Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Po obejrzeniu trzech odcinków nowego show TVN "Azja Express", w którym kilkunastu polskich celebrytów żyje w Azji za dolara dziennie i ściga się ze sobą przez setki kilometrów, dowiedziałam się wiele o innej kulturze. Na przykład o tym, że wietnamskie jedzenie jest co najmniej tak obrzydliwe jak "pies zmielony z budą", a żywienie się nim jest wyczynem heroicznym, świadczącym o męstwie konsumenta, który zawiesza na chwilę swoje cywilizowane moralne osądy, aby zniżyć się do poziomu barbarzyńców.

Nauczyłam się też, że podróżowanie przez Azję polega na codziennym narzekaniu na smród, brak prysznica oraz nieznajomość angielskiego wśród lokalnych mieszkańców. Kultura Azji jest też zupełnie nieciekawa, można ją zamknąć w kilku zdaniach i domorosłych mądrościach wygłoszonych w autokarze czy na poboczu. To jakiś dziwny, obcy teren, niczym planeta z opowieści Lema, a kosmici, którzy ją zamieszkują, śmiesznie wyglądają, śmiesznie mówią i w ogóle to śmieszne, że tak sobie żyją w tym miejscu.

Format "Azja Express" jest holenderski. Holendrzy mają za sobą okres kolonizowania "egzotycznych krain" i przy całej swojej obrzydliwości pomysł na program w takim kraju jak Holandia jest logiczny, bo bazuje na postkolonialnych tęsknotach. Ale po co Polsce program, który pielęgnuje kolonialną mentalność? Przecież zawsze było nam bliżej do bycia skolonizowanym niż kolonizowania.

 

A jednak chętnie wskoczyliśmy w tę narrację. Narrację białego człowieka z kraju dobrobytu, który przyzwyczaił się do wygód, a teraz jedzie zakosztować niewygód i biedy w kraju, który ten sam człowiek zachodni nazwał z pogardą Trzecim Światem. W Pierwszym Świecie ten Trzeci pojawia się głównie w postaci metek ubrań, dań z modnej knajpy albo treningu fitness inspirowanego buddyjską filozofią. Ewentualnie można pojechać do Azji w poszukiwaniu mądrości, jak zmęczona dostatnim życiem dziennikarki bohaterka "Jedz, módl się i kochaj" Elizabeth Gilbert czy bohaterowie zekranizowanej potem książki Alexa Garlanda "Niebiańska plaża".

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Elizabeth Gilbert nocami tańczyła na płonącym barze

Azja stała się ziemią obiecaną, na której wreszcie poznamy, czym jest prawdziwe życie, uciekniemy od konsumpcjonizmu. Ale czy rzeczywiście to podróż do Azji czy raczej wędrówka po zachodniej wizji tego kontynentu?

Pierwszy odcinek "Azja Express" obejrzało 2 mln widzów. To bardzo dużo. A przecież Polska nie jest krajem zepsutych bogaczy, którzy ekscytują się podróżowaniem w poszukiwaniu "prawdziwej biedy", jak amerykańscy turyści, którzy wykupują wycieczki po byłej strefie wojennej w Wietnamie, o czym pisze Jennie Dielemans w "Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym", czy jak ci, który wybierają się na zwiedzanie filipińskich slumsów, opisani przez Wojciecha Tochmana w książce "Eli, Eli".

Na pewno jednak jesteśmy krajem, który ukochał wczasy typu all inclusive, z zaplanowanymi wycieczkami i hotelami. Takie praktyki wypoczynkowe nie pomagają w zrozumieniu tego, czym jest spotkanie z Innym. Wręcz przeciwnie - sprzyjają jego egzotyzowaniu. Nie pomagają w poznaniu cudzej kultury, ale sprzyjają popisywaniu się wyższością własnej.

My, Polacy, zakompleksieni, żyjący cały czas w obawie, że ktoś będzie z nas drwił i nas samych egzotyzował, z rozmachem odreagowujemy swoje kompleksy na innych. Niech wiedzą, że Polak to jest ktoś. Jak powiedziała przytomnie Paulina Młynarska, "Azja Express" promuje postawę Polaka cwaniaka oraz białasa, któremu się wszystko należy. A jeśli zachowujemy się już jak bezczelne białasy, może oznacza to, że naprawdę jesteśmy częścią Europy - nowocześni, cywilizowani. Nikt nie powie, że jemy dziwne, śmierdzące krowie wnętrzności, a nasze pociągi są brudne. Ale czy naprawdę chcemy być częścią takiego świata?

 

Oczywiście w "Azja Express" ważne jest nie tylko to, że jesteśmy w Azji. Ważne, że rywalizują tam ze sobą nie "zwykli ludzie", ale celebryci. Programy o tym, że wysyła się bogatych i sławnych gdzieś, gdzie nie mają dostępu do sławy i pieniędzy, od kilku lat są popularnym formatem. Wystarczy wspomnieć Paris Hilton i Nicole Richie, które musiały zostawić swoje smartfony i wprowadzić się na farmę do zwykłej rodziny w Arkansas.

Mieszkańcy kolejnych krajów Azji są tylko tłem dla celebrytów na safari. Mamy egocentryczne frustracje i skłonność do posługiwania się ludźmi jak pionkami w grze, które mają iść tam, gdzie chcemy. Jeśli jakiś "krajowiec" pomoże, jest kochanym misiem do przytulenia; a jak nie pomoże - to bucem i złamasem.

Dlaczego TVN nie sfinansuje jakiegoś polskiego Anthony'ego Bourdaina, który jeździłby po świecie i z pasją i seksapilem opowiadał o kulturze i kuchni, zamiast pokazywać nam ludzi, którzy nie mają absolutnie nic do powiedzenia i zasłaniają tym kulturę, o której przydałoby się wiedzieć więcej?

Jeśli ten program cokolwiek pokazuje, to to, że osoby, które przyjmują ten cyrk, są wyrozumiałe, życzliwe, gościnne. W Europie te wartości wydają się coraz bardziej egzotyczne. Pora sprowadzić je z Wietnamu, Laosu, Kambodży. Ekspresowo.

 

Fot. Albert Zawada

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.