Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Krzyk Jany Shostak pod ambasadą Białorusi odbił się szerokim echem w polskich mediach i na portalach społecznościowych. Jej apel o pomoc i reakcję Unii Europejskiej dotarł do wielu osób. Jednocześnie znaleźli się też tacy, którzy w wystąpieniu aktywistki dopatrzyli się czegoś zupełnie innego – jej krzyk uznali za "histeryczny", a dekolt za "prowokujący".

W poniedziałek Jana Shostak, polsko-białoruska artystka z Grodna, wykrzyczała rozpacz i błaganie o pomoc. Oprócz tych 60 sekund krzyku w jej wypowiedzi znalazło się miejsce na opowiedzenie o sytuacji w Białorusi oraz wezwanie do bojkotu firm związanych z białoruską władzą. Shostak mówiła o lęku bliskich i sąsiadów, aresztowaniach, śmierciach i pobiciach. Podkreślała, że Białorusinki i Białorusini od miesięcy walczą o wolność, a skupianie się na wyglądzie młodej kobiety zza wschodniej granicy umacnia krzywdzące stereotypy dotykające kobiety w naszym regionie. To szczególnie widoczne, gdy mowa o Białorusi, z którą Polskę łączy kolonialna przeszłość na ulicach.

Shostak apelowała też do rządzących o podjęcie konkretnych działań - zerwanie współpracy z państwowymi spółkami, a także pomoc uchodźcom i uchodźczyniom przebywającym w Polsce.

Jana jest urodzoną w Białorusi artystką i aktywistką, sama siebie nazywa obywatelką świata. Odkąd w jej ojczyźnie zaczęły się protesty, każdą wolną chwilę poświęca na manifestacje i pomoc nowo przybyłym do Polski Białorusinom. Służy jako tłumaczka, pośredniczka i przyjaciółka. Negocjuje ze strażą graniczną i urzędami, szuka wsparcia psychologicznego i znajduje miejsca w przedszkolach dla najmłodszych uchodźców. Współpracuje z fundacjami i całą partyzancką siatką wolontariuszy, którzy na różne sposoby pomagają - od znalezienia pierwszego noclegu i zorganizowania papierów, po naukę języka i szukanie pracy. Współorganizuje zbiórki pieniędzy i aukcje sztuki; to między innymi dzięki nim fundacji Humanosh udało się otworzyć Mirnyj Dom (Dom Pokoju) dający uchodźcom tymczasowe schronienie.

Choć znam się z Janą od lat, trudno mi za nią nadążyć w tym pędzie pomagania, konspiracji i trwającego minutę krzyku rozpaczy. Jej zaangażowanie i ogromny upór wciągają do organizacji kolejne osoby. Jeden jej telefon wystarczył, żeby cała moja rodzina zaangażowała się w pomaganie Białorusinom (wspominam o tym, bo Jana zagroziła mi, że nie dostanę autoryzacji, jeśli nie napiszę tu o moich rodzicach).

Zaangażowanie Shostak zaczęło się długo przed protestami w Białorusi. Artystka od dawna porusza temat uchodźców w swoich pracach. Lub – jak powiedziałaby Jana - "nowaków", bo jedna z jej pierwszych prac polegała na próbie zastąpienia słowa "uchodźca" określeniem "nowak" jako nie stygmatyzującym i swojskim. Ze swoją propozycją zwróciła się do profesora Miodka i wywołała dużą dyskusję w mediach.

"Zagłusza i rozprasza"

Po poniedziałkowym wystąpieniu na Janę posypała się fala seksistowskiej krytyki skupiającej się głównie na jej wyglądzie i "histeryczności" jej krzyku. Jej drżący głos, zamiast z zaangażowaniem wielu skojarzył się z histerią i emocjonalnością. Pojawiły się komentarze, że krzykiem nic się nie wskóra oraz że hałas zakłóca spokój w przestrzeni publicznej. Wrzask, silne emocje i wypowiadanie nieprzyjemnej prawdy (bo przecież - jak donosi OKO.press - Polska nie udzieliła azylu Romanowi Protasiewiczowi) okazały się niewygodne i trudne do przyjęcia dla niektórych. To, że aktywistka nie założyła stanika, stało się tematem dysput mediów, a nawet skandalicznych internetowych ankiet na temat "stosowności" jej stroju.

