Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nakładem wydawnictwa WAB ukazała się książka "Ginekolodzy. Tajemnice gabinetów", która ma uchylić przed nami rąbka tajemnicy skrywanej w gabinetach i na oddziałach ginekologicznych. Podtytuł „Samo życie z perspektywy lekarzy i pacjentek” sugeruje, że mamy do czynienia z literaturą faktu, a autorka Iza Komendołowicz umożliwi nam wgląd w intrygujące, niedostępne realia.

Książka nie spełnia tych obietnic. Co gorsza, naraża na konfrontację z krzywdzącymi uproszczeniami, nieprawdą i mizoginicznymi uwagami.

Zarówno tytuł, jaki i okładkowe teksty promocyjne przypominają materiały z tabloidów, a wiele pytań autorki wynika raczej z żądzy sensacji niż wiedzy. Tendencyjność uderza w samym doborze tematów. Rozdziały o antykoncepcji i gwałcie są szczątkowe, szczegółowo poznamy za to gamę zabiegów ginekologii estetycznej. Autorka, która chwali się na okładce ponaddwudziestoletnim doświadczeniem, nie wykonała rzetelnego researchu. W rezultacie nie możemy liczyć na w pełni aktualne, sprawdzone informacje ani na próbę zgłębienia omawianych problemów. Oto kilka dowodów.

Powielanie mitów

Grzechem głównym książki jest pomijanie faktów i utrwalanie mylnych przekonań. Dziennikarka pragnie podtrzymać mit o konserwatyzmie polskiego społeczeństwa i powszechnym sprzeciwie wobec prawa do aborcji, podpierając się sondażami Centrum Myśli Jana Pawła II. Zgodnie z przewidywaniami ich wyniki wskazują, że 80 proc. respondentów jest za ochroną życia poczętego. Tymczasem edukacyjny aspekt "czarnych protestów" przełożył się na bezprecedensowy wzrost poparcia dla liberalizacji ustawy na poziomie ponad 40 proc., co ilustrują różne, cyklicznie powtarzane badania CBOS-u i IBRiS. Według sondażu z września 2018 roku aż 69 proc. badanych opowiada się za tym, by kobiety miały możliwość decydowania o przerwaniu ciąży do 12. tygodnia (wzorem większości państw europejskich).

Komendołowicz najwyraźniej nie śledziła działań legislacyjnych wokół aborcji, o czym świadczy zdanie: „W tej chwili, mimo nacisku środowisk pro-life i Kościoła, w Sejmie nie toczą się żadne prace nad zmianą obecnej ustawy”. Tymczasem w 2018 roku trwały prace nad projektem „Zatrzymaj aborcję”, który w czerwcu skierowano do sejmowej podkomisji. Trybunał Konstytucyjny ma zaś wydać orzeczenie w sprawie wniosku o uznanie aborcji z przyczyn embriopatologicznych za niekonstytucyjne.

Autorka nagina też statystyki, pisząc: „Najczęstszą przyczyną jest stwierdzenie zespołu Downa, ale nie dotyczy to – jak twierdzą niektórzy – większości przypadków aborcji”. Federacja już w grudniu 2017 roku ujawniła dane z CSIOZ obalające ten mit. Główną grupą wad uprawniających do legalnej aborcji w 2016 roku były wady somatyczne mnogie. Sam zespół Downa był niżej na liście z udziałem 21 proc.

Kolejny szkodliwy mit dotyczy klauzuli sumienia. Wśród świadczeń, których lekarz może odmówić z powodu sprzeciwu sumienia, wymieniono m.in. „wypisywanie środków antykoncepcyjnych, aborcyjnych”.

Po pierwsze, żaden lekarz nie wyda recept na tabletki poronne, gdyż nie są one dostępne w polskich aptekach.

Po drugie, Komitet Bioetyki PAN wydał jednoznaczne stanowisko, że klauzula sumienia nie obejmuje wypisywania recept na antykoncepcję. Dalej Komendołowicz pisze: „Lekarz ma obowiązek wskazać realne możliwości uzyskania świadczenia u innego lekarza lub w innym podmiocie”, co świadczy o nieznajomości wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 2015 roku, który zniósł ten obowiązek.

W rozdziale o in vitro autorka cytuje fragment wywiad z księdzem znanym ze skandalicznej wypowiedzi o dotykowej bruździe u dzieci poczętych dzięki metodzie in vitro. Zdawkowo wspomina, że wypowiedź „wywołała publiczną krytykę”, jednak nie odniosła się do nieprawdziwości tego stwierdzenia.

