Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Brazylijski weekend jak każdy inny. A nawet spokojniejszy. Jeden z tych niezupełnie emocjonujących - z siedzeniem na werandzie, słuchaniem muzyki, jedzeniem polenty i smażeniem pastel. Co najważniejsze, gdzieś pomiędzy bieganiem, pracowaniem, szukaniem kolejnych celów podróży, w końcu znalazł się czas na odwiedzenie jeden z rodzin, która mnie tu zawsze ciepło przyjmuje. Kiedy tylko skończyłam swoje sprawy, zebrałam najpotrzebniejsze rzeczy i już byłam gotowa na spokojne popołudnie w Espigao.

Pierwszy jest strach

Czasami prosisz Boga, żeby dzisiaj spadł deszcz, czasem, żebyś miał tylko słońce, a czasem po prostu mówisz mu, że chcesz, żeby wszystko się ułożyło.

- Miała takie życie, jakby diabeł spał. Jak to się mówi, jak pączek w maśle. - toczą się słowa.

Rozmowa płynie spokojnym sobotnim strumieniem. Zajadamy się ciastem po obiedzie, na którym błyszczy się czekoladowo-limonkowa polewa i aż kusi, żeby jeść i jeść. Nie wiem o kim mówimy, ale ta kobieta z pewnością miała piękne życie, które w nieodpowiednim momencie zmieniło się w coś nieprzyjemnego. A czy ona zdecydowała, czy ktoś tam "z góry"? To już wie tylko ona.

Jeszcze w przeddzień jechałam z myślą w głowie: Boże, co ja jej powiem...Jak mam rozmawiać z nią w takiej sytuacji? Przecież to wszystko jest kompletnie nie do opisania i nie do pocieszania. Zajechaliśmy pod dom na motorze Cleimara i jak tylko weszłam przez próg, to wszyscy jak zwykle przywitali mnie uściskami i chimarrao. Jedyne czego chciałam, to przytulić mamę Cleimara i powiedzieć coś wesołego, jakiś żart. Żarty zawsze są dobre. Nawet jak jest źle.

Normalna choroba

Popołudnie topi się z prędkością światła. Cleimar smaży ryby a ja rozmawiam z jego mamą i tatą. I to właśnie oni, a szczególnie matka sprawiają, że zaczynam rozumieć kim były Amazonki. Bo prawdziwą Amazonkę mam właśnie przed sobą. Jakiś czas temu dowiedziała się, że czeka ją zwalczanie nieznośnego raka w piersi. Kobiety mogłyby płakać godzinami z tego powodu, załamując się, zanim jeszcze zaczęło się leczenie. Ale nie ona.

- Przecież to jest choroba jak każda inna. Po co myśleć? Trzeba leczyć. - coś w jej słowach jest prostego a tak cudownie przemawiającego. - Ja powiedziałam doktorowi tak: Cycek na co już miał się przydać, to się przydał, jak mamy się pozbyć tego raka, to można ją odciąć i całą.

Olga należy do trzeciego pokolenia na emigracji. Dlaczego mimo to wróciła do Polska?

Siła tej kobiety mnie onieśmiela. Która nie załamałaby się chemioterapią, myślą o stracie piersi, kolejną operacją, traceniem włosów i tym, że może coś się zaraz skończy? Mama Cleimara traktuje to, jako chorobę, zwykłą zmorę, z którą trzeba sobie poradzić. Dużo jeść, pić ciągle wodę i nie wchodzić do kuchni, bo od zapachu smalcu i mięsa niedobrze się robi. Chemia boli. Może cholernie uwierać i wymęczać. Najgorzej, jeśli nie mamy siły z nią walczyć.

Kiedy patrzę na mamę Cleimara, to jest to dla mnie taką spokojną wojowniczką. Pokazuje pierś po biopsji, nie przejmuje się tym, że straci element swojej kobiecości, nawet włosy czy siły. Ona się trzyma jak najmocniej, wie, że mąż to przeżywa więc nie ma co płakać. Najsilniejsi są ci, którzy starają się nie powodować smutku w najbliższych. Sądzono, że Amazonki usuwały pierś, aby nie przeszkadzała im w napinaniu cięciwy łuku lub rzucaniu dzidą. Były niezwykle waleczne. Strzegły swoich terenów pokonując o wiele liczebniejsze armie składające się z mężczyzn, którzy przerastali je masą i siłą.

Potrzebujemy zwykłych brazylijskich dni

To będą dni takie same jak wszystkie, tylko więcej nudności. niedługo druga, trzecia, czwarta chemia, biopsja i operacja. Przemierzane przeciwności to rak, a rak na pewno się zmniejszy, nawet nie ma co w to wierzyć, bo to wprost oczywiste. Z taką siłą, taką miłością, którą otacza tego wrednego raka cała rodzina, wieś i wszyscy przyjaciele - to ten rak ucieknie, gdzie pieprz rośnie. Schowa się, zasuszy na słońcu i wywieje. Jak ma być inaczej w rodzinie, w której dziadek w wieku lat osiemdziesięciu paru chodzi pagórkami godzinami do kościoła i niedawno skakał po drzewach?

- (...) Ona się nie boi umrzeć, ona się boi cierpieć. - Gdzieś pomiędzy słowami odnajduję każdego z nas, ale widzę też, że mama Cleimara sobie poradzi i będzie wzorem dla wielu okaleczonych a tak silnych Amazonek. Jesteśmy w końcu w Brazylii. Najdziksza i największa rzeka zobowiązuje. Czas wrócić do zajadania najdzikszej baraniny z pieca w towarzystwie guarany i ciepłych Brazylijczyków z odrobiną polskiej krwi.

Tekst pochodzi z bloga autorki: www.niemogeusiedziec.blogspot.com

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl ) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.