Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Gdziekolwiek jadę, zawsze dźwigam ze sobą bagaż tęsknoty.

W wieku 18 lat wyjechałam na rok do Paryża, gdzie po raz pierwszy zasmakowałam samotności i zagubienia, ale też nauczyłam się niezależności. Po trzyletnim licencjacie w Poznaniu znów ruszyłam, tym razem najdalej jak się dało. To były czasy przed "Władcą pierścieni", wiec Nowa Zelandia nie była tak popularnym celem podróży jak dziś. Czułam się jak pierwszy narciarz na stoku.

Tam wszystko wydawało się łatwe. Dzięki ciężkiej pracy można było prowadzić życie na godnym poziomie; spokojnie, tak zwyczajnie. Bez codziennej walki. Bez narzekań. Odwrotnie niż w Polsce miałam wrażenie, że rząd robi wszystko, by ludziom żyło się łatwiej, a oni szanują to, co mają, dbają o środowisko, przestrzegają prawa. Pamiętam, że dziwiłam się, jacy otwarci są wszyscy dookoła, bo nieustannie byłam zagadywana i wszyscy się do mnie uśmiechali.

Nowa Zelandia to pierwsze miejsce, w którym byłam dumna, że jestem z Polski, bo dla Nowozelandczyków wszystko co europejskie jest super. Dopiero wtedy - na drugim końcu planety - zatęskniłam za Polską.

Tu znajdziesz wszystkie materiały z akcji "Polki bez granic"

Po pięciu latach wróciłam na kontynent, by zamieszkać w Edynburgu W końcu stamtąd do domu był "rzut beretem". Moja mama nadal z przyzwyczajenia wysyłała mi paczki, nie wiedząc, że na ulicy, gdzie mieszkałam było kilka polskich sklepów. Czułam się jak w Polsce tyle tylko, że już nie zawsze tak dumna ze swoich korzeni. Polacy na wyspach nie maja dobrej reputacji.

Po prawie czterech latach życia w Szkocji "jakoś tak wyszło" (czytaj: zakochałam się), że wylądowałam w Indonezji.

I tak od prawie roku mieszkam na wyspie, którą można obejść dookoła w godzinę

Gili Meno to mały raj. Mieszkamy w drewnianym domku z prysznicem na zewnątrz, słoną i zimną wodą, bez lodówki, bez kuchni, jedynie z małą kuchenką gazową. Wiedziemy proste życie, o jakim zawsze marzyłam, mimo że nie jest tak łatwo jakby się mogło wydawać.

Moją codziennością stało się wyspiarskie życie w małej społeczności, w muzułmańskim kraju i odcięcie od wygód, które kiedyś były oczywiste, a teraz są luksusem. Nie ma miejsca idealnego, jest za to sztuka adaptacji.

Mogłabym długo pisać o tych wszystkich latach. O tęsknocie, smutku i tym, jak zmieniła mnie emigracja, ale chciałabym zwrócić uwagę na coś innego. Czy zastanawialiście się, co przeżywają rodzice tych dzieci, które wiecznie włóczą się świecie?

Moi rodzice przyjechali po mnie do Paryża starym nierozklekotanym samochodem, a pierwszą podrożą samolotem była dla nich odważna wyprawa do Nowej Zelandii, bez znajomości języka angielskiego (tata i tak do wszystkich mówi swoim łamanym niemieckim). Rodzice odwiedzili mnie też kilka razy w Szkocji. Kiedy wracam do Polski, zawsze przyjeżdżają na lotnisko. Mama wyposażona w prowiant dla armii, na co oczywiście nie mogę narzekać.

Co na temat emigracja ma do powiedzenia Karol: Polak bez granic, Hiszpan z wyboru, Katalończyk w duszy?

Teraz, gdy mieszkam w Indonezji, mój tata jest najlepiej poinformowaną osobą na temat wszelkich, nawet minimalnych, trzęsień ziemi i zmian pogody. Dzwoni do mnie i zdaje najświeższe informacje o tym, co dzieje się w mojej części świata. W pewnym sensie rodzice podróżują ze mną: czytają, uczą się o każdym kraju, w którym mieszkam. Wiem, że wszystko bardzo przeżywają. I co najważniejsze, zawsze prędzej czy później mnie odwiedzają.

Moje marzenie? To, że w końcu poczuję potrzebę zapuszczenia gdzieś korzeni (zgaduję: w ciepłym miejscu blisko morza) i ściągnę rodziców do siebie. Mama mogłaby całymi dniami zbierać muszle, pływać i gotować ze mną, tata czytałby książki i piwkował (delikatnie). Wybudowalibyśmy im domek obok nas i ogród, żeby robili to co lubią, a resztę czasu spędzali na bimbaniu.

Na koniec wzruszający list mojego taty:

Córeczko, takie życie sobie wybrałaś. Jest może bardziej kolorowe ale na pewno niełatwe. Kiedyś może zrozumiesz, jak to jest być rodzicem takiego dziecka. Jak to jest, kiedy ciągle czeka się na maila, telefon, zdjęcie czy jakąkolwiek informację. Jak to jest wciąż zastanawiać się, co robisz, gdzie jesteś, wśród jakich ludzi się obracasz, czy nic Ci nie grozi i czy jesteś zdrowa.

Coraz mniej wiemy o tobie, co robisz, jakie masz poglądy, co polubiłaś a co już nie jest dla ciebie przyjemne, a przede wszystkim jak wygląda twoje życie z Jamesem, bo jego już wcale nie znamy. Ciągle o tobie rozmawiamy. Kiedy przez dłuższy czas nie mamy informacji, to zaczyna się sprawdzanie maili co kilka minut, a potem dociera do nas fakt, że przecież u ciebie jest noc i śpisz.

A później przychodzi refleksja, że najważniejsze, byś była szczęśliwa, bo swoje życie musisz przeżyć po swojemu, więc jeśli tam jesteś szczęśliwa, to jest to, czego najbardziej chcieliśmy.

Ale już dość, bo się rozkleję. Pamiętam, jak byłaś malutka i gdy jeszcze nie mieliśmy auta, dziadek Michał zawsze ryczał na peronie, kiedy odprowadzał nas na pociąg. Coś widocznie jest w naszych genach, że wymiękamy na starość.

Całuje Cię bardzo mocno i tak bardzo tęsknię.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.