Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wszystko zaczęło się dość niewinnie. W 1999 roku mój ojciec dostał posadę w Paryżu. Przeprowadzaliśmy się całą rodziną: rodzice, brat, 12-letnia ja i nasz mały piesek. Dorośli byli bardzo zadowoleni z takiego obrotu rzeczy. Ja - załamana. Jestem z pokolenia, które dzieciństwo spędzało nie przed komputerem, tylko z bandą okolicznych dzieciaków na dworze. Owszem, grywaliśmy czasem w Pegasusa albo Atari, ale nie mieliśmy jeszcze komórek - jeśli chciało się z kimś pogadać przez słuchawkę, to co najwyżej za pomocą domofonu. A tu nagle rodzice wywieźli mnie do miasta, w którym dzieci nie bawiły się na podwórku! Dla mnie to była tragedia.

Trzy lata we Francji zrobiły swoje. Powrót do renomowanego warszawskiego LO okazał się dość traumatycznym przeżyciem. I nie chodziło o rówieśników, tylko o nauczycieli. Co najmniej parę dni w tygodniu musiałam zostawać po lekcjach na korepetycje, żeby wyrównać francusko-polskie luki programowe.

Tu znajdziesz wszystkie materiały z akcji "Polki bez granic"

Potem dołożyłam wszelkich starań i pięknie zdałam maturę, a na deser zaliczyłam jeden semestr na krakowskim UJ. I wtedy poczułam, że polskiego systemu nauczania mam powyżej uszu. Zatęskniłam za Francją. Rodzice byli w tej kwestii bardzo wyrozumiali i wspomogli mój wyjazd do Montpellier. I tym razem nie było mi łatwo wyjeżdżać, bo po raz kolejny zostawiałam za sobą tabun wspaniałych ludzi i bliskich przyjaciół, no ale przecież łudziłam się, że obronię magisterkę i jeszcze tu wrócę.

Jak kochać, to na zabój! Jak kraść, to miliony! Jak studiować, to... sinologię!

Nauka języka chińskiego we Francji? Challenge accepted! Spędziłam dwa lata nad Morzem Śródziemnym - cztery semestry zagryzane oliwkami, zakrapiane sangrią, wyjeżdżone na miejskim rowerze marki Peugeot. Tak, to był mój studencki raj. Ale jak długo można kreślić krzaczki w Europie?

W 2008 roku udało mi się pomyślnie zaaplikować na stypendium rządu chińskiego i fruuu, wywiało mnie do Państwa Środka. Wyprowadzka z Francji do Chin nie była już tak emocjonalnie trudna, bo rodzina i najważniejsze grono przyjaciół nadal tęskniło za mną z tego samego miejsca co zawsze.

Chiny to było to. O dziwo czułam się tam lepiej niż we Francji. Były bardzo egzotyczne, a jednak jakieś takie swojskie zarazem. Przecież tutaj też je się pierogi!

Rząd chiński wysłał mnie do 7-milionowego miasta Jinan, położonego w prowincji Shandong, jedyne 400 km od Pekinu.

Na Shandong University dostałam pokój w akademiku dla obcokrajowców. Poznałam tam ludzi z całego świata: z Samoa, Mozambiku, Korei, Syrii, Słowenii... W zawrotnym tempie udało mi się podszlifować język, bo wielu obcokrajowców wcale nie mówiło dobrze po angielsku, więc chiński służył do komunikacji właściwie ze wszystkimi.

Shandong był dalej niż Langwedocja, ale jako kuszący cel podróży sprawił, że odwiedziło mnie tam więcej ludzi niż w Montpellier. Gościłam mamę, brata i jeszcze czwórkę znajomych.

Podejmowałam próby powrotu do Polski

Nie było to trudne. Nadal wszyscy mnie tam pamiętali. Po roku w Jinanie spędziłam pół roku w Krakowie. Z łatwością podłapałam w miarę dobrą pracę w korporacji. Chodziłam też dwa razy w tygodniu na lekcje do Instytutu Konfucjusza. Niestety czułam, że wszystko jest tylko tymczasową atrapą, że przecież mój chiński nie jest jeszcze tak dobry i to nie pora na stały powrót.

Wróciłam więc na Shandong University. Nagle wszystko miało sens. O wiele bardziej świadomie zaczęłam się orientować w otaczającej mnie rzeczywistości. Czułam szaloną satysfakcję ze zdobywanej wiedzy i tego, jak udawało mi się ją codziennie wykorzystywać.

Co czują rodzice dzieci, które wiecznie włóczą się po świecie?

Jesienią 2010 roku dostałam się na studia magisterskie na wydziale sinologii Uniwersytetu Warszawskiego. "Teraz tutaj zostanę i zrobię magistra" - wmawiałam sobie. Zaczęły się zajęcia, pierwszy tydzień, drugi, a ja już czułam, że nie mogę tu wysiedzieć. Jeśli trzy lata paryskiego gimnazjum sprawiły, że po powrocie odczuwałam niechęć do polskiego systemu edukacji, to trzy lata na zagranicznych uniwersytetach sprawiły, że go wręcz znienawidziłam.

Nie minęło pół roku, a znowu wylądowałam w Chinach. Tym razem na południu, w Yunnanie, krainie herbaty, prowincji sąsiadującej z Wietnamem, Laosem i Birmą. Znalazłam się zatem w epicentrum turystycznego szlaku dla backpackersów, zapuszczających się w Azję Południowo-Wschodnią. Stanowiło to przeciwieństwo Jinanu, gdzie było proporcjonalnie mało obcokrajowców, a jeśli już, to 95 proc. z nich przyjechało tam ze względu na studia.

