Jestem dumna, bo startowałam dużo niżej niż moi współpracownicy, a doszłam równie wysoko.

Życie na emigracji sprawia, że jestem silniejsza. Zaczynam siebie po prostu lubić. Walczyłam o to z samą sobą przez ostatnie 10 lat, a udało się dopiero teraz.

Wciąż jednak przeceniam swoje możliwości i myślę, że mogę więcej, niż naprawdę mogę, bo w ostatnich latach życie nauczyło mnie, że chcieć to móc. Szybkie bicie serca i nerwowy oddech to cena, jaką płacę za zbyt wysokie wymagania wobec samej siebie.

Przyjaciół dzielę na tych, którzy wyjechali, i tych, którzy zostali u siebie. Tylko ci pierwsi są w stanie zrozumieć emigracyjny wachlarz uczuć. Łączy nas to, że oknem na świat stał się Erasmus. Doświadczenie, które zmienia horyzonty nieodwracalnie.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.