Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wchodzę do budynku przy ulicy Cava Baja i małym kluczem błyskawicznie otwieram drzwi. W korytarzu prowadzącym do krętych, drewnianych schodów mijam skrzynki na listy po lewej stronie (jedna trzecia z nich jest otwarta) i słyszę dobiegające odgłosy gitary. Biegnę na pierwsze piętro. Ktoś ćwiczy. Byłoby to zupełnie normalne zjawisko, gdyby nie to, że kilka kroków wyżej słychać trąbkę. Tu też ktoś ćwiczy. Mieszkam na trzecim piętrze, a stamtąd dobiega dźwięk basu. Wchodzę do mieszkania. Otwarte okiennice, odgłosy ulicznych rozmów, do tego niewyraźny szum trzech instrumentów na różnych kondygnacjach. Tak brzmi El barrio La Latina, południowo-zachodnia część centrum Madrytu.

To 130-metrowe mieszkanie labirynt nie ma w sobie nic z luksusu: meble zostały przyniesione z ulicy lub podarowane przez znajomych. Dzielenie tej przestrzeni z dwoma Hiszpanami i Francuzką ma w sobie dużo uroku. Wprowadziłam się tu miesiąc temu i policzyłam, że była to ósma przeprowadzka w ciągu ostatnich trzech lat.

Po wyjeździe z Gdyni najpierw mieszkałam w różnych zakątkach Londynu, by później przenieść się do Madrytu, gdzie jestem od ponad roku. Mimo tych ośmiu przeprowadzek nie jestem pewna, czy słowo "emigrantka" właściwie mnie określa. W mojej rodzinie mamy długą historię emigracji i dla mnie to zjawisko zawsze wiązało się z ucieczką przed czymś lub z poszukiwaniem czegoś. Ja od niczego nie uciekłam i nie poszukuję też zachodniego dobrobytu. Nie uważam, że Polska jest krajem, z którego koniecznie trzeba wyjechać i nigdy tam nie wracać.

Moja emigracja łączy się z poznawaniem życia w nowych miejscach i nawiązywaniem przyjaźni, które w innych okolicznościach nie byłyby możliwe. To poszukiwanie doświadczeń i chęć sprawdzenia, jak sobie poradzę w nie zawsze komfortowych warunkach i niemożliwych do przewidzenia sytuacjach.

Moje przeprowadzki nie zmieniły tego, jakie są moje wartości oraz stosunek do świata i społeczeństwa. Utrzymuję dawne przyjaźnie, doceniam spokój Trójmiasta, nasze polskie krajobrazy, morze, melancholię filmów Kieślowskiego. Mieszkanie poza Polską pozwoliło mi jednak być bardziej sobą, wyjść poza narzucane schematy i żyć tak, jak tego potrzebuję.

Dzięki ostatnim wyjazdom zrozumiałam, jak bardzo cenię nieprzewidywalność życia w mieszance kulturowej. Ciągłe zmiany przyzwyczaiły mnie do tego, że niczego nie można być pewnym, że nic nie jest na stałe. Widzę, że trzy lata temu byłam bardziej uzależniona od tego, co wówczas mnie otaczało. Dzisiaj, gdy coś stracę, podchodzę do tego spokojnie.

Gdybym miała podsumować ostatnie trzy lata, to powiedziałabym, że życie poza ojczyzną może nauczyć nas wolności i niezależności, jeśli tego właśnie poszukujemy.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.