Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nigdy nie chciałam wyjeżdżać. W Polsce miałam mało płatną, ale pasjonującą pracę, zobowiązania finansowe z tytułu nieudanego biznesu, niedomykający się budżet miesięczny, ale także wsparcie w rodzinie i kochającego niemęża. Było trudno, ale wierzyłam, że ciężka praca się opłaca.

Wszystko zmieniło się w najcudowniejszym dniu mojego życia, kiedy urodziło się nasze długo wyczekane dziecko, niestety z poważną wadą układu nerwowego. Zaczęła się walka: lekarze, rehabilitacja, praca. Moja pensja szła w całości na rehabilitację, jego na życie. W pewnym momencie doszliśmy do ściany. Niemąż zamienił etat na pracę sezonową w kraju - raju. Tym bogatym i spokojnym. Ja dalej walczyłam, ale było coraz trudniej, nie z kasą, tylko z emocjami. Syn zaczynał płakać, kiedy ojciec przyjeżdżał. Do tego świadomość nieuchronnej przyszłości: dziecko skończy szkołę i dostanie rentę 700 zł, a po naszej śmierci trafi do zakładu.

Nie chciałam wyjechać, ale musiałam. Wyemigrowaliśmy do podobno najpiękniejszego kraju na świecie. I przyznaję, jest pięknie, za oknem mam góry, rano budzi mnie dźwięk dzwonków pasących się krów, dzieci biegają po podwórku, bez strachu, że jakiś wariat je przejedzie. Syn chodzi do szkoły pomocowej - Heilpedagogische Schule, gdzie ma rehabilitację, indywidualne zajęcia w ramach swoich potrzeb, a przy okazji realizuje program "szkoły normalnej". Po skończeniu szkoły ma zapewnione miejsce pracy i opiekę pracownika socjalnego w razie potrzeby. Będzie mógł samodzielnie funkcjonować. Mieć normalne życie.

Ale Szwajcaria to nie Europa, w każdym razie nie tu, gdzie mieszkam. Prawa wyborcze kobietom nadano w Zurychu w 1970 roku, a w kantonie Apenzeller Innerrhoden w 1990. Kobieta, która pracuje, mając dzieci, jest uważana w najlepszym wypadku za "nieodpowiedzialną". Na prowincji powszechna jest niechęć do emigrantów. Przedszkole pracuje od godziny 8 do 12, potem można zapisać dziecko do Krippe - prywatnego przedszkola, którego cena jest niestety zaporowa. Bezrobocie wynosi 3,9 proc. - niby marzenie bezrobotnego, tylko czy na pewno? Rynek jest hermetyczny, z reguły wymagający wykształcenia w kraju.

Moje marzenie? Wrócić do swojej mało płatnej, ale fascynującej pracy, do rodziny, do domu. Ale nie mogę, bo w ten sposób skażę moje dziecko na wegetację, a mój związek na unicestwienie. Dlatego tkwię, czekam, liczę na zmianę. Tu lub tam.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.