Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

1 czerwca minął rok, odkąd wylądowałam na lotnisku w Birmingham. Wcześniej mieszkałam w Warszawie, miałam dobrą pracę w banku, mogłam pozwolić sobie na wakacje i wyjazdy w rodzinne strony. Pozornie wszystko było tak, jak trzeba. Tylko że nie było.

Po studiach we Francji i stażu w Brukseli wróciłam do Polski. Na początku wciąż musiałam tłumaczyć dlaczego. To był 2005 rok i wszyscy raczej wyjeżdżali. Ja postanowiłam poszukać pracy w kraju i po miesiącu przeprowadziłam się do stolicy, jak się okazało - na dziewięć lat. Znajomość języków sprawiała, że zawsze miałam pracę, tylko niekoniecznie czas na życie po pracy. Nie potrafiłam sprzeciwiać się nadgodzinom, zawsze "dawałam radę". Miesiąc pracy bez przerwy w filii banku we Francji? Nie ma problemu. Bank likwiduje stanowiska pracy w Londynie i potrzebuje tańszej, wydajniejszej wersji u nas? Nie ma sprawy, Polak potrafi.

Pierwsze otrzeźwienie przyszło dwa lata temu

Musiałam sama pojechać na wakacje, bo nie mogłam znieść myśli o tym, że miałabym się do kogoś odezwać. Nie chciałam negocjacji, co robimy albo gdzie zjemy. Chciałam odpocząć od wszystkiego. Pomogło na krótko. Przestałam reagować na absurdy w pracy, jedyne, o czym myślałam, to żeby jakoś przetrwać kolejny 60-godzinny tydzień.

Gdzieś po drodze przestałam się uśmiechać, żartować i śmiać całym brzuchem. Stałam się wiecznie narzekającą zrzędą, nie lubiłam samej siebie. Nie wiem, jak rodzina znosiła moje wieczne monologi o pracy. Nie potrafiłam o niczym innym mówić, a o odreagowaniu nie było mowy - przecież weekendy były po to, aby przygotować kolejny wyjazd służbowy za granicę. Przez osiem miesięcy próbowałam zmienić pracę na inną, ale miałam do wyboru tylko podobne posady za mniejsze pieniądze w takich samych korpobałaganach jak mój. Na temat niektórych rozmów o pracę mogłabym napisać książkę.

Z czasem zrozumiałam, że nie o taką zmianę chodzi. Przez ponad rok dojrzewałam do decyzji o wyjeździe. Wreszcie zostawiłam wszystkie meble w wynajętym mieszkaniu, oddalam książki do biblioteki, rozdałam większość rzeczy i rzuciłam tę "superpracę w banku" z pensją znacznie przewyższającą średnią krajową. Ostatnie dwa miesiące w pracy były rewelacyjne. Zajęć ubywało i nikt już nie mógł dać mi nowego klienta do obsługi "na chwilę".

1 czerwca zeszłego roku urodziłam się na nowo

Przeprowadziłam się do Walii. Po miesiącu dostałam pracę w banku w Bristolu. Wynajmuję pokój we wspólnym domu z ogrodem, chodzę pieszo do pracy, bo mieszkam tk blisko. Mam czas na gotowanie, sport i spotkania z nowymi znajomymi. Po roku pojawiło się kilkoro przyjaciół i odnowiłam kontakt z przyjaciółką z dzieciństwa, która od 10 lat mieszka w Kornwalii.

W pracy musiałam nauczyć się wolniej mówić i wolniej pracować. Nikt już nie wymaga ode mnie niemożliwego. Przestałam opowiadać o pracy w Polsce i porównywać. Jest mi wstyd, że tak dajemy się wykorzystywać. Teraz mam czas na rozmowy z kolegami i na ich poznanie podczas godzinnej przerwy na lunch. Codziennie rano szefowa pyta, jak się wszyscy czują i czy może w czymś pomoc. Potem ustalamy, co jest priorytetem na dany dzień. Jestem lepiej traktowana jako obcokrajowiec tutaj niż kiedykolwiek byłam we własnym kraju przez polskich szefów. Tu szanowana jest odmienność i prosty fakt, że każdy uczy się inaczej i w innym tempie. Liczy się współpraca i chęć przychodzenia do pracy. Wydajność przychodzi sama.

Po pół roku miałam koszmar. Śniło mi się, że mam wrócić do pracy w Polsce. Polska to kraj taniej, wysoko wykwalifikowanej siły roboczej. Kadra zarządzająca boi się o pracę, więc nigdy nie zadba o godne warunki dla swoich pracowników. Jesteśmy przemęczeni, zestresowani i agresywni, a państwo nie robi nic, aby zadbać o obywateli. Nic dziwnego, że od jakiegoś czasu z Warszawy wyjeżdżają z całymi rodzinami osoby z doświadczeniem. Mnie przestało się chcieć po dziewięciu latach walki, bo życiem tego okresu nie nazywam.

W Anglii znalazłam swoje miejsce i wewnętrzny spokój. Do pracy w Polsce nie wrócę, ale chętnie przyjadę na wakacje.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.