Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Panizewsi

Mieszkam na wsi i mam 32 lata. Przeprowadziliśmy się z mężem z Warszawy. Jesteśmy wykształceni, prowadzimy swój biznes. Jest dużo więcej takich jak my, którzy uciekają z wielkich miast. Ludzie na wsi (nasza liczy 30 mieszkańców) są dużo bardziej tolerancyjni niż w mieście, ich nie obchodzi to, kim kto jest, tylko jakim się jest. Czy gejem, czy prawnikiem, czy dyrektorem korporacji. Są też bardzo pomocni, oddani, szczerzy, ale niestety, kobiety na wsiach są dużo silniejsze, bo muszą takie być. Największą zmorą polskich wsi jest niestety wszechobecny alkohol. Kobiety z tym mają największy problem. Z alkoholizmem swoich małżonków, ojców, dziadków. To kobiety są ostoją polskiej wsi. Gdzie pomoc samorządów gminnych, ośrodków pomocy społecznej? W co drugim domu problemem jest alkoholizm. Niestety w środowisko wiejskim panuje na to jakieś dziwne lokalne przyzwolenie. Kobiety trzeba uświadomić. Niestety pomoc państwa żadna. W świetlicach wiejskich nie ma nawet dyżurów psychologa, a o innej pomocy nie wspomnę. Polska wieś, piękna i zapomniana.

Majol

No niemożliwe, ktoś wreszcie przypomniał sobie, że na wsi też mieszkają ludzie i że mają nieraz ciekawe rzeczy do opowiedzenia. Ja też mieszkam na wsi, już 40 lat, panienka z miasta pracująca w banku wyszła za rolnika. Zawsze mnie denerwowały wypowiedzi ludzi z miasta na temat wsi, często były zupełnie oderwane od życia. Wracając do artykułu, czy wiecie kto "uwolnił" wiejskie kobiety? Zdziwicie się, ale moim zdaniem zrobił to Gierek. A dlaczego? Bo dał rolnikom emerytury i wprowadził przepis, że żona rolnika też jest właścicielem gospodarstwa. Przedtem kobiety nie miały swoich pieniędzy, bo gospodarstwem rządził mąż i żona nie miała nic do powiedzenia. Oczywiście zdarzały się wyjątki, ale dużo ich nie było. Pierwsze emerytury rolnicze były wspólne dla małżonków, mój teść naturalnie całość zatrzymywał dla siebie, musieliśmy na nim wymóc, żeby oddawał połowę teściowej. Nawet nie umiecie sobie wyobrazić, jak ona się cieszyła, to były jej pierwsze własne pieniądze. Przedtem, jak jeszcze teściowie prowadzili gospodarstwo, jak chciała mieć pieniądze, to musiała coś po kryjomu wynieść z gospodarstwa i sprzedać, tak żeby mąż nie wiedział. Ja miałam lepszą sytuację, chociaż jak czasami zbrakło pieniędzy, to zawsze, w mniemaniu mojego męża, była moja wina, ale to już inna bajka.

Katarzyna Kociniewska

Pochodzę z wioski, która jest położona 16 km od wojewódzkiego miasta i od ponad 20 lat PKS też tam nie dociera. Mieszkańców jest około 300 i liczba ta się od lat nie zmienia, bo jednostkowe nowe urodzenia rekompensują zgony lub emigracja. Nie ma tu nawet jednego sklepu czy szkoły. Jest tylko kościół. Większość żyje z rolnictwa lub renty. Tylko pojedyncze przypadki młodych budują tu domy i zakładają rodziny na ojcowiźnie, ale dojeżdżają do pracy w mieście.

 

 

Edyta Anna Marek

Każda z nas ma inne doświadczenia z kobietami "ze wsi". Ja pochodzę i mieszkam na Podkarpaciu i widzę, że ta moja najbliższa wieś nie ma nic wspólnego z wsią sprzed choćby 50 lat, ale jest nieporównywalnie mniej zmechanizowana niż ogromne "kombinaty rolnicze" gdzieś na Wyżynie Głubczyckiej. Kiedy rok temu spędzałam czas w przydworcowym minibarze w Zamościu, pani kelnerka powiedziała wprost do jednej z klientek, że sprzeda jej jeszcze jednego kebaba (czy coś innego do jedzenia), ale ona ma potem stamtąd wyjść... bo śmierdzi miesiączką i chyba powinna wiedzieć, że wtedy należy się myć. Kilka miesięcy później miałam możliwość spędzić trochę czasu na wsi na Podlasiu, pod Bielskiem Podlaskim. I o ile w "mojej" wiosce wszystko było nowoczesne, to jadąc wśród pól i lasów przez kilka kilometrów mijaliśmy wioski lub wręcz przysiółki, gdzie - co prawda - nie spotkasz już konia przy wozie, ale faktycznie tam autobusy nie docierają - bo łatwiej gdzieś podjechać rowerem lub nawet traktorem. Wydaje mi się, że spora część ludzi ze wsi myśli inaczej niż mieszczuchy, ale to też jest kwestia mentalności w danym regionie kraju, a nie tylko wielkości miejscowości, w jakiej się żyje.

Sylwka Magdalena

One nie wiedzą nic o nas, a my nic o nich. Bo niby i skąd.

Marta Temi Stańczak

W Łodzi są ulice, gdzie w domach nie ma kanalizacji i ludzie wychodzą na ulice, żeby wodę czerpać ze studni. Są miejsca, gdzie toaleta jest na podwórku.

 

 

 Beata Dywan

We Wrocławiu jest sporo mieszkań bez toalet, ze wspólną toaletą na piętrze. Są też miejsca, w których jest toaleta na piętrze, za to w mieszkaniach nie ma łazienek - i mieszkańcy myją się w misce z wodą. W centrum miasta, w XXI wieku.

Halina

Przeczytałam... jakbym znów na nowo przeżywała swoje życie pracownicze w mazurskim PGR-ze, gdzie zaczęłam swoją pracę po studiach, pełna zapału i idei..., artykuł bez "zadęcia, histerii, taniego epatowania... itd.". Czekam na następne z niecierpliwością i zaciekawieniem.

 

Drogie Czytelniczki! Czekamy na więcej waszych komentarzy - piszcie je na serwisie WO i na Facebooku. Opisujcie swoje osobiste doświadczenia, komentujcie wpisy innych i krytykujcie konstruktywnie.

Możecie także pójść w ślady naszych bohaterek i opowiedzieć nam, jak wygląda Wasze życie na polskiej prowincji. Piszcie: wysokieobcasy@wyborcza.pl

 

 

 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.