Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W każdym miejscu, w którym zostaję na dłużej, maluję pokój na intensywnie błękitny kolor, zupełnie taki, jaki ma moja sypialnia w Polsce. Znajomi narzekają, że przecież przy zdaniu mieszkania trzeba będzie z powrotem przemalować, że z ciemnego trudniej, że po co to wszystko. A ja? Dopiero po przemalowaniu zyskuję poczucie bezpieczeństwa. Tymczasowe lokum zamieniam w dom. Zasypiam i budzę się w moim niebieskim pokoju.

Bardzo cenię fakt posiadania adresu. To, że gdzieś tam w Polsce czeka moje mieszkanie - nawet z kredytem - sprawia, że wiele małych życiowych przyjemności zachowuje dla mnie swój sens. W przeciwnym razie - po co zbierać pamiątki z podróży bez ściany, na której można je powiesić? Gdzie składować przeczytane książki? Czy w ogóle warto mieć cokolwiek cennego, co nie zmieści się w walizce? I czy wszystko musi być w formie elektronicznej? Adres - mój skład przeżyć i sentymentów. I szafa, w której na zawsze mogę odwiesić suknię ślubną.

Męża znalazłam dopiero na drugim końcu świata i już zawsze pół naszej rodziny będzie na jednym, a pół na drugim kontynencie. 10 tysięcy kilometrów to nie odległość na weekendowy wypad. Nie musimy na gwałt jechać setek kilometrów w drugi dzień świąt. Z góry wiemy, że u nas będą one zawsze całe po połowie, że w jednym z domów będzie więcej pustych talerzy dla wędrowców i że zawsze komuś będzie trochę bardziej smutno.

Tu znajdziesz wszystkie materiały z akcji "Polki bez granic"

Teraz jestem w Polsce; na jak długo - nie wiem. Takich rzeczy nie da się zaplanować. Tutaj wszyscy z nieskrywaną zazdrością pytają, kiedy wyjedziemy, a po usłyszeniu, że na razie nigdzie, odchodzą zawiedzeni. W Brazylii wszystkim wydawało się normalne, że zostanę tam na zawsze. Nikomu nie przeszłoby przez myśl, że chciałabym stamtąd wyjechać.

Kiedy byłam tam, marzyłam, żeby być tu. Tu, gdzie ludzie chodzą na spacery, a nie jeżdżą samochodem do parku, żeby w sportowym stroju odbębnić zaplanowane okrążenia, a potem znów wsiąść w samochód. Tu, gdzie są chodniki, gdzie działa komunikacja miejska, gdzie listonosz zostawi awizo, a nie wrzuci paczki przez płot na łaskę i niełaskę pory deszczowej.

Tam krępowało mnie, że nieznani ludzie mówią sobie "dzień dobry", całują i obejmują się jak starzy przyjaciele. Ale kiedy jestem tu, smutno mi, że sąsiedzi nie zawsze znajdą chęć, by w ogóle odpowiedzieć na moje przywitanie lub odburkują coś, jakby był to przykry obowiązek. Czy rzeczywiście tak trudno wykrztusić z siebie dwa słowa i uśmiechnąć się?

Mieszkałam w kilku krajach. W Chinach jestem wysoką blondynką, ale zdecydowanie za grubą. W Brazylii mogę się poszczycić pięknymi prostymi włosami, niebieskimi oczami i szczupłą figurą. W Polsce wyglądam jak wszyscy i nawet tuszy jestem średniej. W każdym z tych miejsc są rzeczy, których nie mogę znieść i bez których nie mogłabym żyć. I, choć zawsze jestem tylko mną, odbiera się mnie zupełnie inaczej.

Za każdym razem jestem jednak trochę inna i wiem trochę lepiej, czego chcę od życia. Może nawet kiedyś dorosnę na tyle, żebym nie musiała już malować ścian na niebiesko?

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.