Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Najpierw była muzyka. Miałam sześć lat, kiedy po raz pierwszy usłyszałam dźwięki celtyckiej harfy. Cztery lata później wiedziałam już, kto tę muzykę tworzy. Uczucie do muzyki pociągnęło za sobą miłość do języka irlandzkiego i do wyjątkowych miejsc: Gweedore i Donegal. To zakątek Irlandii, o którym mówi się "zapomniane hrabstwo". Oddzielone od reszty Republiki; najłatwiej dojechać tam przez UK. Nie zliczę, ile razy oglądałam to miejsce przez Google Maps i marzyłam, że kiedyś je odwiedzę.

2004 rok, Polska wchodzi do Unii Europejskiej, a Polacy pakują walizki. Mówi się, że na Wyspach łatwo o pracę. Ciągnęło mnie w tę stronę i choć nie wierzyłam, że sobie poradzę, odważyłam się na wyjazd zarobkowy do Anglii w wakacje. Okazało się, że faktycznie nie byłam przygotowana na szkołę życia. Nie znalazłam pracy tak szybko, jak mówili, za to prędko skończyły mi się oszczędności, a samotność była nie do zniesienia. Wróciłam i bałam się myśleć o kolejnym wyjeździe.

Skończyłam studia, znalazłam pracę w zawodzie z przyzwoitą pensją. Ale brzmienie celtyckiej harfy w mojej głowie nie milkło. W lipcu 2013 roku zrealizowałam marzenie życia i pojechałam na kurs ukochanego języka irlandzkiego do Gaeltachtu, regionu, gdzie irlandzki jest podstawowym językiem komunikacji. Gweedore, wiecznie niedostępne Gweedore, nagle znalazło się w moim zasięgu. Wiedziałam już, że moim miejscem na ziemi jest szmaragdowa wyspa. Po powrocie nie mogłam znaleźć sobie miejsca w Polsce.

To tu, w Irlandii, było wszystko, co mnie pociągało

Zielone wzgórza Gweedore, dziki Atlantyk, dwujęzyczne tabliczki, lekcje języka irlandzkiego, sesje muzyki tradycyjnej, w której zakochałam się bez pamięci. Godzinami ćwiczyłam na skrzypcach, starając się nadrobić piętnaście lat niedotykania instrumentu. Myślałam sobie: "Dobrze, jeszcze chwila i wyjedziemy". Grałam, tęskniłam, płakałam, słuchałam irlandzkojęzycznego radia.

Rok 2014 jest dla mnie rokiem zmian. W styczniu odeszła niespodziewanie moja najukochańsza mama. Od lat byłyśmy tylko we dwie, tato zmarł, kiedy byłam nastolatką. Dowiedziałam się też, że czeka mnie operacja kolana, trudno było przewidzieć, na ile poważna. Wyjazd odsuwał się w czasie. Wiele spraw do załatwienia, do tego ogromny ból straty i kryzys w małżeństwie. W połowie lipca wsiedliśmy z mężem do samolotu linii Aer Lingus (najbardziej przyjaznej muzykom linii lotniczej) z biletem w jedną stronę. W Polsce zostawiliśmy wszystko. Z domu rodzinnego zabrałam tylko zdjęcia z rodzicami. Tu mieliśmy oszczędności życia. Pomyśleliśmy sobie, że jeśli się nie uda, zawsze możemy wrócić. Ale tego bardzo nie chciałam - to tu było wszystko, za czym tęskniłam.

Od ośmiu miesięcy jestem emigrantką

Powoli krzepniemy. Spełniamy marzenia. Mąż znalazł upragnioną pracę w swoim zawodzie (jest administratorem Linuxa), a ja studiuję muzykę irlandzką i robię szybkie postępy ku mojej ogromnej radości i zadowoleniu nauczycieli, świetnych muzyków tradycyjnych. Dwa razy w tygodniu chodzę też na lekcje języka irlandzkiego. Codziennie rano pomykam rowerem na zajęcia ze skrzypcami na plecach, po zajęciach pędzę na sesje.

W swojej ziemi obiecanej marzę jeszcze o domu - jednym z tych, jakich tu wiele, w którym słychać będzie śmiech naszych dzieci i muzykę, którą będę z nimi grać. Marzę o samochodzie. Marzę o wyjściu z "okresu przejściowego".

Nie narzekam, bo mam to, czego chciałam. Ale nocami nie przestaję śnić o grobie rodziców, którego nie mogę odwiedzać co niedziela; o działce, z którą nie wiem, co zrobić, i o której nie zdążyłam porozmawiać z mamą, bo przecież miał być na to jeszcze czas. Jak większość emigrantów mam dwa domy i nie wiem już, który z nich jest moim pierwszym. Mama mówiła, że ojczyzna jest tam, gdzie chleb. Moi znajomi Irlandczycy twierdzą, że jestem bardziej irlandzka niż oni, bo szukam każdej okazji, żeby mówić w ich języku.

Do Polski będziemy wracać na wakacje, ale Boże Narodzenie spędzimy w Irlandii. Trudno jest mi wyobrazić sobie święta bez mamy, w Polsce. Na szczęście muzyka jest moim lekiem na wszystko.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.