Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Sama na ławce w Parku Jasnogórskim w Częstochowie, w cieniu drzew, obserwowałam przetaczające się alejami pielgrzymki. Przychodziłam tam codziennie od kilku miesięcy, żeby tylko wyjść z domu; czułam się prawie, jakbym była już w drodze. Jak wielu moich przyjaciół w tamtym okresie byłam przekonana, że po maturze trzeba stamtąd jak najszybciej wyjechać, że nic tu dla nas nie ma; gorzej - że jeśli zostaniemy, miasto zaciśnie na nas jakąś niewidzialną pętlę, uschniemy tu i zszarzejemy. Kilka dni wcześniej odebrałam telefon z Uniwersytetu w Montpellier. Pani w słuchawce powiedziała, że się dostałam.

Do Francji pierwszy raz wyjechałam sama rok wcześniej, w wakacje przed klasą maturalną. Przez dwa miesiące budowałam murki i malowałam domy w ramach programu dla wolontariuszy. Pojechałam sama, żeby nauczyć się języka. Po powrocie do Częstochowy poczułam, że czegoś mi brakuje, miałam wrażenie, że się duszę. Ten drugi wyjazd, na studia, na długo, był już mniej beztroski. Francja przywitała mnie oschle. Wbrew oczekiwaniom nie dostałam miejsca w akademiku, załatwianie wizy i karty pobytu było jak absurdalna łamigłówka, procedury ciągnęły się miesiącami. Zamieszkałam w maleńkim mieszkaniu, żeby nie powiedzieć komórce, o wymiarach 3x3. O dziwo, mieściło się w nim wszystko, co niezbędne do przeżycia: kuchenka, kanapa, biurko, łazienka. Przez ścianę słyszałam każdy szmer sąsiadów, w nocy po posadzce tupały gromady wielkich, tłustych karaluchów. Schudłam, zamknęłam się w sobie, zaczęłam pisać długie listy i słuchać na okrągło koncertów Rachmaninowa. Na studiach byłam najlepsza.

Powroty do Polski na święta były jak sen

Moje rodzinne miasto stało niezmienione. Za każdym razem obserwowałam ze zdziwieniem, że czas płynął dla mnie i dla niego zupełnie innym torem. We Francji, jak małe dziecko, każdego dnia rosłam: uczyłam się języka, codzienności i siebie. Każda godzina pełna była myśli, które mnie zmieniały. W Częstochowie oddawałam się w ręce rodziców. Moja głowa wreszcie mogła odpocząć, otaczało mnie miasto, o którym wszystko już wiedziałam, nogi same prowadziły w wybrane miejsce, nie musiałam nawet myśleć.

Na trzecim roku poznałam G. Powiedziała mi o nim znajoma ze studiów, mniej więcej tak: - Spotkaliśmy się kilka razy, poczułam się przygnieciona jakąś przedziwną siła, której nie potrafiłam się przeciwstawić. W środku zimy poddałam się, zamieszkaliśmy razem, byłam szczęśliwa. Zupełnie straciłam głowę. Miesiąc później na szkolnej tablicy z przerażeniem przeczytałam, że dostałam się na stypendium do Canterbury. G. od razu zadeklarował, że jedzie ze mną. Od tego momentu to jeżdżenie jedno za drugim stało się naszą tradycją.

Po roku w Canterbury pojechaliśmy do Baku, gdzie G. dostał staż. Studia robiłam na odległość. W Azerbejdżanie napisałam pracę magisterską, po obronie zostaliśmy przez rok we Francji, żeby G. zdążył napisać swoją. Następnie spędziliśmy dwa lata w Krakowie, gdzie studiowałam podyplomowo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po Krakowie był kolejny staż G. i trzy lata spędzone w tropikalnej Malezji.

Od dwóch lat mieszkamy w Charkowie, na Ukrainie

Oprócz mieszkania za granicą zaczęliśmy też intensywnie podróżować: z plecakiem wielkości tego, w jakim kilka lat później nosiłam pieluszki na zmianę dla B., oraz wszystkimi dostępnymi środkami transportu. Tak przemierzyliśmy Azję środkową, Bałkany, Iran, Turcję, Inochody i Indonezję. Z każdym odkrytym miejscem, z każdym krajem, moje poczucie tożsamości było na nowo kwestionowane. Kiedy zastanawiałam się nad tym, kim się staję, punktem odniesienia był ten moment na ławce, w parku Jasnogórskim.

W międzyczasie moje rodzinne miasto, z którego wyrosłam, moja Polska, taka, jaką ją zapamiętałam, również zaczęła rosnąć i się zmieniać. W zasadzie, od 2004 roku przy każdym powrocie do Częstochowy zauważam jakąś dużą zmianę. Powstaje multipleks, trzecia aleja zostaje wybrukowana i zamknięta dla ruchu, sadzone są nowe drzewa, otwierają się kawiarnie, buduje Galeria Jurajska, w końcu, całe centrum miasta przechodzi generalny lifting. Nawet autobusy jeżdżą teraz innymi drogami.

Te niby powierzchowne zmiany wstrząsnęły całą moją historią

Moja osobista topografia miasta, podwórko, na którym się wychowałam, przystanek, na którym się całowałam, cukiernie, warzywniaki, zaułki, skrót do szkoły, i nawet ta ławka w parku, z miejsc, do których mogłam powrócić, żeby się odnaleźć, stały się wspomnieniami żyjącymi już tylko w mojej pamięci. Nie było to już miasto, z którego wyrosłam, które tak mocno wypchnęło mnie w świat. Częstochowa stała się po prostu innym miastem, obcym, którego kontury jeszcze momentami przypominają mi tamten czas, kiedy do niego należałam.

Po prawie 12 latach życia na obczyźnie nie czuję się już do końca Polką. Jak duża część moich przyjaciół i być może jak nadchodzące pokolenia nie reprezentuję żadnego konkretnego miejsca, ale siebie samą, a tym samym zbitek doświadczeń i codzienności, jakie zgromadziłam, i jakie we mnie współistnieją, wartości, jakie wyznaję, i przyzwyczajeń zapożyczonych z różnych kultur, krajów i miejsc. W Polsce czuję się odrobinę obco, czuję, że nie przynależę do tej rzeczywistości całkowicie, mój tok myślowy przebiega innymi torami. Różne zdarzenia i miejsca, czy nawet melodie i słowa, przywołują w mojej głowie egzotyczne obrazy z "innych żyć", dalekie od wspólnej świadomości rodziny i znajomych w Polsce. Zazwyczaj chwile te przeżywam w samotności.

Mimo tego, Polska jest i będzie krajem, do którego zamierzam wracać i w którym czuję się najlepiej. Za granicą, czy to ze względu na język, czy kody kulturowe, zawsze jestem w roli dziecka, po omacku ucząc się wszystkiego na nowo, metodą prób i błędów. To ekscytujące, ale ta intensywność przeżyć bywa chwilami męcząca. Z bagażem doświadczeń, pełna fantastycznych zdarzeń, w Polsce czuję się większa, silniejsza, dorosła, w zasadzie nic nie stoi mi na przeszkodzie, niczego się nie boję.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.