Chciałabym, żeby Polaków i Polki tak mocno poruszała sama sytuacja polityczna w Białorusi.

Chyba najboleśniejszym i najgłośniejszym elementem tej krytyki był wpis na Twitterze Anny Marii Żukowskiej, która podważała autentyzm zaangażowania Jany pytaniem: "Dlaczego nie mam wrażenia, że chodzi jej o Białoruś?".

Później posłanka tłumaczyła się, że chodziło jej o głęboki dekolt sukienki, a nie o prześwitujące sutki. Nie wiem, jakie znaczenie mogłaby mieć taka obrona tej wypowiedzi. Żadna forma dyskredytacji osoby ze względu na wygląd czy ubiór nie powinna mieć miejsca. Ani strój, ani płeć czy młody wiek nie przysłaniają znaczenia czyjejś wypowiedzi i perspektywy.

Komentarz ze strony kobiety z Lewicy dziwi szczególnie, bo wydawałoby się, że lewa strona sceny politycznej nie jest miejscem dla strażniczek patriarchatu.

Takie teksty ze strony kobiet bolą bardziej. Tyle mówimy o solidarności, maszerujemy razem podczas "czarnych protestów", a potem pojawiają się tego rodzaju wypowiedzi. To bardzo dziwne i przykre. Staram się zrozumieć intencje wypowiedzi, ale bezskutecznie - mówi artystka.

Oburzenie wokół stroju Jany to kolejny rozdział historii, w której większość poucza mniejszości i grupy nieuprzywilejowane o tym, jakie są dopuszczalne normy protestowania. Krytyka, z którą spotyka się dzisiaj Shostak, bliska jest oburzeniu na hasło "Wypierdalać!" z protestów przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego czy też reakcjom na ruch Black Lives Matter.

Zresztą zarówno aktywistki, jak i artystki nieraz wykorzystywały krzyk i swoje ciało w wystąpieniach publicznych. Przywołując tylko przykłady z Europy Wschodniej – ukraińska grupa Femen i rosyjskie Pussy Riot od lat wkurzają opinię publiczną "skandalizującymi" formami protestu.

Jana krzyczy, bo nic więcej jej nie pozostało. Zabiera głos w imieniu tych, którzy bojąc się represji, pozostają cicho. Krzyczy z rozpaczy, wściekłości i bezsilności.Krzyczy, bo kiedy prosiła grzecznie, nikt jej nie słuchał.

Jaka jest odpowiednia forma protestu, gdy władze twojego kraju zmuszają samolot do lądowania, by aresztować opozycjonistę znajdującego się na pokładzie? Jak głośno wypada krzyczeć, kiedy kobiety i mężczyźni są wrzucani do więzień za udział w protestach? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, bo jej nie ma. Kategorie "odpowiednie/nieodpowiednie" i "wypada/nie wypada" przestają mieć tu zastosowanie. Ponadto, seksualizacja i skupianie się na wyglądzie młodej kobiety zza wschodniej granicy umacnia krzywdzące stereotypy dotykające kobiety w naszym regionie. To szczególnie widoczne, gdy mowa o Białorusi, z którą Polskę łączy kolonialna przeszłość.

Kiedy rozmawiamy, Jana prosi mnie, by do tekstu dodać choć krótki apel o wsparcie, bo o to właśnie chodziło w jej wystąpieniu. Mówi, że chętnie odpowie na wszystkie pytania i przekieruje chętnych do odpowiednich organizacji pomocowych.

Zachęca do wywierania presji na miejskie urzędy i instytucje oraz do bojkotu białoruskich produktów. Podkreśla, że pomocą będzie zwyczajne zaproszenie rodziny uchodźczej na domowy obiad albo wspólny spacer.

Jana krzyczy na ważny temat, ale nawet gdyby nie miała wiele do powiedzenia, to może nosić dekolty i wszystko inne, bo wygląd nie ma znaczenia i nie umniejsza jej pracy. To jest także jej rewolucja i może pokazywać sutki! Jeśli tylko zechce.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.