Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Emigracja to mój przypadek, zrządzenie losu. Pochodzę z rodziny podzielonej pomiędzy Stany a Polskę i całe życie zaklinałam się, że wyjazd nie jest dla mnie.

Najpierw studia, potem prestiżowa praca. Głód wiedzy i kolejne studia - zaoczne. Na którymś ze zjazdów wpadł do naszej sali chłopak z pytaniem: "Egzamin wstępny na Erasmusa to tu?". Wyszłam, żeby pomóc mu odnaleźć właściwą salę. Po drodze zamieniłam z nim parę słów. Okazało się, że ma pisać egzamin językowy dla kandydatów na trzymiesięczna zagraniczną praktykę.

Do dziś nie wiem, jak to się stało, ale usiadłam obok niego w ławce i przystąpiłam do tego egzaminu. Licencjat z angielskiego bardzo się przydał. Test skończyłam po pięciu minutach. Zdałam najlepiej z całej grupy. Rozmowa kwalifikacyjna poszła jak z płatka. W końcu decyzja: została pani przyjęta, proszę znaleźć sobie miejsce praktyk.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Dostałam bezpłatny urlop z pracy na czas praktyk. Pomyślałam, że wyjazd może być wartościowy dla mojej kariery zawodowej. Padło na Hamburg, gdzie miałam poprowadzić projekt polegający na otworzeniu kilku punktów niemieckiego przedsiębiorstwa w Polsce. Poszło super.

W międzyczasie poznałam M., Niemca o korzeniach afgańsko-polskich. Po polsku mówi pięknie, choć czasem zdarzają mu się wpadki, np. "pajęczyzna" zamiast "pajęczyna".

To była miłość od pierwszego wejrzenia. Rzuciłam w Polsce wszystko. Z pracy w bankowości przeszłam do sprzątania hotelu, bo z niemieckim nigdy nie miałam wiele wspólnego.

Minęły dwa lata. Nie sprzątam już pokoi hotelowych

Żeby skończyć ostatni rok magisterki w Polsce, co dwa tygodnie dojeżdżałam ponad 700 km. Przeprowadzamy się z M. do pięknego apartamentu z widokiem na park i jesteśmy bardzo szczęśliwi. Zostałam menedżerem w niemieckiej korporacji. Jeżdżę samochodem, na który w Polsce nie pozwoliłabym sobie chyba nigdy. W sumie mamy trzy samochody: jeden do miasta, jeden na długie wyprawy, np. do Polski, a trzeci - bo M. go uwielbia. Cała rodzina jest dumna jak nie wiem co. A ja?

Nie umiem otworzyć się na ludzi. Średnio dwa razy w miesiącu mam ochotę popłakać się i rzucić to wszystko w cholerę. Trzyma mnie tu ogromna miłość do M. i świadomość, że w Niemczech żyje się łatwiej niż w Polsce. Tęsknię, ale analiza korzyści i strat każe mi tu zostać. Znalazłam polską terapeutkę, dzięki której próbuję się przystosować do nowych okoliczności i pokonać trudności, które napotykam każdego dnia. Uświadamia mi ona, że każdy ma te same problemy. Do Polski nie chcę jeździć, choć jest stosunkowo niedaleko. Każdy powrót to minimum dwa dni płaczu z tęsknoty.

Jestem już zupełnie inną osobą niż dwa lata temu, ale wiecie, co zrobię, gdy przejdę z tymczasowej umowy o pracę na stałą? Wezmę kredyt i kupię mieszkanie w Polsce. Nie wiem, czy wrócę, ale niech sobie tam stoi.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.