Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Urodzona w czasach komunizmu. Dorastałam w postkomunistycznych polskich realiach. Osiem lat szkoły podstawowej, cztery lata prestiżowego liceum, matura z czerwonym paskiem. Studia zaoczne, bo na dzienne nie było mnie stać. Po trzech latach obsesyjnego wysyłania niezliczonych CV, dorywczych zajęć, krótkoterminowych umów o dzieło i innych prób przetrwania w Warszawie za mniej niż 1000 zł miesięcznie mam dosyć. Odpowiadam na podejrzanie brzmiące ogłoszenie w gazecie i dostaję pracę na luksusowym statku pasażerskim. Nigdy nie byłam na żadnym statku. Nigdy nie byłam sama poza Polską. Rodzina straszy, znajomi dziwnie patrzą. Nie mam pojęcia, czego się spodziewać. Wiem jedno: emigruję. Pracę mam zapewnioną na rok. Co dalej, nie jestem pewna, ale mam silne przeczucie, że nigdy do Polski nie wrócę.

6 maja 2004 roku. Trasa Warszawa - Londyn - Miami

Pierwszy w moim życiu lot samolotem. Starannie ukrywam podekscytowanie. Startujemy. Z nadmiaru emocji chce mi się płakać.

Ledwo rozumiem instrukcję bezpieczeństwa po angielsku. Na pewno nie jest to ten sam język, którego uczyłam się w szkole. Wrażenia z tego pierwszego lotu zapisuję szczegółowo w pamiętniku. Robię zdjęcia chmur.

Przesiadka. Rozmach i zgiełk londyńskiego Heathrow kompletnie mnie oczarowują. Wszystko wydaje mi się piękniejsze i lepsze niż w Polsce: sklepy, kawiarnie, hala odlotów. Za ostatnie dwa złote na karcie w telefonie piszę do mamy SMS-a, że Londyn jest super.

Kolejny lot: Londyn - Miami. Po kilku godzinach stewardesy pytają, czy nie ma na pokładzie kogoś, kto mówi po polsku, bo potrzebują pomocy w tłumaczeniu. Zgłaszam się - uradowana, że będę mogła wesprzeć kogoś, kogo angielski jest jeszcze gorszy niż mój. Okazuje się, że jednej z amerykańskich pasażerek ukradziono portfel i paszport. Pasażerowie siedzący w pobliżu uprzejmie zgodzili się poprzesiadać i pomagają w poszukiwaniu zaginionych dóbr, przeczesując własne bagaże. Starsza pani z Polski w ciemnoróżowym berecie, która przypomina mi z wyglądu moją babcię, odmawia współpracy. Po godzinie udaje mi się ją nakłonić, żeby sprawdziła, czy przypadkiem własność Amerykanki jakimś trafem nie zapodziała się w jej torebce. Kiedy w końcu portfel i paszport "cudownie" się odnajdują w torebce Polki, dostaję w prezencie butelkę szampana i specjalne podziękowanie od pilota i załogi samolotu. Stewardesy mówią, że powinnam być z siebie dumna. Ja tymczasem wstydzę się za Polskę i obiecuję sobie, że już nigdy nie przyznam się do polskości.

6 maja 2014 roku. Trasa Londyn - Dublin

Wpadam na Heathrow w ostatniej chwili. Klnę pod nosem na londyńskie korki. W pośpiechu przechodzę przez odprawę. Firmowe sklepy i kawiarnie sieciówki omijam szerokim łukiem.

Instrukcję bezpieczeństwa znam na pamięć - tylko w tym roku słyszałam ją jakieś 30 razy. W trakcie lotu pracuję nad ostatnimi poprawkami do prezentacji, której będę potrzebować w trakcie służbowego spotkania za kilka godzin. Odrywam się na chwilę od laptopa, żeby zamówić kawę. Siedzący obok mnie Irlandczyk przysłuchuje się mojej wymianie uprzejmości ze stewardesą, po czym zagaduje: "Jak miło! Szkocki akcent! Pozwól mi zgadnąć, skąd jesteś: Glasgow?". Odpowiadam ze śmiechem, że nie jestem Szkotką. "Nie żartuj! Jak to? Przecież słyszę szkocki akcent!". Tłumaczę, że mieszkałam w Szkocji kilka lat, więc jego pomyłka jest usprawiedliwiona. "Jestem Polką" - dodaję. On nie ukrywa zdziwienia i pyta żartobliwie, czy jestem tego pewna. Ja śmieję się i potwierdzam, że jestem stuprocentowo pewna swojej polskości.

Wywiązuje się między nami przyjazna rozmowa. Irlandczyk opowiada o swoich szkockich korzeniach. Ja streszczam moje 10 lat emigracji - dwa lata na statkach dookoła świata, siedem lat w Szkocji, rok w Londynie. Mówię o tym, jak każdą wolną minutę pierwszych miesięcy poza Polską spędzałam z nosem w słowniku. O zawartych na statkach przyjaźniach z ludźmi z całego świata, które trwają do dziś. O tym, jak bez problemu połączyłam studia dzienne na szkockim uniwersytecie z pracą w sklepie na pół etatu. O tym, jak po skończeniu studiów udało mi się w pracy awansować na regionalne stanowisko i jak od tamtego czasu moja kariera nabrała tempa. O moim mężu Brytyjczyku, który jeszcze do niedawna poprawiał mój angielski, a teraz mi się zdarza jego poprawiać, co bywa powodem naszych przekomarzań. Wreszcie, o ludzkiej życzliwości i wsparciu, których doświadczyłam w Wielkiej Brytanii. Na koniec dodaję, że im na obczyźnie jestem szczęśliwsza i im lepiej mi się wiedzie, tym bardziej doceniam swoje polskie pochodzenie.

Z głośników pada komunikat o przygotowaniu do lądowania. Irlandczyk kończy rozmowę, mówiąc, że powinnam być z siebie dumna. Ja mu uprzejmie dziękuję i nagle zdaję sobie sprawę, jak wielką satysfakcję odczuwam z bycia emigrantką z Polski.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.