Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Grudzień ogłosiłabym narodowym miesiącem ciemności, skoro dzień zajmuje w nim ledwie siedem godzin, a pozostała część doby tonie w gęstym mroku. Ja też w nim tonę. Pod nieobecność słońca czas mi się rozciąga, odległości absurdalnie się wydłużają i zwykła jazda metrem z Kabat na Pragę wydaje się wiecznością. Tracę orientację. Może dlatego tak trudno mi uwierzyć, że "sytuacja na granicy" trwa już piąty miesiąc. Nadal nie potrafię nadać jej lepszej nazwy, ale od początku wiem, jak nazwać obszar, w którym się ona wydarza: to Strefa. Po rosyjsku Zona. W miarę upływu czasu znaczenie Zony coraz bardziej się klaruje.

W powieści braci Strugackich "Piknik na skraju drogi" Zona była przestrzenią wyjętą spod praw fizyki. W filmie Andrieja Tarkowskiego "Stalker" – spod praw światopoglądu materialistycznego. Pogranicze polsko-białoruskie wyjęte jest natomiast spod prawa. Nie obowiązują tam Powszechna Deklaracja Praw Człowieka ani konwencja genewska. Lekarzom nie wolno ratować życia, dziennikarzom nie wolno relacjonować faktów, mundurowi nie stosują się do regulaminów i nie ponoszą za to kary.

Pozory legalności stwarzane dla Zony w pośpiechu przez państwo PiS to dziurawa zasłona. Ani stan wyjątkowy przedłużony ustawą na kolejne trzy miesiące, mimo że konstytucja na to nie zezwala; ani ustawa wywózkowa mająca usprawiedliwić push-backi; ani groteskowe gry wojenne inscenizowane przez obóz trzymający władzę przy pomocy serwilistycznych mediów nie zmienią faktu, że oto w naszym kraju wydzielony został obszar niebezpiecznego eksperymentu.

Najwyższy czas sięgnąć po drugie znaczenie zony – jak wiadomo, słowem tym w Związku Radzieckim określano również teren rodzimego obozu koncentracyjnego, inaczej łagru.

Nie, nie zamierzam budować porównania między łagierną zoną a naszą domową zoną na Podlasiu i Lubelszczyźnie, chociaż uważam, że nie byłoby to całkiem nieuzasadnione. Ostatecznie z punktu widzenia uwięzionych między Polską a Białorusią osób migrujących przymusowy pobyt na zamarzających bagnach Puszczy Białowieskiej zapewne niewiele się różni od pobytu w łagrze gdzieś – powiedzmy – w europejskiej części Rosji. Najwyraźniejsza różnica jest taka, że osobom migrującym nie każe się rąbać lasu. I że może ciut łatwiej jest im się uratować, aczkolwiek grobów na cmentarzu w Bohonikach wciąż przybywa, proporcjonalnie do liczby błąkających się po przygranicznym lesie, straumatyzowanych, ledwo żywych ludzi.

Jeśli wspominam o zonie łagiernej, to ze względu na jej funkcję w państwie stalinowskim. Wbrew pozorom celem istnienia zony nie było zastraszanie osób tymczasowo przebywających na wolności. Dostrzegli to Aleksander Wat i Wasilij Grossman – dwaj przenikliwi więźniowie-pisarze. Zaobserwowali oni mianowicie, że najważniejszym zadaniem wyodrębnionych terytoriów represji w Związku Radzieckim było ukrywanie faktu, że obozem koncentracyjnym stało się całe państwo.

Mało tego – że prawem demonicznego paradoksu łagier może być rozumiany jako obszar wolności w odróżnieniu od pozornie otwartej przestrzeni po zewnętrznej stronie drutów, w której żyje się w ciągłym oczekiwaniu na wyrok. Kto siedział w łagrze, ten przynajmniej nie mógł już zostać uwięziony, więc w pewnym sensie – w jakimś zakresie – odzyskiwał wolność. A pełnię wolności zdobywało się oczywiście wtedy, kiedy się umarło. Była wszędzie, tylko nie tam, gdzie się jej dopatrywano.

Czy taki jest sens również naszej zony na Podlasiu i Lubelszczyźnie? Czy ona też ma za zadanie ukrywać przerażający stan spraw wewnątrz kraju? Stawiam tu znak zapytania, ale, szczerze mówiąc, nie jestem pewna, czy jest to pytanie.

Oczywiście Polska nie jest obozem koncentracyjnym, tak jak nie jest nim polsko-białoruska Zona. Mimo wszystkich niebezpieczeństw, jakie czyhają w niej na osoby migrujące, ta Zona miejscami wciąż jest nieszczelna, wciąż stwarza szanse na ratunek z rąk heroicznych wolontariuszek albo na (limitowane i ostrożne) miłosierdzie niektórych funkcjonariuszy służb mundurowych.

Ale właśnie na tyle, na ile ta nasza domowa zona jest podobna do tamtej zony łagiernej, na tyle całe polskie państwo podobne jest do regularnej dyktatury. Mówiąc inaczej: różnice są (jeszcze?) dość wyraźne, ale utrzymujący się od sześciu lat kierunek zmian budzi coraz większy niepokój.

Odpowiedniość ta działa zresztą w obie strony: sytuacja z prawami człowieka w Zonie na pograniczu polsko-białoruskim nie poprawi się dopóty, dopóki nie poprawi się sytuacja z prawami człowieka i praworządnością w kraju. A ta ostatnia nie tylko się nie poprawia, ale jest z nią wręcz coraz gorzej.

Dziennikarka usłyszała wyrok w sprawie z osławionego paragrafu 212 kodeksu karnego, ponieważ ośmieliła się opisać tzw. aferę hejterską w Ministerstwie Sprawiedliwości. Osoby w ciąży drżą w szpitalach o swoje zdrowie i życie, ponieważ lekarze jak ognia unikają decyzji o usunięciu obumierającego płodu, obawiając się kary za przeprowadzenie nielegalnej aborcji. Powstaje Instytut Demografii i Rodziny o uprawnieniach prokuratorskich, który zapewne zajmie się prześladowaniem tęczowych rodzin. Aktywistki i aktywistów nęka się procesami sądowymi za akcje krytykujące politykę rządu. Trybunał Konstytucyjny zajmuje się stwierdzaniem wyższości polskiej konstytucji über alles, mimo że w obrocie krajowym władza już dawno sprowadziła ją do roli wydmuszki. I tak dalej; ta lista niestety nie ma końca.

Trudno doprawdy nie pomyśleć o Rosji, gdzie społeczeństwo obywatelskie już zupełnie otwarcie debatuje nad tym, jakie strategie przetrwania należy uznać za najbardziej efektywne w nowej epoce terroru.

W sierpniu i wrześniu pytaliśmy, ile może potrwać horror na granicy polsko-białoruskiej. W grudniu już wiemy, że długo.

Wszystko w rękach Polaków. I tylko nie mam pewności, czy to mocny czy słaby fundament dla nadziei.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.