Sugerując tym samym, że ksiądz przedstawił niewygodną, ale mimo wszystko prawdę.

Część rozmówców Komendołowicz hołduje przekonaniu, że kobiety wybierają cesarskie cięcie jako „łatwiejszą drogę”. Sugerują, że wynika to z wygody lub „ze strachu przed bólem, chociaż jest przecież znieczulenie”. Jak pokazują dane z NFZ, w 2016 roku dostępność znieczulenia w publicznych szpitalach wynosiła od 0 do 14 proc. w zależności od województwa. Szkoda, że autorka w tym miejscu nie zacytowała tych danych lub Fundacji Rodzić po Ludzku (FRpL), która od lat monitoruje naruszenia praw i godności kobiet na porodówkach. Decyzje o cesarskim cięciu mogą wynikać z obawy przed bolesnymi dla ciała czy psychiki zabiegami. Najnowszy raport FRpL wskazuje, że „54,3 proc. badanych doświadczyło przemocy lub nadużyć związanych z zachowaniem personelu lub niedopełnieniem wszystkich procedur”. Bolesny zabieg nacięcia krocza wykonano u 55 proc. pacjentek, choć Światowa Organizacja Zdrowia odradza jego rutynowe stosowanie ze względu na szkodliwość, a pozostałe kraje europejskie mają o wiele niższy odsetek nacięć. Taki kontekst, którego w tej książce brakuje, umożliwiły refleksję, czy zachowaniem Polek kieruje wygodnictwo, czy ucieczka przed archaicznymi metodami.

Stronniczość

Wiele miejsca poświęcono kwestiom okołoaborcyjnym, ale autorka rozmawia głównie z lekarzami, którzy mają do niej negatywny stosunek.

Kilku lekarzy otwarcie przyznaje, że nie wykonuje zabiegów, posługuje się przy tym nie językiem medycznym, ale sformułowaniami zagorzałych przeciwników aborcji. Na tle całości pozytywnie wybijają się jedynie wypowiedzi prof. Jacka Zaremby i dr Grzegorza Południewskiego – profesjonalne, obiektywne, rzeczowe, propacjenckie.

„Ginekolodzy” nie należą do gatunku, w którym narracja prowadzona jest w sposób wyważony i rzeczowy. Dziennikarka pozostawia bez komentarza ideologiczne, niezgodne z wiedzą naukową wypowiedzi swoich rozmówców, np. nie kontruje kłamstw prof. Chazana o „syndromie postaborcyjnym”. Sama posługuje się językiem grup anti-choice. Wykazuje łatwość w etykietowaniu omawianych pacjentek. Modelowym przejawem stygmatyzacji i szukania taniej sensacji są jej pytania: „Sławne i bogate kobiety to chyba wyjątkowo wymagające pacjentki?”, „Która jeszcze dała się panu we znaki?” „Czy są takie kobiety, które chcą przerwać ciążę na wszelki wypadek?”, „Były recydywistki, które dokonywały aborcji kilkunastokrotnie?”.

W rozdziale o aborcji przywołuje krytykę Natalii Przybysz, wygodnie pomijając głosy wspierające i uznające jej odwagę w odstygmatyzowywaniu aborcji. Podobnie jednostronnie komentuje okładkę „Wysokich Obcasów” z napisem „Aborcja jest OK”. Wspomina o postulatach organizacji antyaborcyjnych, ale już przemilcza głos środowisk pro-choice.

Pisząc o antyaborcyjnych billboardach przeciwników aborcji, Komendołowicz „zapomina” zauważyć, że przedstawiają zmanipulowane zdjęcia. Stara się sprawić wrażenie, że agresywne działania przeciwników aborcji są równoprawną częścią debaty, mimo że posługują się kłamstwem i drastycznymi obrazami. Nie wspomina słowem o coraz częstszych karach grzywny za billboardy sądów z art. 51 k.w. (zgorszenie w miejscu publicznym).

Autorka wyraża negatywny stosunek do pacjentek/pacjentów, którzy nie przyjęli całkowicie biernej postawy, np. zadają pytania albo polemizują z opinią lekarską. Promuje tym samym władzę absolutną lekarzy. Przykład: pediatra pyta o zgodę na podanie noworodkowi witaminy K i antybiotyku do oczu, na co ojciec dziecka dopytuje: „Czy to konieczne?”.

