Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

"Wietnam?!" - nauczyłam się cierpliwie odpowiadać na to pytanie. Słyszę je od każdego, kto dowiedział się, że przez trzy lata mieszkałam w Hanoi i Sajgonie. Wyjechałam kilka dni po obronie. Nie zdążyłam nawet odebrać tytułu magistra socjologii.

Nie, nie przerażała mnie wizja bezrobocia wróżona absolwentom nauk społecznych. Wręcz przeciwnie. Chciałam przeżyć przygodę i wykorzystać ostatnią szansę, aby żyć pełną piersią w tropikach, z dala od wiecznego narzekania, kredytów mieszkaniowych i nadgodzin. Miałam wrócić po sześciu miesiącach, stać się przykładną obywatelką, płacić podatki i mozolnie odkładać na emeryturę. Plan uległ zmianie. Lot powrotny do Warszawy został odwołany, bo linia postanowiła zawiesić nieopłacalne połączenie z Wietnamem. "Czytaj znaki!" powtarzałam sobie. Zdecydowałam, że zostaję.

W błogiej nieświadomości

Pierwszym wyzwaniem była nauka języka. Wietnamski to język tonalny i każda sylaba może być wypowiedziana na sześć różnych sposobów, mając tym samym sześć różnych znaczeń. Po pierwszym roku życia w Wietnamie powoli byłam w stanie usłyszeć różnice między tonami.

Rozumiałam tylko niewielki procent komunikatów, ale życie w takiej wybiórczej przestrzeni językowej miało urok. Wymyślałam sobie, co mogłyby powiedzieć czule szepczące pary na romantycznej kolacji, gospodynie z sąsiedztwa, parkingowi czy rodzice odprowadzający dzieci do szkoły. Komponowałam własne slogany na gigantycznych billboardach i kreatywnie tłumaczyłam ulotki reklamowe. Słuchałam tylko tych informacji, które mnie bezpośrednio dotyczyły, a cała reszta była tylko melodią w tle.

Tu znajdziesz wszystkie materiały z akcji "Polki bez granic"

Dopiero po powrocie do Polski uświadomiłam sobie, jakim szczęściem było życie w błogiej nieświadomości. Byłam wolna od perswazyjnych przekazów, populistycznej paplaniny, agresywnych docinek i próżnych banałów.

Mrowie skuterów jak Morze Czerwone

Drugim wyzwaniem był ruch uliczny. Na samą myśl o przejściu przez większe skrzyżowanie dostawałam gęsiej skórki. "Ja chcę żyć!" powtarzałam sobie, w myślach wznosząc akty strzeliste. Rozpaczliwie wypatrywałam innych pieszych, za którymi mogłabym się bezpiecznie schować. Na wietnamskim skrzyżowaniu nie wolno biec ani cofać się, lepiej już przystanąć na środku jezdni. Wtedy mrowie skuterów rozstąpi się przed tobą jak Morze Czerwone. Żadnych gwałtownych ruchów!

Teorię, przekazaną przez wietnamskich znajomych, miałam w małym paluszku. Gorzej było z praktyką. Życzliwi przechodnie łapali mnie za rękę i przeprowadzali na drugą stronę jezdni. Należało iść drobnymi krokami, jednocześnie kołysząc swoje ciało w rytmie napierającej fali skuterów, samochodów i autobusów. Każdego dnia robiłam małe postępy. Najpierw zaczęłam samodzielnie "chodzić", później przesiadłam się na rower, a w końcu kupiłam własny skuter marki Honda Super Cub.

"Co powiedziałabym sobie samej przed emigracją?" opisuje Agnieszka mieszkająca w Meksyku

Powoli zdobywałam nowe umiejętności. Nauczyłam się targować i odnajdywałam w tym teatralnym przedstawieniu olbrzymią przyjemność. Codziennie poznawałam nowych ludzi, którzy prowadzili mnie w labiryncie "obcości". Do grona pomocnych tubylców należeli zazwyczaj recepcjoniści, kierowcy taksówek, sprzedawcy, przechodnie. W zamian odpowiadałam na stały zestaw pytań: Jak masz na imię? Skąd jesteś? Ile masz lat? Gdzie pracujesz? Masz męża? Zawsze w tej właśnie kolejności.

