Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nie chciałam jechać do Szkocji. Marzyła mi się Ameryka. Uczelnia nie pozostawiała jednak wyboru: na wymianę mogłam jechać albo do Edynburga albo wcale. Ze łzami w oczach poleciałam studiować fotografię.

Pierwsze wspomnienia to żółte linie na ulicach, domy z piaskowca, popielniczki i deszcz.

Tu znajdziesz wszystkie materiały z akcji "Polki bez granic"

Tuż przed planowanym powrotem do Polski poznałam na koncercie w pubie wysokiego, uśmiechniętego faceta z RPA. Poprosił mnie o numer telefonu i następnego dnia naprawdę zadzwonił. Moja przyjaciółka patrzyła, jak bardzo stresuję się, odprawiając rytuał przygotowania: bo w końcu on taki przystojny, mądry, do tego architekt... Zatrzymała mnie w pół słowa: "Jesteś co najmniej tak wspaniała jak on". Poszłam na tę randkę i siedzieliśmy razem przy kominku, śmiejąc się, podekscytowani spotkaniem.

Na początku związku przeszliśmy przez mojego raka

Szkocka służba zdrowia i James wspólnymi siłami uratowali mi życie. Byłam zaskoczona, że za leczenie nie muszę nic płacić. Pamiętam jak w szpitalu denerwowałam się, że na koniec wypiszą mi kosmiczny rachunek. Jakoś nigdy nie przyszedł. James zaopiekował się mną jak nikt na świecie.

Pierwszy rok naszego zakochania był więc ekstremalny: ja jako łyse warzywo, on - emocjonalna, fizyczna i finansowa opoka tego warzywa. Musieliśmy oswoić się ze śmiertelnością, podejmować takie decyzje jak: czy chcemy, żeby zamrożono embriony z naszym materiałem genetycznym na wypadek, gdyby okazało się, że po chemioterapii jestem bezpłodna. Pamiętam jak któregoś razu James przez przypadek zgolił mnie na zero (miało być na trzy milimetry). Śmialiśmy się do łez, a potem musiałam spać w czapce, bo było mi zimno w głowę.

Minęły cztery lata, a ja wciąż mieszkam w Edynburgu

Znalazłam dom. Razem z narzeczonym wymyślam nasz ślub, bo tu można po swojemu. Wybraliśmy opcję interfaith, czyli ślub duchowy, który nie należy do żadnej konkretnej religii. Nasza pani celebrantka ma wyszyte na szacie bociany - to jej zwierzę mocy. Cudownie jest opowiedzieć, co w polskim folklorze przynosi bocian. My, Polacy jesteśmy bogaci w piękne tradycje. To dla mnie wielki przywilej, że mogę być ich miłośniczką, a nie zakładniczką. Może dodamy do ceremonii szkocki zwyczaj wiązania rąk kochanków sznurem?

Co czują rodzice dzieci, które wiecznie włóczą się po świecie?

Wymyśliliśmy, że ślub będzie nad jeziorem. Jesienny weekend przy Loch Lomond z bliskimi pod jednym dachem. Założę białą suknię i czerwone korale. Będą nasi kochani przyjaciele i rodzina z Polski, Południowej Afryki, Wielkiej Brytanii. Będziemy śpiewać tradycyjne pieśni, odprawiać rytuały w lesie i modlić się o szczęście w uniwersalnym języku miłości. To dla mnie ważne, żeby święcić spotkanie a nie pielęgnować tęsknotę.

Jestem bardzo wdzięczna za to, gdzie jestem

Na obczyźnie (co za smutne słowo) odkrywam swoje słowiańskie korzenie. W grupie dziewczyn uczymy się pieśni wielogłosowych z Polski i Europy Wschodniej. James, po fazie oporu, przyłączył się do tego grona. Odnajdujemy się i spotykamy w tych tradycjach, odkrywamy wspólny dom.

Uwielbiam przyjeżdżać do Polski, jeść porzeczki i nasycać się rozmowami przy winie. Może kiedyś tam zamieszkamy i będziemy budować słomiane domy w Beskidzie Niskim?

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.