Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

- Gwałt to tylko początek - powiedziała w rozmowie z "Wysokimi Obcasami" Aleksandra, tłumaczka z Elbląga, która w 2013 r. została dwukrotnie zgwałcona przez ratownika medycznego elbląskiego szpitala. Myślimy, że gwałt to najtrudniejszy moment, rzadko zastanawiamy się nad tym, jak potem wygląda życie kobiet. Szczególnie jeśli po sześciu latach walki, jak w przypadku Oli, sprawca wciąż chodzi wolny, a ona nie może sobie ułożyć życia.

Gwałt kosztuje

Ofiara płaci za niego cenę każdego dnia. Aleksandra na szczęście szybko trafiła na terapię. Być może to częste sesje ratowały ją, kiedy nie miała siły zajmować się dwójką dzieci, kiedy sypało się jej małżeństwo, kiedy tylko samookaleczanie swojego ciała przynosiło ulgę, kiedy jedynym sposobem na poradzenie sobie z bólem wydawało się przestać żyć.

Aleksandra przyznała nam, że i tak miała wówczas szczęście, bo mogła sobie pozwolić na opłacenie pomocy psychiatrycznej. Dziś już nie może. - Nie stać mnie - wyznaje.

Z zasądzonych 30 tys. zł zadośćuczynienia od sprawcy Ola do momentu publikacji wywiadu otrzymała 160 zł.

Chociaż pieniądze bardzo by się jej przydały, mecenas Aleksandry uprzedził ją, że trudno będzie je wyegzekwować. - Komornik, który miał je ściągać od skazanego, powiedział, że ten wyczyścił wszystkie konta. Miał pięć lat, żeby ułożyć swoje finansowe sprawy, sprzedać, co trzeba, i się na to przygotować. Niby pracuje, ale oficjalnie ma najniższą krajową, nie można mu nic zabrać. Sprawca nie musi ponosić kosztów, ofiara nie ma takiego wyboru - mówiła Ola.

Bo to ofiara musi się uporać z konsekwencjami gwałtu, nie mając żadnej gwarancji, kiedy wyjdzie na prostą. W międzyczasie słyszy, że musi być po tylu latach bardzo bogata, bo na pewno oskarżyła biednego chłopaka dla zysku.

Wierzę i jestem wściekła

Kiedy Aleksandra zgłosiła gwałt, a jej sprawa stała się w Polsce głośna, zleceniodawcy do tej pory zamawiający u niej tłumaczenia zaczęli się wycofywać ze współpracy, zlecenia nagle się pokończyły, część podpisanych umów w ostatniej chwili odwoływano. - Dzwoniłam, pytałam, czy coś dla mnie mają, ale słyszałam, że nie. Widziałam online, że oferty są, ale mówiono, że już nieaktualne. W szpitalu, z którego zorganizowano wyjazd, powiedziano mi później, że to koniec ze zleceniami, bo beznadziejnie tłumaczę. Wcześniej zatrudniano mnie tam regularnie, przełożona była ze mnie zadowolona. Raz usłyszałam też, że z tą panią nie współpracujemy, bo to „ta zgwałcona” - mówiła w "WO".

Dlatego przed publikacją tekstu i pokazaniem twarzy Ola miała wątpliwości, czy nie obróci się to przeciwko niej. Jedna z osób, z którą blisko współpracowała, rzeczywiście dwa dni później wysłała jej wiadomość: koniec ze zleceniami. I tyle. Poza tym Ola dostała mnóstwo wsparcia od zupełnie obcych osób, głównie kobiet, które pisały:

"Pani Olu, jest Pani dzielną Dziewczyną", "Jak długo jeszcze ofiara będzie się wstydzić, nie sprawca? To jest tak poruszające!", "To ważne żeby o tym głośno mówić, brawo Pani Aleksandro!", "Szanowna Pani, wierzę Pani i jestem wściekła czytając", "Strasznie się czyta ten wywiad. Ta ogromna niesprawiedliwość budzi gniew", "Kiedy to się zmieni... to nie może tak być". A na wpisach wsparcia nie koniec.

Murem za Aleksandrą

Wśród komentarzy na grupie Dziewuchy Polskie pojawił się także pomysł, by założyć dla Aleksandry zbiórkę, dzięki pieniądzom z której mogłaby wyjść z długów. Błyskawicznie podchwyciło go wiele kobiet. "Wysokie Obcasy" skontaktowały się w tej sprawie z fundacją Feminoteka, która od początku wspierała Aleksandrę, organizując w Elblągu protesty w jej sprawie czy naciskając na wymiar sprawiedliwości, by tej stało się zadość. Dlatego prezeska fundacji Joanna Piotrowska bez wahania - a po uzgodnieniu tego z samą Aleksandrą - zdecydowała się pomóc zebrać środki dla niej w ramach Funduszu Przeciwprzemocowego dla kobiet z doświadczeniem przemocy seksualnej.

- To jedna z kobiet, która miała odwagę walczyć o swoje prawa, a teraz ponosi tego konsekwencje. Aleksandra, gdy miała taką możliwość, wspierała nasze akcje, także zbiórki pieniężne. Teraz ona potrzebuje naszej pomocy. Przyłączcie się! - mówi Piotrowska i zachęca do wpłat. Pieniądze potrzebne są głównie na terapię, leki, opłacenie mecenasa i spłatę należności za pobrane wcześniej kredyty i pożyczki, a o które dopomina się komornik. - Prędzej ja trafię do więzienia za długi niż człowiek, który mnie skrzywdził za gwałt - śmieje się gorzko Aleksandra.

W teorii to państwo powinno chronić ofiary gwałtów przed popadaniem w długi. Państwo powinno być też skuteczniejsze w ściąganiu od sprawców pieniędzy przyznanych ofierze w ramach zadośćuczynienia. Ale dopóki tak się nie dzieje, pomocą jesteśmy my: solidarne kobiety i solidarni z kobietami mężczyźni, którzy nie odwracają oczu od pokrzywdzonych. Pokażmy państwu, że to my jesteśmy zmianą. Stańmy #MuremZaAleksandrą.

Link do zbiórki Feminoteki TUTAJ.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.