W Kunmingu (stolicy Yunnanu) było natomiast ich całe mnóstwo i mieli ku temu przeróżne powody. Studiowali, uczyli się języka, otwierali swój biznes, robili sobie wielomiesięczne postoje w trakcie kilkuletnich podróży. Wśród nich był też on. Vathsan. Taki Hindus jak nie Hindus.

Właściwie to nie Hindus, bo Tamil. Ale co z tego, skoro wszyscy mylili go z Żydem albo Latynosem? Od 2008 roku włóczył się po świecie. Na motorze zjeździł prawie całe Chiny. Udało mu się też odwiedzić Nepal, Laos, Tajlandię i Mongolię. Taki trochę hipis. Miał długie włosy, duży uśmiech i słuchał The Doors. Z jednym kumplem starali się zorganizować mały muzyczno-kulturalny festiwal. Co wieczór Vathsan zarzekał się, że wcześnie rano wstanie i dołączy do grona staruszków uprawiający w parku tai-chi, ale nigdy mu to nie wychodziło. Stała się wiadoma rzecz - zakochaliśmy się.

Po jakimś czasie w naszą romantyczną rzeczywistość bezpardonowo wkroczyła biurokracja. Ni z tego, ni z owego zadzwonił do Vathsana pan z nowozelandzkiej ambasady. Złożone przez niego dwa lata wcześniej podanie o wizę zostało rozpatrzone pomyślnie. Teraz pozostawało tylko przesłać paszport w celu wklejenia wizy i w ciągu następnych trzech miesięcy dotrzeć do Kiwilandu.

Podróże po świecie na indyjskim paszporcie nie należą do łatwych ani przyjemnych. Obydwoje wiedzieliśmy, jak dla Vathsana ważne było, by koniecznie z tej szansy skorzystał.

Żegnajcie, Chiny, witaj, Nowa Zelandio

Po drodze na południe spędziliśmy dwa miesiące w Malezji i Indonezji. Kiedy już zbliżaliśmy się do naglących nas wizowych terminów, Vathsan poleciał do Aukland, a ja wsiadłam w samolot do Warszawy. Spędziłam w Polsce pięć tygodni. Zjadłam ze 30 schabowych, 50 kabanosów, parę kilo grześków i ptasiego mleczka. Większość czasu spędziłam po prostu u mamy. Wyskoczyłam też na parę dni ze znajomymi w góry.

Przez cały ten czas słyszałam, że już nigdy do Polski nie wrócę. Wiele osób mi to mówiło. Jedni ze szczerą tęsknotą w głosie, inni z domieszką zazdrości. Sama nie wiedziałam, co mam o tym myśleć. Nigdy dotąd nie wyobrażałam sobie tego, że już mam tutaj nie wrócić.

"Życie dziewczynki za 10 ton ryżu" - Anna o swojej emigracji do Wietnamu

Po 30 godzinach spędzonych na lotniskach i w powietrzu wreszcie dotarłam na koniec świata. Auckland kojarzyło mi się trochę z Francją, Anglią i odrobinę z USA. W powietrzu czuć było nadmorską wilgoć, na ulicach rosły gdzieniegdzie palmy.

W słoneczne dni niebo nie było szare, tylko niebieskie, a ja nie mogłam na nim wypatrzyć ani jednej chmury - zupełnie jak w Montpellier. Ale były też dni, gdy w nieskończoność siąpił deszczyk. Moje kieszenie wypełniały dolary z wizerunkiem królowej Elżbiety. Wzdłuż ulic ciągnęły się w nieskończoność domki jednorodzinne ze skrzynkami pocztowymi na kurzej stopce, wszystkie do siebie niepodobne, zupełnie jak w amerykańskich serialach.

Założyliśmy tutaj rodzinę. W kraju 30 milionów owiec i 4 milionów ludzi

Najpierw na świat przyszła Yana, po dwóch latach dołączył do nas Bruno. Początkowo, mimo że zamieszkaliśmy tak daleko - a dalej się już chyba nie dało - mieliśmy tutaj sporo gości. Oczywiście ze względu na wnuki odwiedzali nas często dziadkowie, ale też nasi znajomi. Część z nich to poznanymi kiedyś w Azji podróżnicy, którzy w trakcie wyprawy dookoła świata mieli Nową Zelandię na liście państw do odwiedzenia. Także nasz dom, szczęśliwie, był im po drodze.

Mimo to początki tutaj były dość trudne. Nadal nie jesteśmy do końca pewni, czy bardziej miało to związek z faktem, że zostaliśmy rodzicami, czy z tym, że zamieszkaliśmy w kraju bardzo odmiennym od dotychczasowych. Nasze życie kompletnie się zmieniło. Przez pierwszych parę miesięcy doskwierała nam samotność.

Jako że zamieszkaliśmy tak daleko od Azji i Europy, przez pierwsze trzy lata nie ruszyliśmy się w ogóle z Pacyfiku. Kochamy podróżować, więc ochoczo odkrywaliśmy magię Polinezji i Melanezji. Byliśmy już na Tonga, Samoa i Vanuatu. Założyliśmy z tej okazji podróżniczo-filmowego bloga, na którym publikujemy nasze filmowe relacje z podróży: www.vathsanclan.com

Za parę miesięcy wybieramy się w naszą pierwszą rodzinną podróż do Polski. Nazwaliśmy ją roboczo "home mission", bo po drodze wpadamy też do Indii.

Ten wyjazd będzie dla nas nie lada wyzwaniem, zapowiada się na to, że w każdym kraju będą czekać na nas kilogramy jedzenia do skosztowania i tabun ludzi do uściskania.

 

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.