Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Konrad Szpindler – 34 lata, pracuje dla różnych instytucji kultury

Spędziłem ostatnio tydzień na Białorusi. Kąpałem się w jeziorze, łazienka zdarzała się raz na 48 godzin. Łatwo zrezygnowałem z kosmetyków, potrafię bez nich żyć. Na co dzień jednak mam parę ulubionych.

W pierwszej kolejności to te włoskiej supertaniej marki Felce Azzurra. Kupuję je przez internet. Zaczęło się od talku do włosów, którego na zakończenie strzyżenia używa mój fryzjer, do kompletu dokupiłem dezodorant i balsam do ciała. Ten ostatni świetnie się wchłania. To ważne, bo nie znoszę, jak ręka przykleja mi się do brzucha.

MARCIN KALIŃSKI

Od kilku lat mam ulubiony balsam do ust Carmex w słoiczku. Przydaje się zwłaszcza teraz, kiedy dużo jeżdżę na rowerze. Twarz myję emulsją micelarną łagodzącą podrażnienia dermokosmetycznej firmy Emolium.

Miałem kiedyś trądzik i od tamtej pory uważam, by nie podrażniać cery.

Do twarzy używam kremu Avene, a latem stosuję filtr SPF 30 Clarins. Do włosów używam pomady szwedzkiej marki Waterclouds i olejku Nuxe.

A! Jest jeszcze polska woda kolońska. Od czasu do czasu używam Przemysławki. Ma dobre składniki i świetnie odświeża.

Raz na dwa miesiące chodzę do fryzjera – choć nie wiem, czy byłby zadowolony, że go tak nazywam, to oficjalnie barber. Strzyże mnie chińskim nożem. To jest zupełnie inna technika strzyżenia niż nożyczkami, włosy od razu się cieniuje, a potem się super układają. Jak się raz spróbuje, to potem chce się już tylko chińskim nożem.

Od czterech lat jestem mu wierny, choć zdarzały mi się skoki w bok. Siedziałem w poczekali i przeczuwałem katastrofę. Ale w końcu to tylko włosy, i tak odrosną.

Do mojego fryzjera mam zaufanie, mogę mu powiedzieć: „Rób, co chcesz”, bo zna kształt mojej głowy, potrafi wyeksponować walory, a pochować mankamenty. Brodę i wąsy pielęgnuję sam.

Nie boję się starzeć. Nie martwię się, że będę miał zmarszczki, siwe włosy, zwisające policzki. Raczej boję się problemów z kręgosłupem czy chodzeniem. To mobilizuje mnie do ruszania się. Patrzę na facetów na basenie, chodzą, a i tak mają wielkie brzuchy. To jest coś, czego bym chciał uniknąć. Na razie się udaje. Widzę, że niektórzy mężczyźni robią sobie botoks. To, niestety, nie jest magiczny eliksir.

Jako dziecko bardzo cierpiałem z powodu odstających uszu. Byłem przekonany, że jak tylko dorobię się jakiejś forsy, to je sobie przypłaszczę. Z samoakceptacją było wtedy fatalnie. Już je polubiłem.

Jak myślę o sobie z tamtych czasów, widzę nieopierzonego kurczaka. Było we mnie coś nieforemnego, do tej pory zresztą się trochę garbię. Chyba dlatego zacząłem chodzić na basen. Wtedy uciekałem z WF-u, teraz pływam pięć razy w tygodniu. 20 razy tam i z powrotem. Basen resetuje mózg, pozwala odpocząć od myślenia.

Sebastian Bejnar Bejnarowicz – 37 lat, współwłaściciel restauracji Być Może

Używam kosmetyków z sieciówek. Wstaję około szóstej rano, myję twarz żelem oczyszczającym, który w strukturze przypomina piasek. Jak go zostawię na skórze, trochę ją ściąga, lubię to uczucie. Potem wklepuję krem.

Ostatnio znajoma mi doradziła dwa włoskie dermokosmetyki marki Rilastil – krem do twarzy i pod oczy.

MARCIN KALIŃSKI

Jestem z nich zadowolony, dobrze się wchłaniają, są lekkie i mają faktor SPF 30. Używam jeszcze olejku z witaminą C. Też go dostałem od koleżanki. Zauważyłem, że skóra po nim jest jaśniejsza i bardziej napięta.

Od dwóch lat nie golę się na gładko, używam tylko trymera. Po goleniu muszę użyć drobnoziarnistego peelingu oczyszczającego z cynkiem i czymś tam jeszcze. Jeśli tego nie zrobię, cała moja broda i szyja są czerwone.

W ciało wklepuję nierafinowany olej kokosowy. Lubię pachnieć kokosem. Smaruję się nim po wieczornym prysznicu.

Latem skracam owłosienie ciała. Wszyscy, którzy uprawiają sport tak długo jak ja, są albo wygoleni, albo wydepilowani. Nikt nie uważa tego za coś niemęskiego.

