Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Margit Kossobudzka: Wykonuję badania profilaktyczne. Z cytologią nie mam problemu, ale przyznam, że za każdym razem, gdy idę do radiologa zbadać piersi, czuję niepokój. Co mi powie? Może coś znajdzie? A przecież mój zawód sprawia, że wiem dużo na temat kobiecych nowotworów. Także to, że rak wcale nie jest wyrokiem, a im wcześniej go wychwycę, tym większe mam szanse na wyzdrowienie. Skąd zatem ten strach?

Dorotą Minta: Takie lęki ma wiele kobiet. Coraz większa ich liczba poddaje się badaniom cytologicznym, co wynika z danych NFZ. Dzięki temu powoli, ale jednak systematycznie spada zachorowalność i umieralność na raka szyjki macicy. W przypadku raka piersi jest źle. Spada liczba kobiet, które się badają. Może dlatego, że rak szyjki macicy raczej dotyczy osób młodszych, w okresie reprodukcyjnym – one częściej chodzą do ginekologa w związku np. z planowaną ciążą czy po antykoncepcję. Mają więcej okazji, by takie badanie wykonać. A przecież te badania profilaktyczne są bezpłatne! Trzeba tylko chcieć je zrobić.

Mimo to jest duża grupa kobiet, która w ogóle nie robi takich badań. Część z nich po prostu się ich boi.

Uważam, że na to składa się kilka czynników. Zacznijmy od tego, że na początku naszego życia – w dzieciństwie – nie jesteśmy uczeni akceptowania ciała i troski o nie. Tego brakuje w wychowaniu dzieci. Często natomiast są uczone, że ciało jest czymś niedobrym, że jest grzeszne. Nie można chodzić nago, nie wolno oglądać sobie siusiaka czy cipki, nie widzi się mamy i taty nagich. Nie mówię o plażach nudystów, ale o normalnych, codziennych sytuacjach, że np. dziecko zobaczyło nagą mamę, jak się ubiera. Gdybyśmy zapytali 13-latki, czy widziały kiedyś, jak mama bada pierś, albo czy kiedykolwiek im pokazywała, jak to robić, to daję głowę, że większość powie, że nie.

Ale przecież zajmujemy się swoim ciałem, np. malujemy je, smarujemy kremami…

Ja mówię o czymś głębszym. W naszej kulturze ciało nie wymaga atencji, jest czymś na ogół ukrytym, wręcz nieczystym. A skoro jest takie, to nie poświęcamy mu uwagi i nie darzymy go szacunkiem.

Ale idźmy dalej – po okresie wczesnego dzieciństwa, gdy dzieci dorastają, przychodzi czas na edukację seksualną. To określenie nie do końca mi się podoba, bo zawęża tematykę. Dla mnie to jest edukacja życiowa. Chodzi o naukę świadomości własnego ciała, rozumienia, co się z nim dzieje, zauważania zmian, obserwowania siebie. To jest kolejna szansa, którą daje nam życie, by zwrócić uwagę na ciało. Niestety, często niewykorzystana.

Mamy szansę sprawić, by przyszli dorośli ludzie wiedzieli, że należy uważnie obserwować zmiany w swoim ciele i robić badania profilaktyczne. Tymczasem młodym osobom prawie nikt o tym nie mówi – ani w domu, ani w szkole. Ciało jest wykluczone z życia, jakby go nie było.

Do tej pory kręciliśmy się wokół ciała, a psychika?

Ale przecież nie da się oderwać jednego od drugiego, bo psychika przenika się z cielesnością! To jest jedność, choć wielu z nas tak tego nie postrzega. Widzę w swoim gabinecie, jak trudne jest zaakceptowanie ciała. Ten brak akceptacji przerodzić się może np. w żywieniowy bunt nastolatek. Przecież problem zaburzeń odżywiania wiąże się z brakiem akceptacji ciała, szczególnie z nieakceptowaniem zmian wynikających z dojrzewania. Nastolatki nieakceptujące tych naturalnych zmian chcą je powstrzymać i nie jedzą.

Widzimy więc, że brak akceptacji ciała może prowadzić do poważnych zaburzeń psychicznych. Mimo to nie dbamy o ciało. I to w wielu aspektach: nie chodzimy do dentysty, jemy byle co, nie dosypiamy, nie robimy badań krwi, żeby zobaczyć, czy wszystko jest w porządku z różnymi narządami. Tak jakby ciało nie było nasze.

