Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Właściwie od zawsze chciałam wyjechać. Jako dziecko podróżowałam z rodzicami po Europie i uwielbiałam być za granicą. Kiedy dorastałam wyjazd za granicę stał się dla mnie symbolem sukcesu. No i od zawsze uwielbiałam Stany Zjednoczone. Za co? Nie mam pojęcia. Po prostu kocham Stany.

Tu znajdziesz wszystkie materiały z akcji "Polki bez granic"

Na pierwszym roku studiów, jak wielu kolegów, wzięłam udział w wakacyjnym programie Work and Travel w USA. Znalazłam się w kalifornijskim raju. Przeżyłam szok kulturowy i od tego czasu nic już nie było takie samo.

Potem wyjeżdżałam jeszcze na wymiany studenckie do Austrii i Wielkiej Brytanii, na staż do Niemiec i tak stopniowo Polska przestała być moim domem. Kto raz zaczyna podróżować, nigdy już nie będzie mógł mieszkać w jednym miejscu.

Wróciłam na chwilę, żeby skończyć magisterkę. Potem rzutem na taśmę zaczęłam pierwszą pracę w korporacji. I wtedy mężczyzna, którego poznałam cztery lata wcześniej w USA poprosił mnie o rękę. Spakowałam walizkę, rzuciłam pracę i wyjechałam. Nie zastanawiałam się dwa razy.

Moje początki jako żony żołnierza

W jednym momencie straciłam rodzinę, przyjaciół, pracę i znajomą kulturę. I stałam się 'military spouse', czyli żoną żołnierza. Mieszkaliśmy w bazie wojskowej na wschodnim wybrzeżu USA. Znalazłam się w pustym, obcym domu, z kilkoma pudłami swoich rzeczy i podaniem o zieloną kartę w dłoni. Wszystko trzeba było zacząć od zera.

Musiałam nauczyć się prowadzić samochód i to od razu po sześciopasmowych autostradach, bo na komunikację publiczną nie ma co tu liczyć. Stopniowo poznawałam niuanse językowe i specyfikę nowej kultury, w której się znalazłam. A właściwie dwóch kultur: amerykańskiej i wojskowej. To dwa osobne światy.

"Życie dziewczynki za 10 ton ryżu" - Anna o swojej emigracji do Wietnamu

Załatwienie zielonej karty trwało ponad rok. W tym czasie byłam bezrobotna i pozbawiona możliwości szukania pracy. Musiałam zmienić kwalifikacje, bo polskie czy nawet europejskie specjalistyczne certyfikaty niewiele tu znaczą. Znalazłam pierwszy wolontariat, potem kolejny, wreszcie pracę.

Powoli stawałam się żoną, Amerykanką i częścią wojskowej społeczności.

American dream i poprawność polityczna

Ludzie tu są inteligentni, uśmiechnięci i przyjaźni. Jak nikt umieją cieszyć się życiem i nie przejmować konwenansami. Moje pierwsze wrażenie było takie, że ich zachowanie jest sztuczne, ale szybko doszłam do wniosku, że oni uśmiechają się tak często, bo naprawdę są zadowoleni z życia. Po pierwszym tygodniu w nowym miejscu znałam już wszystkich sąsiadów z mojej ulicy! Każdy chciał pomóc, poznać nas, pogadać. Wizyta w Polsce po jakimś czasie była dla mnie szokiem - nigdy wcześniej nie zauważyłam, że ludzie wolą tu patrzeć w chodnik niż oczy nieznajomego.

To nie mit, że w Ameryce każdy ma szansę się spełnić. Możliwości są nieskończone - czy to na karierę w najpotężniejszym firmach i instytucjach świata, czy wystartowanie z własnym pomysłem na biznes. Ja trafiłam do międzynarodowej organizacji non-profit nastawionej na pomoc wojskowym i ich rodzinom. Nikt nigdy nie dał mi do zrozumienia, że jestem gorsza, bo obca. W moim dziale pracuje Etiopka, Koreanka, Japonka. W sumie trzy rasy i pięć narodowości. Każdy przyjechał tu skądś, nie ma miejsca na dyskryminację. Żadna religia czy kultura nie jest dominująca. Jednocześnie trzeba bardzo uważać żeby nie powiedzieć czegoś niestosownego, co mogłoby być odebrane jako rasizm. Poprawność polityczna jest tu na poziomie ekstremalnym.

"Babciu, jem schabowego pałeczkami!" - emigracja Marty w listach do ukochanej babci

Amerykanie są bardzo przyjaźnie nastawieni do Polski. Niemal każdy, z kim rozmawiam, był w Polsce albo wręcz ma polską babcię czy dziadka. Każdy chce nauczyć się kilku słów, stara się wymienić nazwy miast, a przynajmniej Warszawę. Wielu wojskowych stacjonowało w Niemczech, więc ich żony jeździły do Polski na zakupy, głównie po polską porcelanę. Ja nawet nie wiedziałam, ze Polska produkuje porcelanę!

Pistolet i naboje w szafce nocnej

Wojsko stało się częścią mojego życia. Zamknięta baza ze strażnikami na bramie kontrolującymi dowody tożsamości. Poranna pobudka grana na trąbce o 7 rano. Hymn USA o 17.00 i wieczorny "taps' o 21.00. Helikoptery wiecznie patrolujące teren bazy. Żandarmeria wojskowa zamiast policji. Wojskowe sklepy, wojskowe szkoły. wojskowe szpitale i lekarze. Kilogramy wojskowego sprzętu i mundurów piętrzące się w jednym z pokoi mojego domu. Pistolet i naboje w szafce nocnej.

Szkolenia, treningi, misje. Co jakiś czas wracam do domu i dowiaduję się że on znów wyjeżdża... Mężowie znikają na misji na 6-9 miesięcy, a ich żony, często ciężarne, zajmują się dziećmi i domem. Próbują nie myśleć, nie martwić się... To niesamowite kobiety, które radzą sobie w każdej sytuacji. Same, bo ich bliscy są zwykle setki albo tysiące kilometrów od nich. Te kobiety to temat na osobny reportaż.

"Duszę się w raju" - Czy zostać na emigracji dla dziecka?

Życie podporządkowane armii oznacza też ciągłe przeprowadzki. To wojsko decyduje, gdzie będziemy mieszkać jutro, za rok, za pięć. Może w Korei, a może w Teksasie? Nigdy nie wiem, jak długo będę w jednym miejscu.

 

To niesamowite życie wśród niesamowitych ludzi.

 

Powrót do Polski?

 

Nigdy. Chyba, że US Army zdecyduje inaczej.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.