Od dziecka byłem ruchliwy. Chciałem być nawet piłkarzem. Tak jak dziadek. Był prezesem klubu piłkarskiego i odpowiadał za szkolenia reprezentacji Polski.

Nie wyobrażam sobie życia bez sportu. Robię dwa treningi dziennie. Rano siłowy, często na drążkach, a popołudniami w tygodniu biegam. Nauczyłem się tego od swojej młodszej siostry, z którą prowadzę restaurację.

Pierwsza zaczęła biegać. Na początku sprawiało mi to dużo trudności, ale kiedy się okazało, że ważę 98 kg i jestem ulanym miśkiem, byłem wystarczająco zmotywowany. Bieganie mnie odstresowuje, pozwala pozałatwiać różne problemy w głowie. To jest mój sposób medytacji.

Dziś ważę 89 kg i czuję się komfortowo. Mógłbym jeszcze zrzucić parę kilogramów, łatwiej by mi się robiło ewolucje na wake’u.

Wiadomo, że fajnie byłoby mieć kaloryfer przez cały rok, ale musiałbym zrezygnować z jedzenia w swojej restauracji i żyć tylko na pudełkach cateringu dietetycznego.

Wydaje mi się, że w porównaniu z innymi nie mam się czego wstydzić. Chcę po prostu być sprawny i silny.

Długo nie lubiłem na siebie patrzeć, nie lubiłem się na zdjęciach. Już nie pamiętam, co mi się w sobie nie podobało. Może nie pasowałem do jakichś wzorców męskości, w których byłem wychowany.

W latach 80. trzeba było wyglądać jak Kevin Costner, Harrison Ford, Richard Gere. Dziś nie mam się za przystojnego, ale czuję się ze sobą dobrze.

Nie piję alkoholu. To na pewno ma wpływ na cerę. Poza tym muszę rano wstać na trening. Jeśli nie wstanę, będę się fatalnie czuć.

To, jak się żyje na co dzień, ma przełożenie na to, jak się wygląda. Najtrudniejsza jest zmiana przyzwyczajeń, ale się opłaca.

Piotr Gałązka – 34 lata, specjalista ds. marketingu, konsultant medyczny w SkinClinic

Sporo mężczyzn, szczególnie młodych, uważa, że zawsze będą piękni i młodzi. Dlatego też większość nie używa kremów z filtrem. Męska skóra, owszem, starzeje się wolniej, bo ma dużo grubszą warstwę podściółki tłuszczowej, ale kiedy już pojawią się zmarszczki, to głębokie, bruzdy niemal. To za nie, jak również za przebarwienia odpowiedzialne jest słońce, a także brak codziennej pielęgnacji.

MARCIN KALIŃSKI

Tak, trzeba myć twarz codziennie. Mieć do tego odpowiednią piankę czy żel. Przetrzeć skórę tonikiem. Nałożyć krem z filtrem na dzień, krem na noc. Wziąć prysznic, użyć dezodorantu, wklepać balsam. To wszystko! Zajmuje 10-15 min dziennie.

Do tego raz w miesiącu wizyta u kosmetyczki. Męska skóra jest grubsza od kobiecej, wytwarza więcej sebum, a co za tym idzie, więcej zaskórników. Panom polecam złuszczanie za pomocą mikrodermabrazji oraz peelingi kwasem migdałowym. Dla mnie niezbędnym minimum jest również delikatny botoks raz na pół roku – żeby zmarszczki się nie pogłębiały i żeby nie tworzyły się nowe. Bez efektu maski i bez paraliżu twarzy. Po to, by twarz wyglądała promienniej i młodziej, niż wskazuje mój PESEL.

Tylko ok. 5 proc. klientów kliniki medycyny estetycznej, w której pracuję, to mężczyźni. Jak do nas trafiają? Dziś częściej niż kiedyś przychodzą z własnej inicjatywy. Przeważnie inspiracją są kobiety, które zrobiły sobie zabieg i mężczyzna zobaczył, że przyniósł rezultaty.

Czasami nasze klientki podpytują, co można zrobić z tym czy innym problemem u ich partnerów. Pokazują zdjęcie.

Jedną z najpopularniejszych usług wśród panów jest liposukcja, czyli odsysanie tłuszczu.

Przeważnie jest to miejscowy problem – nadmiar tłuszczu na brzuchu czy boczkach. To nie jest metoda odchudzania, służy do modelowania sylwetki. W SkinClinic kosztuje od 5 tys. zł, ale to zabieg jednorazowy, którego nie trzeba powtarzać. Po dwóch-trzech dniach można już normalnie funkcjonować. W przypadku liposukcji drugiego podbródka trzeba przez siedem-dziesięć dni nosić opaskę uciskową, żeby skóra się ładnie zrosła.

Panowie trafiają do nas również na korektę opadających powiek. Czasami wskazania są stricte medyczne, bo powieki ograniczają pole widzenia. Efekt – otwarte, świeże spojrzenie, pan młodszy o 10 lat.