Raka szyjki macicy można uniknąć. Przeciwko wirusowi HPV, który jest ściśle związany z tym nowotworem, można zaszczepić dorastające dziewczynki. Może powinniśmy propagować dawanie takiego szczepienia w prezencie np. po ukończeniu podstawówki? Wtedy lęk przed badaniami w dorosłości byłby mniejszy.

Zejdźmy na ziemię. W Polsce na pierwszą komunię babcie dają dziewczynkom pieniądze na plastyczną operację uszu, żeby… wianek ładnie leżał. Już sobie wyobrażam propozycję, by zamiast tego zbierać na jakąś szczepionkę. Zwłaszcza taką „proseksualną”, bo tak się ją określa. Mało kogo obchodzi, że ona chroni zdrowie. „Zachęca do seksu”, ot co!

Poza tym ciągle panicznie boimy się nowotworów. Mamy poczucie, że to choroba nieuchronnie śmiertelna, że lepiej w ogóle o niej nie wiedzieć i jej nie widzieć. Pracuję z pacjentami onkologicznymi. Bardzo często ich rodziny nie nazywają nowotworu po imieniu, tylko kluczą wokół tematu. Bliscy chorych na chemioterapii mówią np., że ktoś poszedł „na kroplówkę” lub „na szczepionkę”. Sami przed sobą udają, że to nie jest nowotwór.

Z czego to wynika?

Jak czegoś nie nazwiesz, to tego nie ma. Takie jest podejście. Ono zaś wynika z braku edukacji zdrowotnej. To infantylne.

Trzeba wspomnieć o roli lekarzy. Mało który z nich proponuje swoim pacjentom badania profilaktyczne. W krajach z większą świadomością prozdrowotną, gdy kobieta idzie do doktora z anginą, to on pyta ją, czy ma aktualną cytologię, USG piersi albo mammografię. Gdyby w naszych gabinetach takie pytanie było obowiązkowe, to na pewno mielibyśmy trochę inną sytuację. Wiem, że lekarzy jest za mało i borykają się z brakiem czasu, ale dla pewnych rzeczy nie ma usprawiedliwienia. To jest jedno pytanie, które może pomóc uratować ludzkie życie.

Czasem kobieta sama widzi lub czuje, że coś jest z nią nie tak. Bywa, że do lekarza zgłaszają się kobiety z guzem piersi wielkości mandarynki, a nawet większym! Dlaczego?

Przychodzą, jak już nie mogą znieść bólu. Mechanizm wyjaśniający, dlaczego tak się dzieje, jest złożony. Na pewno u części kobiet jest to wspomniany lęk przed nowotworem.

Ale przecież to jest nowotwór.

Tak, ale jeszcze nikt tego nie powiedział. Dla nich rak to wyrok i śmierć. A kto chce usłyszeć o tym, że umrze?

Przecież tyle się mówi o tym, że to nieprawda.

Kto mówi? Mówią lekarze i stowarzyszenia pacjentów, gdzie trafiają już osoby z diagnozą. Do zwykłych ludzi to się nie przebija. Zauważ, jak mało jest osób, które przeszłyby nowotwór i o tym opowiadały. Czasem o raku mówią celebryci. I to najczęściej kobiety w kontekście raka piersi, a nie szyjki macicy. O chorowaniu na raka też się nie mówi, to temat tabu. Przejście takiej choroby zostawiamy w kręgu bliskich, nie zdajemy z tego relacji. Nie ma więc świadectwa, że może być dobrze. Stąd przekonanie, że nie ma osób, które przeżyły, albo że to są wyjątkowi szczęśliwcy. Można błędnie pomyśleć: reszta zmarła.

Przeciętna kobieta, która przeszła raka piersi, nie zadzwoni do swoich przyjaciółek, mówiąc im: „Beata, Grażyna, Ewa – pędem do doktora, zróbcie sobie badania”. Może to jest dobry pomysł na akcję? Byłaś na badaniu profilaktycznym, to zadzwoń do trzech swoich przyjaciółek i powiedz im o tym.

Można podkreślić, że badanie to nie jest nic strasznego. Zrobienie go świadczy o tym, że jesteś mądra, odpowiedzialna i dbasz o siebie oraz swoich bliskich. Choroba onkologiczna dotyka całe otoczenie chorego, a przecież ty tak dbasz o swoich bliskich.

