Pomimo wzmożonego wysiłku polskich biskupów w trudnej sztuce ujarzmiania słowa, natury nie da się oszukać.  Bo to problem mentalności, która wraca jak niespłacony weksel, kiedy ten czy ów duchowny puści się poręczy poprawności i pogalopuje za tym, co mu ślina na język przyniesie.   

Polski Episkopat to pewien dość jednorodny stan umysłu, który ma na temat rodziny dość osobliwe poglądy. Od dekad niezmienne. Rodzina ma trwać, choć chwieje się jak pijany mąż, słania na nogach, jak żona okładana pięściami przez głowę rodziny. Wszystko da się przecież przemodlić, a cierpienie można ofiarować Bogu, który ma jakąś perwersyjną radość z przyglądania się tym patologiom. Cierpienie ma też wartość użytkową, bo wynagradza za grzechy innych. Jak głosi pewna religijna pieśń: "Ciągle zaczynam od nowa, choć czasem w drodze upadam. Wciąż jednak słyszę te słowa: Kochać, to znaczy powstawać".  

Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.