Komentarz autorki: „Podziwiam jego [lekarza] cierpliwość. Mam ochotę powiedzieć temu facetowi coś ostrego”. Z jakiego tytułu? Bo ktoś bez wiedzy medycznej chce świadomie zatroszczyć się o potomka?  

Nieodpowiedzialność i bezrefleksyjność

Znaczna część przytaczanych w książce historii dotyczy pacjentek, których zachowania nie spełniają oczekiwań lekarzy i lekarek. Za ilustrację niech posłuży fragment wywiadu z ginekologiem onkologiem dr Pawłem [nazwiska nie podano]:

„- Jestem przeszczęśliwy, gdy od ciężarnych dzieli nas betonowy strop. […] Gdy jakaś pacjentka w ciąży chce mnie o coś zapytać, to lepiej, jeśli jej od razu znajdą innego ginekologa.

- Dlaczego akurat ciężarne pana drażnią? Bo to jest specyficzna grupa. […] Te USG z całą rodziną, te wizyty stadne, jeszcze tylko psa, kota przyprowadzić. Cyrk kompletny”.

Często pojawia się ostra krytyka za niewykonywanie badań czy brak wiedzy o fizjologii, antykoncepcji. Krytyka, w której autorka współuczestniczy, przeciwstawiając swoją świadomość i oczytanie zaściankowości kobiet z Polski powiatowej, tak śmiesznej dla osób, które miały przywilej zdobyć edukację seksualną.

„Jest mnóstwo kobiet, które nie chodzą do ginekologa. Jedna z takich zaskoczonych porodem pacjentek miała pofarbowane włosy, makijaż permanentny. Na pierwszy rzut oka zadbana. Takie historie zdarzają się też w Warszawie, choć może rzadziej niż na prowincji” (Joanna, ginekolog w trakcie specjalizacji z warszawskiego szpitala klinicznego).

Nie ma zaś próby znalezienia przyczyn tego stanu, poza obwinianiem pacjentek za nieodpowiedzialność, głupotę, lenistwo czy niewystarczającą wiedzę o zdrowiu. Nie ma danych o realnej niedostępności usług ginekologicznych czy braku rzetelnej edukacji seksualnej dla młodzieży i dorosłych (np. w postaci poradni planowania rodziny).

Nie ma refleksji, że grubiańskie, nieetyczne zachowania kadry medycznej, których wiele przykładów znajdziemy w książce, mogą zniechęcać do wizyt.

Tymczasem powstało mnóstwo artykułów ilustrujących systemowy problem dyskryminacji kobiet w ochronie zdrowia. Sondaż „Liczymy się z Polkami” na zlecenie „Wysokich Obcasów” pokazuje, że co piąta pacjentka doznała przedmiotowego traktowania, braku szacunku w gabinecie ginekologicznym. Z kolei raport Najwyższej Izby Kontroli „Wiejska droga do ginekologa” dostarcza twardych danych dot. fatalnej sytuacji 40 proc. kobiet żyjących na terenach wiejskich. O ile w gminach miejskich na jedną poradnię przypada średnio 4 tysiące pacjentek, o tyle w wiejskich – aż 10 tysięcy. Około 45 proc. gmin nie posiada żadnej poradni ginekologiczno-położniczej. Z powodu niedostępności i/lub długich kolejek połowa wizyt w 2014 roku odbywała się prywatnie. W ciągu czterech lat od raportu Grupy Ponton zjawisko komercjalizacji usług medycznych się nasiliło, więc ten odsetek jest dziś z pewnością wyższy.

120-200 zł – to przeciętny koszt konsultacji ginekologicznej w Warszawie, która w wypowiedziach kilku lekarek uchodzi za miasto o pełnej dostępności. Drugie tyle trzeba dopłacić za USG. Kogo na to stać, jeśli wg badań aż 69 proc. kobiet ma dochód poniżej 2500 zł netto miesięcznie?

Nikt w książce Komendołowicz nie zająknie się jednak, że nieprzestrzeganie profilaktyki ma wiele przyczyn: niewydolność służby zdrowia, niedostępność usług w publicznym systemie, nieprofesjonalne/nieetyczne zachowania kadry medycznej czy gorszą sytuację finansową pacjentek.

Winą obarcza się kobiety. Dlaczego nikomu w książce nie przeszło przez myśl, że tak paternalistyczna postawa może zniechęcać kobiety do profilaktycznych wizyt i badań?

