Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

- Kupiłam bilet do Polski - oznajmiam narzeczonemu. - A powrotny też już masz? - słyszę po upływie nanosekundy.

Trzeci rok mieszkam we Włoszech. Po "burzy hormonalnej", jak nazywam początkowy atak tęsknoty za ojczyzną (czyt. nałogowe słuchanie Brathanków i sny o Warszawie co drugą noc), jest całkiem nieźle. Słucham polskiego radia przez internet i wydaje mi się, że jestem blisko.

Ale nie przyzwyczaję się nigdy do rozstań i pożegnań.

Pamiętam widok mojej mamy, która trzy dni przed każdym moim wyjazdem powtarzała: "Na pewno musisz już jechać?". Potem stała na peronie i czekała na odjazd pociągu. I machała. To było w czasach, kiedy byłam jeszcze słoikiem. Miałam do domu jakieś 450 km i przynajmniej trzy pociągi dziennie. Teraz jestem emigrantką. Mama odprowadza mnie na ten sam pociąg i dalej macha, tyle że dużo płacze. A potem jeszcze dzwoni, kiedy czekam na odlot. Bo jej darmowe minuty są ważne tylko w Polsce.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Jest też najlepsza przyjaciółka. Moje przyjazdy to święto. Za każdym razem obserwuję, jak rozwija się kulinarnie - już nie podaje mi ryżu z burakami. Pierwszy raz się rozstałyśmy, kiedy poszłyśmy do dwóch różnych liceów. Potem były dwa różne miasta, a teraz kraje. Mamy taktykę radzenia sobie z pożegnaniami - nie robimy tego. Mówimy tylko: "Przecież zaraz się zobaczymy". Zupełnie jakbyśmy szły spać do naszych domów po gimnazjalnej dyskotece.

Dalej kot, a raczej kotka. Słodka, czarna, nastoletnia. Widziałam, jak się rodziła. Jako dwunastolatka wierzyłam, że ma magiczną moc, więc zwierzałam jej się z kłopotów. Zawsze pomagała. Kot, jakich wiele, który włazi ci do walizki, kiedy się pakujesz. Wtedy jej nakazuję, żeby przypadkiem nie wybierała się na "szczęśliwą łąkę" do mojego następnego przylotu.

Z bratem jest tak, że on ostatnio dużo osiągnął, a mnie jest przykro, bo obserwuję to z daleka. Obronił się, dostał pierwszą pracę. Potem kolejną. A ja mu gratuluję przez telefon. Albo Skype'a.

Tata jest małomówny, nieczęsto dzwoni. Właściwie nie dzwoni. Raz zadzwonił, kiedy byłam na pizzy ze znajomymi. Żeby mi powiedzieć, że z babcią to już się nie pożegnam. Tego pożegnania - dla odmiany - bardzo mi brakuje. Bardzo.

Wiele kosztują mnie te rozstania. To cena, jaką płacę za chwilową obecność drogich mi osób. Może dlatego nie przybieram na wadze w Polsce, nawet po dwutygodniowym dokarmianiu?

Rodzina, przyjaciele, koleżanki. Wszyscy, z którymi rosłam. Wymieniam ich na tę jedną ukochaną istotę, która czeka na mnie na lotnisku.

Bo jednak za każdym razem decyduję się na ten bilet powrotny.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.