Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Prowadziłam mało uważnie, mało bezpiecznie, za szybko. Tak jak jedzie się do chorego ojca. No i masz babo placek - drogówka. Kontrola, dokumenty.

Policjant uśmiechnięty, młody - u mnie z kasą się nie przelewa - może coś ugram, pomyślałam - zapytałam, czy mogę wysiąść i podejść do radiowozu.

Sprawdził dane, nazwisko

- Mężatka? - zapytał.

- Tak.

- Szczęśliwa? - zażartował.

- A czy wpływa to na wysokość mandatu?

Zaczęłam powłóczyć rękoma po miejscu w drzwiach, w którym schowała się odsunięta wcześniej szyba.

Uśmiechnął się, coś notował, poprosił, abym wsiadła do swojego samochodu, podszedł po chwili, zapytał, gdzie pędzę.

Nieporadnie próbowałam się tłumaczyć.

Ot tak, niby niezamierzenie, zapytał o numer telefonu. Podałam, myśląc, że jest natrętny i zbyt pewny siebie, że po prostu nie odbiorę lub podam błędny, ale zobaczył w aucie moje służbowe wizytówki, poprosił o jedną. Odjechałam.

Po kilku minutach dostałam SMS.

"Mam na imię Tobiasz, to mój nr kom., czuję się niezręcznie, ale czy mogę zaprosić Cię na kawę?".

Uznałam, że to zabawny człowiek, a w pracy handlowca lepiej mieć drogówkę po swojej stronie, zgodziłam się - naiwnie.

Następnego dnia przyjechałam pod mały zajazd. Czekał na mnie, a ja go nie poznałam, bez munduru był jakiś młodszy, niższy, grubszy. Mniej atrakcyjny. Kawę wypiję, co mi zależy - pomyślałam i zaczęło się.

Rozmowa nabrała tempa, jakbyśmy znali się od zawsze, wchodziliśmy sobie w słowo, byliśmy nieelegancko głośni, obsługa lokalu z grymasem zwracała na nas uwagę, co nas śmieszyło. Już po po pierwszym spotkaniu rozstaliśmy się z niekłamanym żalem i umówiliśmy się na dzień następny w hotelowej, tym razem zacisznej, restauracji.

Kiedy przyjechałam na miejsce, czekał w pokoju 504. Były kwiaty, szampan, truskawki, wiedziałam, po co tam jadę. Kiedy weszłam, zaczął mnie całować, byłam "po", zanim w ogóle znaleźliśmy się w łóżku. Zrobiliśmy to chyba jeszcze trzy razy. Cały czas byliśmy siebie głodni. Dowiedziałam się, że się zaręczył, miałam świadomość, że na mnie w domu czekają mąż i siedmiomiesięczna córka. Mimo to pojechałam. Od razu układ był jasny, mimo że dla mnie, cnotliwej katoliczki, aż nierealny. Spędzamy ze sobą czas, jeśli seks, to bez zobowiązań, mamy swoje życie.

Trwało to cztery cudowne lata, lata wspólnych wypadów, "urlopów" w pracy. Nieprzespanych nocy i nocnych telefonów, kombinowania, wspólnych radości, dzielenia ze sobą zmartwień i trosk, Wiedział o mnie wszystko, interesował się mną i vice versa. Często powtarzał, że spotkaliśmy się zbyt późno, że jego brat jest po rozwodzie i rodzicie źle to znieśli, są już starsi i on nie może zostawić Tośki (narzeczonej).

Wziął ślub dokładnie w moje 29. urodziny. Całą poprzedzającą to wydarzenie noc przegadaliśmy przez telefon. Chciałam zostawić dla niego męża, ale nigdy nie naciskałam - czekałam, aż się opamięta, aż zrozumie, że to miłość, a nie pragnienie, że na tym, co między nami, można budować twardy fundament, ale Tobiasz ciągle powtarzał mi, że jest za późno, że mamy swoje życia, rodziny i zobowiązania.

Minęło 10 lat, dzieci odchowane, moje małżeństwo to układ biznesowy, jego polega na dopasowywaniu się męża do wymagającej żony z mentalnością księżniczki. Oboje jesteśmy skrajnie nieszczęśliwi, dzieciaci, pracujący, no i w stałych, rokujących związkach.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.