Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jest taka znana myśl, że nikt tak nie dokopie kobiecie jak inna kobieta. Słaba generalizacja, ale czasem całkiem łatwo w nią uwierzyć – bo pamiętamy, jak przez szefową popłakałyśmy się przy biurku, śliczna kuzynka spytała: „Co ty się tak zapuściłaś?", a matka uznała, że jesteśmy nieodpowiedzialne i zamorzymy jej wnuka głodem. Z drugiej strony znamy siłę kobiecego wsparcia. Doświadczona koleżanka samorzutnie będzie naszą przewodniczką w nowej pracy, daleka znajoma odda nam w potrzebie własną ellaOne, a kiedy na grupce na Facebooku podzielimy się swoją rozterką, 50 obcych dziewczyn doda nam ducha.

Gdybym była mężczyzną o pewnym typie umysłowości, w tym miejscu zadumałabym się nad zmienną damską naturą. La donna è mobile, nie sposób zrozumieć pięknych pań, raz czułych, a raz okrutnych. Ponieważ jednak nie jestem nikim takim, wolę na serio się zastanowić, z czego wynika dowalanie innym kobietom – i jak o tym myśleć w kontekście własnych relacji.

Skąd zło? Stąd, że nawet jeśli nosimy w sercu ideały siostrzeństwa, żadna z nas nie dorastała w jamie na pustyni, z której wyszłyśmy jako idealnie uformowane feministki. Do naszych głów od dzieciństwa sączyły się: seksistowski humor, nauki o tym, jaka ma być dziewczynka, rewelacje wujka o tym, że babie lekarzowi to on nie ufa. Nie da się ot tak wytrząsnąć z siebie tego wszystkiego. Wciąż są obszary, na których kobiety walczą ze sobą o skrawek tortu, bo większość wsadzili sobie na talerz mężczyźni (i jeszcze mają pretensje, że aż tyle musieli nam oddać). W teorii nikt nam nie broni z nimi rywalizować, ale trudno jest się dziwić temu, że w przemielonej przez patriarchat kobiecej podświadomości pokutuje wizja, że do facetów nie doskoczymy – więc jeśli chcemy z kimś konkurować, to zostają nam przedstawicielki własnej płci.

A konkurować można na różnych polach. Nie żyjemy sto lat temu, więc raczej nie czerpiemy już satysfakcji z tego, że Maryśka robi paskudne powidła czy że nie używamy barwiczki jak ta kokota spod piątki. W roku 2022 polecam za to termin pick me girl – hasłowe określenie dziewczyny, w której komunikatach aż słychać, jak woła do mężczyzn: „Wybierz mnie!". Może opowiada, że gra w „Wiedźmina" i czyta książki, podczas gdy puste laski tylko siedzą na TikToku. Może opowiada, jak nie może patrzeć na baby za kierownicą albo że żeńskie końcówki to kaleczenie języka.

„Jestem lepsza niż inne, mądrzejsza, nieopętana feminizmem, nie zagrażam ci, razem pośmiejmy się z innych kobiet". Smutne i straszne.

Jeśli wierzymy w siostrzeństwo, a jednocześnie jesteśmy świadome patriarchalnych wpływów, trudno czasem nie zapętlić się w autorefleksji i nie zastanawiać, czy to przypadkiem nie z nich wynikają nasze własne antypatie. Bywa, że nie lubimy jakiejś kobiety – niekoniecznie za niewybaczalne grzechy, niekoniecznie Kai Godek czy prezeski korporacji paliwowej, tylko zwyczajnej znajomej. Coś w niej nas wkurza. Czasem plotkujemy o niej z przyjaciółką przy piwku. Mówimy chłopakowi: „Jezu, ta Aśka, no patrz, co wrzuciła na Instagram". I teraz co – czy to zinternalizowany seksizm każe nam uważać, że Aśka jest głupia?

Może tak, a może nie, ale jedno jest pewne – ze statystyką nie wygramy. Każda z nas zna zbyt wiele kobiet, żeby kochać wszystkie tylko ze względu na płeć. Zaakceptujmy, że to niewykonalne, nie zadręczajmy się wyrzutami, nie róbmy z własnego feminizmu bata do tłuczenia samych siebie. Tak, jestem feministką, tak, znam i uwielbiam mnóstwo świetnych dziewczyn, i tak, mam prawo uważać, że jakaś kobieta jest wkurzająca, niemądra, egocentryczna czy nudna. Mogę sobie nawet upuścić pary, dzieląc się tym w zaufaniu z przyjaciółką czy partnerem.

A siostrzeństwo? Polega na tym, że mimo braku sympatii nie będę jej robiła pod górkę. Nie będę jej publicznie ośmieszać, oczerniać ani jej szkodzić. Nie będę jej wbijać szpil ani rzucać złośliwostek. A jeśli przyjdzie do mnie w panice, bo potrzebuje na teraz ellaOne – przysięgam, stanę na uszach, żeby pomóc jej to ogarnąć przed zmierzchem.

Marta Nowak – redaktorka ASZdziennika, współprowadząca podcast „Powiedz, siostro", autorka książki „Polska dla Polek"

NIE HEJTUJĘ – MOTYWUJĘ
Oczernianie, szkalowanie czy z pozoru niewinne, naszpikowane złośliwościami komentarze są w internecie zjawiskiem tak powszechnym, że zdążyliśmy do niego przywyknąć. Czas z tym skończyć. Osoby szkalujące innych nie mogą czuć się bezkarne. Pomoże w tym ogólnopolska kampania „Nie hejtuję – motywuję" organizowana przez Europejski Klub Kobiet Biznesu. Dzięki niej osoby, które doświadczyły hejtu, będą mogły skorzystać z pomocy psychologa i wziąć udział w warsztatach czy panelach dyskusyjnych (na żywo i online). Wszystko po to, by efektywniej zwalczać hejt, a negatywne emocje przekuwać na wzajemne motywowanie się.

Więcej o kampanii na www.ekkb.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.