Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Powszechne jest przekonanie: „Ludzie są otyli, bo za dużo jedzą”. Pan twierdzi, że jest odwrotnie: „Ludzie za dużo jedzą, bo są chorzy na otyłość”.

Tak. I nie chodzi o to, że Wyleżoł coś sobie wymyślił. Moje przekonanie to rezultat 26 lat zajmowania się najbardziej skrajnymi przypadkami otyłości i prowadzonych w ostatnich latach badań naukowych.

Nie jest to jednak popularne przekonanie.

Wielu ekspertów od żywienia opiera się na nieaktualnych badaniach czy niesprawdzonych hipotezach. Silny jest stereotyp: ktoś jest gruby, bo za dużo je i się nie rusza. Za nim idzie teza: wszyscy otyli są winni swojej choroby. A tymczasem zwiększona masa ciała jest objawem choroby, a nie chorobą samą w sobie. Mówiąc „choroba otyłości”, myślę więc o zaburzeniach w działaniu mechanizmów, które decydują o tym, ile jemy. O sytuacji, w której mamy dodatni bilans energetyczny, czyli więcej energii przyjmujemy, niż wydatkujemy. Jeśli do tego doszło, to znaczy, że nasz mechanizm samoregulacji przestał działać.

Na czym polega jego działanie?

Dotychczas zidentyfikowano około stu hormonów wydzielanych przez przewód pokarmowy, które decydują o tym, że czujemy głód lub sytość. Niektóre pośrednio, np. przez wpływ na stężenie glukozy we krwi, inne – jak grelina czy inkretyny – bezpośrednio. Grelina to wydzielany przez ścianę dna żołądka hormon, który po dotarciu do mózgu daje nam rozkaz: „Idź do lodówki i jedz”.

Po drugiej stronie są hormony inkretynowe, a w szczególności GLP-1 – hormon produkowany przez komórki znajdujące się w końcowym odcinku jelita cienkiego, który wydaje komendę: „Odsuń talerz, jesteś najedzony”.

Te hormony dbają o to, byśmy jedli tyle, ile potrzebujemy.

Czy może pan podać przykład tej troski?

Byłem z rodziną na wczasach. Pierwszy tydzień spędziliśmy na wędrówce, mając dość ograniczony dostęp do jedzenia, a potem – cztery dni w hotelu z opcją all inclusive. Pierwszego dnia rzuciliśmy się na bufet. Do stolika wróciliśmy z przepełnionymi talerzami. Obok siedzieli goście, po których było widać, że chorują na otyłość olbrzymią. Też mieli talerze wypełnione po brzegi. Drugiego dnia zachowaliśmy się tak samo, ale trzeciego wróciliśmy do stolika z małą ilością jedzenia. Nikt nie miał ochoty na więcej. Nie mówię, że się ograniczaliśmy, tylko że nie mieliśmy ochoty. Tymczasem u gości siedzących przy sąsiednim stoliku talerze były pełne. U nas mechanizm samoregulacji zadziałał. Po dniach zmniejszonej konsumpcji czuliśmy większy głód, ale gdy uzupełniliśmy niedobory, głód się zmniejszył. U gości siedzących obok taki mechanizm nie zadziałał. Z badań naukowych wiemy, że u osób chorych na otyłość olbrzymią produkcja greliny jest zwiększona. Oni jedzą nie dlatego, że nie mają silnej woli, tylko dlatego, że wciąż są głodni. I bez względu na to, ile skonsumują, nie doświadczają sytości, bo GLP-1 się u nich nie wydziela. U zdrowych jego produkcja rusza po mniej więcej 20 minutach od rozpoczęcia posiłku.

To stąd zalecenie, by jeść powoli?

Tak! Powolne spożywanie posiłków zwiększa szanse, że po zjedzeniu tego, co mamy na talerzu, nie sięgniemy po dokładkę. Pod warunkiem że nasz mechanizm samoregulacji działa prawidłowo i GLP-1 się u nas wydziela.

Dlaczego mechanizm przestaje działać?

Tego do końca nie wiemy. Są tylko teorie. Myślę, że nie ma jednego czynnika, który jest w stanie wywołać chorobę. Mówi się o grupach czynników. Jednym z nich może być stres. Niedawno konsultowałem pacjentkę, która przez całe życie miała prawidłową masę ciała, a po śmierci ojca przez rok przytyła 30 kg. Na własnej skórze miałem okazję się przekonać, jak bardzo stres może wpłynąć na doświadczanie głodu i sytości. Było to przed egzaminem, na który przyjechałem do Warszawy z przygotowaną wałówką. Miała wystarczyć na długo, a zjadłem ją pierwszego wieczoru. Jadłem, jadłem i sam się dziwiłem, że nie mam dość.

Wie pan dlaczego?

Nie. Dotychczas nie udało się stwierdzić, co się dzieje w takich sytuacjach. Być może receptor w mózgu, który ma odebrać informację niesioną przez GLP-1: „Jesteś syty, przestań jeść”, zostaje pod wpływem stresu zablokowany. Innym czynnikiem zaburzającym mechanizm samoregulacji może być niedobór składników odżywczych spowodowany tym, że nie dostarczamy ich z pożywieniem lub słabo je wchłaniamy. W rezultacie nasz organizm, chcąc zostać dobrze odżywionym, zachęca nas, byśmy zjedli więcej, niż wynosi nasze zapotrzebowanie energetyczne. Istnieje też teoria, że chorobę otyłości mogą wyzwolić tzw. frywolne zachowania żywieniowe, epizody zwiększonego, nieuzasadnionego zapotrzebowaniem energetycznym spożywania pokarmów.