Panowie z nadmiernym owłosieniem depilują sobie plecy, ramiona, pachy, czasami też klatkę piersiową, szyję i zarost wychodzący spod koszuli. Trwa to 10-15 min, efekt całkowitej depilacji widoczny jest po trzech-pięciu zabiegach. Laser jest w ogóle genialnym urządzeniem. Nie zmienia rysów twarzy, a rewelacyjnie odświeża skórę.

Dużo facetów ma problem z zaczerwienieniem twarzy i często jest to przyczyną ich kompleksów. Wystarczy jeden zabieg na rok i ma się ten problem z głowy.

Jest też zabieg dla osób, które zmagają się z łysieniem typu męskiego. Polega na pobraniu wycinka owłosionej skóry za uchem, wielkości połowy małej płytki paznokcia, i spreparowaniu z niego komórek macierzystych, które wstrzykuje się w skórę pozbawioną włosów.

Botoksu używamy w zabiegach opóźniających starzenie, ale wstrzykujemy go też w pachy osób, które skarżą się na nadpotliwość.

Również w stopy, dłonie, czoło, tylną część głowy, wszędzie tam, gdzie pot przeszkadza i krępuje. To kolosalna poprawa jakości życia.

Dawid Rastiani – 34 lata, współwłaściciel barber shopu The Hermit

Na kwas migdałowy chodzę co dwa-trzy miesiące, biorę serię trzech lub czterech zabiegów. Nie jest światłoczuły, więc mogę go stosować przez cały rok. Obkurcza pory, oczyszcza skórę, złuszcza martwy naskórek. Laserem usuwam przebarwienia i pęknięte naczynka. Chodzę też na mezoterapię – ostrzykuję skórę albo osoczem z własnej krwi, albo koktajlem witamin. Raz na trzy tygodnie depiluję się woskiem.

Intymna depilacja mężczyzn to wstydliwy temat dla kobiet. Było jedno męskie spa, ale zbankrutowało. Kosmetyczki nie chcą depilować męskich miejsc intymnych, jedna przerzuca temat na drugą.

MARCIN KALIŃSKI

Na Zachodzie Sephora ma sekcję makijażu dla mężczyzn, w Polsce prośba o puder wzbudza popłoch.

Jak raz byłem na manikiurze, to przechodnie robili mi zdjęcia. Chciałem tylko wyciąć skórki i opiłować płytkę. Lepiej było w mojej rodzinnej miejscowości, gdzie były dwa salony i taka walka o klienta, że chodziłem na manikiur od liceum.

Miałem 22 lata, kiedy trafiłem na fotoodmładzanie. To był słynny salon dr Łopuszańskiej, miała pierwszy laser w Polsce. Wszyscy chodzili, też chciałem spróbować. Tam pierwszy raz wypełniłem sobie bruzdy nosowe kwasem hialuronowym. To był chyba 2005 rok.

Będąc w Chinach, zachwyciłem się klinikami medycyny naturalnej. Chodziłem na masaże ciała i twarzy, podobnie jak wielu mężczyzn. Stanowili większość klientów. Urzekło mnie podejście do zdrowia jako stanu równowagi, do którego dążymy całe życie. Chińczycy uważają, że trzeba o siebie dbać. Odpowiednio się odżywiać, medytować, odpoczywać, ćwiczyć. Tam zacząłem praktykować chi gong, chińską gimnastykę leczniczą.

Barber shop otwieraliśmy cztery lata temu jako drudzy w Polsce. Dziś takich miejsc jest około 40. Zdaję sobie sprawę, że statystyczny polski mężczyzna przypomina sobie o pielęgnacji, kiedy ma wyjście czy wystąpienie i musi dobrze wyglądać. Przychodzą do nas i mówią: „Niech pan zrobi, co pan uważa”.

Usługa pielęgnacji brody jest u nas kompleksowa. Zaczyna się od mycia twarzy, masowania olejami, peelingu. Potem nakładane są maski, przeważnie oczyszczające z czarnego błota lub z glinką wulkaniczną, żeby odblokować pory. Pod oczy – kompres z alg, który wyrównuje koloryt i nawilża.

Polacy są strasznie wstydliwi i niepewni siebie, wydaje im się, że zadbany facet jest zniewieściały. Wolą hodować wągry i chodzić z „pizzą” na twarzy. Jak jesteś chory, idziesz do lekarza, ale jak masz stan zapalny skóry, wstydzisz się zajrzeć do dermatologa czy kosmetyczki.

Polskie chłopaki bagatelizują nawet mycie twarzy, używając produktów „3 w 1”. A przecież skóra w różnych miejscach ma inną grubość i potrzeby! Facet to nie jest maszyna, która pojedzie na samym piwie.

Nie chodzi o to, żeby się znaleźć na drugim biegunie. Zbotoksowana twarz nie jest twarzą zadbaną. To, że coś sobie wstrzykniesz pod skórę, nie sprawi, że będzie wyglądać lepiej.

Tekst premierowy z magazynu "Wysokie Obcasy" nr 24, w sprzedaży w sobotę 22 czerwca.

OkładkaOkładka 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.