Święty wspólny posiłek

W Azji nauczyłam się też celebrować posiłki. Przez pierwsze dwa miesiące mieszkałam z wietnamską rodziną. Moja siostra Linh studiowała ekonomię, brat Tran chodził do szkoły średniej, ojciec Tho wykładał prawo w akademii policyjnej a matka Ha zajmowała się domem. Każdego dnia jedliśmy razem przynajmniej jeden posiłek. Trzeba było mieć niezłą wymówkę, żeby nie przyjść do domu na kolację. Zawsze o tej samej porze, spożywana bez pośpiechu w radosnym gwarze, często w towarzystwie znajomych i spontanicznie zjawiającej się rodziny. Podczas wspólnego posiłku opowiadaliśmy sobie, jak nam minął dzień i co udało nam się zrobić. Wszystkie potrawy ułożone były na środku stołu w dużych półmiskach i każdy wybierał z nich smaczne kąski swoimi pałeczkami posiłkując się małą miseczką z ryżem.

"Babciu, jem schabowego pałeczkami!", czyli emigracja Marty w listach do ukochanej babci

Pamiętam jak odwiedziłam znajomą Rani w Indonezji. W jej rodzinie jedliśmy rękami siedząc wygodnie na podłodze. Posiłek trwał nieprzerwanie, nawet przez kilka godzin. Natomiast w kambodżańskiej dżungli, po całodziennym marszu nasz przewodnik Huong rozpalił ognisko i ustawił na rożnie podłużną bambusową łodygę, która służyła mu za garnek. Gdy skończył swoje kulinarne arcydzieło, zaczęliśmy zachłannie jeść, aby szybko zaspokoić głód. Wtedy przewodnik, wychowany w dżungli, zwrócił nam uwagę, że posiłek należy celebrować- jeść powoli i cieszyć się każdym kęsem - a nie żarłocznie go pochłaniać.

Cztery lody za jeden granat

Moją wietnamską rówieśniczką jest Thao. Zawsze się uśmiecha i nie sposób nie robić tego samego w jej obecności. Obie wychowałyśmy się na wsi: ja polskiej, ona - wietnamskiej. Obie w dzieciństwie uwielbiałyśmy lody. Pamiętam żółty samochód Family Frost z zabawną melodyjką. Przy zakupie całych opakowań dzieci dodatkowo dostawały dinozaury i inne zabawki. Hitem w naszej okolicy były lody przypominające kaktusa.

Thao z kolei kupowała lody u obwoźnego handlarza, który na rowerze przyjeżdżał do jej wioski położonej na skraju dżungli. Lody tak naprawdę były jedynie zamarzniętą wodą z cukrem. Wszelkie transakcje odbywały się bezgotówkowo: obowiązywał barter. Za jeden granat dzieci dostawały w zamian aż cztery lody. Gdy wybuchały te granaty Thao jeszcze nie było na świecie. Urodziła się po wojnie. Była czwartym dzieckiem w rodzinie, do tego czwartą córką. W kulturze azjatyckiej dziecko płci męskiej jest chlubą dla rodziny, córek nawet nie wpisuje się do rejestru rodzinnego. Tak, jakby w ogóle nie istniały. Rodzina Thao musiała zapłacić za nią karę. Nie mieli pieniędzy, dysponowali natomiast plonami pochodzącymi z gospodarstwa rolnego. Życie Thao kosztowało 10 ton ryżu.

Tiziano Terzani napisał o Azji, że "jeśli choć raz przekroczysz ten ocean, już zawsze będziesz po jego złej stronie". Życie tam było dla mnie lekcją pokory i wdzięczności. Uświadomiłam sobie, że wszystko, co posiadam nie jest moim prawem, ale olbrzymim przywilejem. Miliony ludzi na ziemi marzą, żeby żyć moim życiem.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.