Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Że trzeba pomyślało wczoraj naprawdę wielu. Główna demonstracja w Warszawie zgromadziła, jak podaje ratusz, 55 tys. ludzi. To jest moc i nawet TVP nie powie, że przyszło kilka osób. Idę w tym tłumie z moimi dwiema córkami i jedną pożyczoną. To dla nich i z obawy o nie idę i będę chodziła, protestowała, krzyczała, a jeśli trzeba będzie - rwała bruk, jeśli władza – ta czy jakakolwiek inna – będzie próbowała jeszcze bardziej ograniczać kobiece prawo wyboru.

Kobiety w Polsce i tak mają go mniej niż kobiety w Czechach, Wielkiej Brytanii czy Francji.

To okropnie frustrująca myśl, że małe Czeszki, Angielki i Francuzki mogą sobie rosnąć i rozwijać się jako pełnowymiarowi ludzie, dorastając do pełni decydowania o sobie i swoim losie, a małym Polkom nie jest to dane.

Ba! Nawet te strzępy wolności które mamy, jak jakże intymne prawo do decyzji czy chcę/potrafię/dam radę urodzić dziecko, gdy płód jest trwale i nieodwracalnie uszkodzony, mają nam zostać odebrane? Przymus w takiej sytuacji to okrucieństwo nie do przyjęcia, zerowe poszanowanie dla praw ciężarnej kobiety w imię rzekomych „praw nienarodzonych dzieci”.

Doskonale znam oczywiście argumentację środowisk anti-choice i zmanipulowaną opowieść o tym, jakoby ten zapis w prawie, który dopuszcza aborcję z powodu ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu lub nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu, przyczynił się do masowej hekatomby dzieci z zespołem Downa, czyli trisomią 21. Jednak fakty temu przeczą.

Jak wynika z rządowego sprawozdania za rok 2016, spośród blisko 1100 aborcji ze względu na ciężkie i nieodwracalne upośledzenia płodu 388 zostało przeprowadzonych z powodu stwierdzonego zespołu Downa. Powodem 221 (na 1100) aborcji była trisomia 21 bez współistniejących wad; 167 – zespół Downa z wadami (są to m.in. poważne wady serca, wodogłowie lub wytrzewienie, czyli przemieszczenie narządów poza jamę brzuszną). Pozostałe przypadki to niekiedy uszkodzenia tak potworne, że osobom wrażliwym odradzam sprawdzanie tych medycznych terminów w Google’u: m.in. zespół Edwardsa (trisomia 18) czy zespół Pataua (trisomia 13), a przede wszystkim wady mnogie, które są przyczyną 22 proc. aborcji ze względu na ciężkie i nieodwracalne upośledzenia płodu.

Chciałabym, aby moje córki i wszystkie pozostałe kobiety w Polsce były traktowane przez państwo jak myślące i czujące istoty.

Zdolne do decydowania o swoim losie i nienarażane na psychiczne oraz fizyczne tortury. Tortury w imię ideologii, która każe widzieć w uszkodzonym płodzie, pozbawionym mózgu albo skóry, „życie poczęte”, którego wartość jest z zasady wyższa niż wartość życia kobiety mającej nieszczęście nosić taki płód w swojej macicy.

Jako matka córek nie mogę pogodzić się z tym, że ich życie w jakimś momencie może zostać uznane za mniej warte ochrony i szacunku. Gdy idziemy w czarnopiątkowym tłumie, widzę obok inne matki, widzę młodziutkie dziewczyny i kobiety dojrzałe. Widzę także sporo mężczyzn: ojców, braci, chłopaków, mężów, którzy też nie chcą się pogodzić z myślą, że kobieta miałaby zostać odarta z prawa do decyzji nawet w tak dramatycznym i trudnym momencie życia.

To daje nadzieję i siłę, by protestować dalej. „Mamo, czy ludzie nie mogliby po prostu wybierać mądrzejszych polityków, żeby potem nie trzeba było urządzać żadnych marszów?” - marudzi dalej moja dziewięciolatka. I co jej powiedzieć?

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.