Czyli lepiej nie ryzykować i nie przejadać się np. w święta?

Teoretycznie tak, ale opieram się tylko na obserwacji chorych i dostępnej wiedzy, która nadal jest bardzo prymitywna. Niech pani nie wierzy, że ktoś jest w stanie dać pani receptę, co zrobić, by nie zachorować na otyłość. Niestety, to, do czego próbujemy dziś przekonać pacjentów, to w dużej mierze tylko pomysły, podejrzenia, w większości niepoparte rzetelnymi badaniami naukowymi.

Co ma pan na myśli?

Mówię chociażby o zaleceniach, że przerwy między posiłkami nie powinny trwać dłużej niż trzy godziny albo że trzeba jeść śniadania. Nie twierdzę, że za tymi wytycznymi nie stoją żadne badania, tylko że te badania były prowadzone krótko albo na zbyt małej próbie.

Najlepszym dowodem na to, że wciąż głównie testujemy swoje pomysły, jest to, że co chwila ogłaszane są nowe zalecenia żywieniowe i nie są one doprecyzowaniem wcześniejszych, tylko często wywróceniem ich do góry nogami.

Jak więc powinno się leczyć otyłość?

Dziś, kiedy nie poznaliśmy do końca mechanizmów rozwoju otyłości, pozostaje nam leczenie objawowe, w którym podstawowym sposobem jest ograniczenie przyjmowanych kalorii i zwiększenie wydatkowania energii, ale nie w oparciu o diety z czasopism i rady koleżanki, tylko pod opieką lekarza specjalisty. Trzeba zacząć od oceny stopnia zaawansowania choroby. Ale nie za pomocą BMI. Określone na jego podstawie przedziały, które mówią, czy mamy do czynienia z prawidłową wagą, nadwagą czy otyłością, traktujemy często niczym kamienne tablice, tymczasem ten wskaźnik jest niedoskonały. Ważna jest nie tylko masa ciała, ale też jego skład i stopień otłuszczenia. Trzeba także określić, ile jest tkanki tłuszczowej podskórnej, a ile brzusznej. Następnym krokiem, może nawet bardziej istotnym, jest ocena dynamiki postępu choroby, bo jeśli pacjent co roku przybiera 5 kg, to musimy się zastanowić, co będzie za trzy lata.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Universal Healing Tao: Uśmiech dla wątroby

Będzie ważył o 15 kg więcej.

Właśnie! A to oznacza katastrofę metaboliczną i grozi rozwojem powikłań otyłości, np. cukrzycy czy nadciśnienia. Trzeba więc interweniować i nie tylko patrzeć na ilość kalorii, ale także leczyć powikłania choroby, które mogą mieć wpływ na jej przebieg. Pacjentowi zaleca się m.in. zwracanie uwagi na jakość jedzenia, unikanie produktów, po których pojawia się wilczy głód, czyli zwykle wysoko przetworzonych czy opartych na węglowodanach prostych. Choć muszę powiedzieć, że nie u każdego dieta bogata w błonnik i węglowodany złożone przyniesie pożądane efekty, m.in. dlatego że w jelicie grubym znajdują się bakterie, które potrafią tak podzielić długie łańcuchy węglowodanów złożonych, że możemy wchłonąć z jedzenia więcej energii.

Czy to znaczy, że przez te bakterie, jedząc produkt, który według tabel kalorycznych ma np. 100 kcal, dostarczam 150 kcal?

Tak można powiedzieć w uproszczeniu. Duża liczba tych bakterii może być jednym z powodów rozwoju otyłości złośliwej, czyli takiej, która sprawia, że pacjenci nie mogą trwale schudnąć, mimo że trzymają się zaleceń. Tym chorym pozostaje operacja bariatryczna polegająca na radykalnym wycięciu części żołądka, w której produkowana jest w nadmiarze grelina. Zostaje przywrócone poposiłkowe wydzielanie GLP-1. Współcześnie tylko chirurgia bariatryczna daje możliwość leczenia przyczyn otyłości przez ingerencję w mechanizmy regulujące spożycie pokarmów.

Przecież są jeszcze leki.

Tak, ale efekty działania tych dostępnych w Polsce są dyskusyjne. W ulotce czytamy: „W okresie przyjmowania leków należy spożywać mniej pokarmów”. A powinny działać bez zastosowania diety niskokalorycznej. Wprawdzie w USA i UE jest zarejestrowany lek, który imituje działanie naturalnego GLP-1, więc można by było wiązać z nim pewne nadzieje, ale trzeba przyjmować go stale, a miesięczna terapia kosztuje 5 tys. zł.

Mówimy o osobach, które ważą dużo. A co z tymi, które mają o kilka kilogramów więcej?

Zastanowiłbym się, czy w ogóle podejmować leczenie. Jeśli ktoś od pięciu-dziesięciu lat waży o 5 kg więcej niż powinien, nie ma dalszego przyrostu masy ciała ani żadnych powikłań, bałbym się, że próba redukcji masy ciała zakłóci mechanizm samoregulacji i doprowadzi do rozwoju choroby. W takiej sytuacji przestrzegałbym: nie eksperymentuj! Nie próbuj dopasować się za wszelką cenę do współczesnych kanonów piękna narzucanych przez media, bo możesz sprowadzić na siebie kłopoty.

MATERIAŁY PRASOWE

Dr hab. n. med. Mariusz Wyleżoł – kierownik Kliniki Chirurgii Ogólnej Wojskowego Instytutu Medycyny Lotniczej w Warszawie, przewodniczący sekcji metabolicznej i bariatrycznej w Polskim Towarzystwie Badań nad Otyłością

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Poradnik jak zacząć walkę z otyłością

 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.