Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Moja mama powtarza przy każdej okazji, że żadnych szkół nie ukończyła. A ja uważam, że celująco zdała wszelkie egzaminy na trudnym uniwersytecie życia i w kilku szkołach przetrwania. Ponadto doskonale zaliczyła wiele szkoleń z lokalnej przedsiębiorczości, gdzie wykazała się niezwykłą kreatywnością i innowacyjnością proponowanych rozwiązań.

Trudno natomiast dostrzec w jej życiu przejawy asertywności. Ale tak już mają wiejskie kobiety wychowujące czworo dzieci własnych, a czasami jeszcze dwójkę „miastowych”, bez urlopu macierzyńskiego, bieżącej wody, pampersów i bez 500 plus. Czyli w ciągłym braku czasu i pieniędzy.

Wyczekiwany przez mamę moment pójścia do szkoły zbiegł się w czasie z wybuchem wojny. Dostarczając jedzenie i odzież ukrywającym się Żydom, uczyła się sprytu i dzielenia z innymi. Potem pojawił się mąż - poczciwy człowiek i dobry ojciec, ale po „resocjalizacji” w sowieckich łagrach bał się każdego urzędnika, co życia w trudnych czasach nie ułatwiało. Brała więc mama sprawy w swoje ręce, a dwie wielkie bańki mleka wydojonego wieczorem rano na wielki rower, aby dostarczyć je do mleczarni, zanim dzieci wstaną. Było z tego parę groszy na chleb, cukier i mydło. Zdołała też przekonać męża do uprawy rzepaku i lnu, kształcenia dzieci, a nawet budowy domu częściowo na kredyt.

Z braku czasu niekoniecznie kończyła, ale zawsze zaczynała wszelkie kursy organizowane przez Koło Gospodyń Wiejskich - pieczenia, gotowania, robienia przetworów oraz szycia kołder. Tych ostatnich naszyła kilkaset dla rodziny i chyba połowy powiatu.

Robione na drutach swetry zachwycały znajomych, cały piec szarlotek w jabłkowym sezonie był dla nas normą, a walizka domowego ciasta zawleczona przeze mnie na zimowy obóz studencki dla wszystkich uczestników bardzo miłą niespodzianką.  
Kursy językowe ją ominęły, ale „body language” opanowała chyba do perfekcji, bo wszyscy moi przyjaciele bardzo cenią sobie rozmowę z nią, znajomy Japończyk chce się z nią spotykać przy każdej wizyt w naszym kraju, a z pewnym Francuzem podczas kolacji w moim domu dogadała się co do liczby posiadanych dzieci, zanim ja zdążyłam podać aperitif.

Tak, mam świadomość, że moja wyjątkowa mama bynajmniej nie jest wyjątkiem. Takich dzielnych kobiet było i nadal jest bardzo wiele. Dlatego chciałabym wykorzystać okazję, aby jej i im wszystkim złożyć najlepsze życzenia z okazji Dnia Matki.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.