Czego jeszcze boją się kobiety?

Kilka lat temu pracowałam z pacjentką, która miała zdiagnozowany nowotwór szyjki macicy i nie chciała się zgodzić na konieczną operację usuwającą dużą część narządu rodnego. Była pod pięćdziesiątkę, miała dzieci. A mimo to odmawiała, tłumacząc, że nie będzie już kobietą.

Kobiety obawiają się straty partnera, tego, że przestaną być atrakcyjne seksualnie. Tymczasem często wcale nie jest tak, że seksualność znika dlatego, że kobieta ma chorobę nowotworową.

Jeżeli jest dobra więź między partnerami, akceptacja, także dla starzejącego się ciała, a nie tylko dla choroby, to lęk przed badaniami nie jest wtedy tak mocny i paraliżujący.

Kobiety bardzo często boją się samotności, która je spotka w ewentualnej chorobie. Są przytłoczone odpowiedzialnością za rodzinę, za dzieci, za partnera, za pracę. Boją się, że nagle z tą chorobą zostaną same. Nie przyzwyczaiły się do tego, że są wokół nich ludzie, których można poprosić o pomoc.

Polskie kobiety nie proszą o pomoc?

Przeważnie nie proszą o nią w żadnym aspekcie, również zdrowia. Myślą: sama dam sobie radę, po co mi badania i lekarze? Czasami zaś o chorobie nie mówią, bo są tak samotne, że nie mają komu powiedzieć.

Nie dbają o siebie także dlatego, że uważają, iż nie są ważne. Są ważne jako matka, żona, pracownica, a nie jako one same. Wizja wyłączenia z życia nie na kilka dni, ale tygodni paraliżuje.

Dlaczego nie działa instynkt przetrwania? Powinnyśmy choć trochę myśleć o sobie.

Poświęcamy się, to nas „uszlachetnia”. Skoro nie czujemy się ważne, nasze potrzeby też nie są obiektem wymagającym jakichś zabiegów. Dzieci są ważniejsze. Ile razy kobiety rezygnują z czegoś, bo dziecko musi mieć? Wiele z nas widzi sytuację, gdy córka ma droższe ciuchy niż mama. I to jest dla nas normalne. Jako kobiety jesteśmy na końcu łańcucha rodzinnego.

Może to brak czasu?

Nie chodzimy na badania z braku czasu? To cudowna wymówka podkreślająca, jakie jesteśmy dzielne, jak o wszystkich dbamy, jakie jesteśmy zapracowane.

Mówisz o utracie szacunku do wiedzy, o złym systemie edukacji.

Nadal wielu ludzi wierzy w cieciorkowanie…

W co?

Polega ono na tym, że przykładasz sobie do łydki ziarenko cieciorki, wkładasz tam też ząbek czosnku, kładziesz na to kapustę i mocno owijasz. Z czasem robi się rana, cieciorka wgłębia się w ciało, powstaje stan zapalny i spod opatrunku zaczyna „coś ciec”. To, moja droga, „wycieka rak”. Jest nawet klinika w Warszawie, która wykonuje takie cieciorkowanie. Możesz sobie w ten sposób „leczyć raka” oraz stosować wszelkie detoksy, odkwaszania i odtruwania ciała.

Przecież to średniowiecze!

Ludzie w to wierzą, naprawdę. W stolicy Polski. Jeśli dorosły jest zwolennikiem czegoś takiego i wierzy w cuda, to tak samo wychowuje swoje dziecko.

Wprowadziłabym do szkół przedmiot zdrowie człowieka. Według mnie ciało jest bardziej tabu niż było 20 lat temu. I nic dobrego z tego nie wynika.

Dorota Minta – pracuje z osobami zmagającymi się z zaburzeniami odżywiania, doświadczającymi obniżonego nastroju, niezadowolenia z jakości swojego życia, odczuwającymi brak satysfakcji z niego i mającymi niską samoocenę. Pomaga radzić sobie z trudnościami pojawiającymi się w życiu w obliczu kryzysu związanego np. z przewlekłą chorobą, utratą pracy, rozpadem związku, żałobą. Jest prezeską fundacji StomaLife wspierającej pacjentów ze stomią. Prowadzi szkolenia dla lekarzy i innych specjalistów opieki zdrowotnej, aby potrafili lepiej komunikować się z pacjentami

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.