Pomijanie praw pacjentek

Mimo szumnych zapowiedzi z okładki książka nie pozwala na poznanie perspektywy pacjentek. Pomiędzy wywiadami umieszczono zaledwie kilka opowieści, które niewiele mówią o realiach opisywanych w raportach organizacji strażniczych, rzecznika praw pacjenta czy Najwyższej Izby Kontroli.

Wielką nieobecną wywiadów jest kwestia błędów lekarskich, zatajania informacji przed pacjentkami, manipulowania czy zmuszania ich do pewnych decyzji.

Autorka stawia w książce błędną tezę, że „w większości szpitali takie zabiegi [przerwania ciąży] się wykonuje”. Z danych pozyskanych przez Federację wynika, że jedynie 10 proc. szpitali przestrzega prawa i przeprowadza aborcje. Mamy więc do czynienia z systemowym łamaniem praw pacjentek do świadczeń.

Co gorsza, niektórzy rozmówcy Komendołowicz nie ukrywają, że odwodzą swoje pacjentki od decyzji o przerwaniu ciąży; decyzji uprawnionej ustawowymi przesłankami. „Muszę powiedzieć, że wysoką mam skuteczność przekonywania”, chwali się lek. Marta Żabińska. Dr Antoni Marcinek wprost opowiada o tym, jak przekonywał do kontynuowania ciąży kobiety z prawem do legalnej aborcji. To wysoce nieetyczne zachowania i cyniczne wykorzystanie swojego autorytetu i pozycji. Art. 14 Kodeksu Etyki Lekarskiej jasno stanowi, że „lekarz nie może wykorzystywać swego wpływu na pacjenta w innym celu niż leczniczy”.

„Zdarza się, że dziecko rodzi się chore, chociaż badania tego nie wykazywały?”, pyta dziennikarka. W odpowiedzi lek. Izabela Falkowska przytacza historię kobiety, która o zespole Downa swojego dziecka dowiedziała się po porodzie, choć - jak sama mówi - „zespół Downa widać od razu”. To nie jest odosobniony przypadek, ale przykład ewidentnego naruszenia prawa pacjentki do informacji. Autorka nie zapytała jednak, jak mogło dojść do tego, że pacjentka nie usłyszała diagnozy wcześniej i nie miała możliwości podjęcia decyzji.

W rozdziale „Młodociane matki” opisane są przypadki dziewcząt w wieku 12-13 lat. Autorka nie bada, jak doszło do porodu, skoro przysługiwało im prawo do przerwania ciąży z czynu zabronionego. Czy to była ich decyzja, sądu, czy nie miały możliwości wyboru? Nie dowiemy się, dlaczego kontynuowały ciążę mimo wyższego ryzyka powikłań wynikających z ciąży i porodu w tak młodym wieku. Poza tym historie dziewcząt nieświadomych swojego stanu nie skłaniają do refleksji nad poziomem edukacji w szkołach czy domu, pozostają komentarze w duchu świętego oburzenia (np. pytanie autorki „Szokujące są pewnie też te młodziutkie mamy?").

Podsumowanie

Iza Komendołowicz opowie nam w swojej książce sensacyjne historie o nieomylnych lekarzach walczących z butą i ciemnotą polskich pacjentek.

Poczytamy o tym, dlaczego w gabinecie należy siedzieć cicho i nie zadawać pytań albo kto komu włożył kieliszek do waginy. Służba zdrowia zarysowana w przytoczonych wywiadach jawi się jako wroga kobietom, ale ich jednostronny dobór sprawia, że defekty służby zdrowia i jej personelu jawią się jako norma i podstawa relacji pacjentka-lekarz.

„Ginekolodzy” to tabloidowe, kiepsko zredagowane czytadło, które pobieżnie podejmuje wybrane aspekty praktyki ginekologicznej, przemilcza systemowe problemy, posługuje się stereotypami, mitami i uproszczeniami. Odradzamy!

Książka dostępna jest w formie ebooka w Publio.pl >>

Liliana Religa jest działaczką Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny

* W serwisie Wysokieobcasy.pl przedpremierowo w sierpniu ukazał się fragment książki Izy Komendołowicz "Zawsze, gdy jestem na cmentarzu, chodzę na grób tej kobiety. Ten dramat, że zmarła mi pacjentka, siedzi we mnie do dziś". Redakcja opublikowała go bez wiedzy, co znajduje się w pozostałych rozdziałach książki. Materiał został usunięty z serwisu.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.