Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pomysł na akcję, która ma się odbyć 3 października, został zaczerpnięty z Islandii, gdzie 40 lat temu 90 proc. kobiet jednego dnia - 24 października 1975 r. - odmówiło jakiejkolwiek pracy - zarówno zawodowej, jak i wykonywania obowiązków domowych. Kobiety protestowały w ten sposób przeciwko nierównościom ekonomicznym: niższym płacom i nieodpłatnej pracy w domu. 25 tysięcy osób (mniej więcej jedna dziesiąta ówczesnej populacji Islandii) zgromadziło się na wielkim proteście w Reykjaviku. Kraj stanął, sparaliżowany. Protest został dostrzeżony.

Bardzo inspirujący przykład spektakularnej akcji. Jednak warto wiedzieć o niej jeszcze kilka rzeczy, by zrozumieć, że powtórzenie takiego sukcesu w kraju o wiele większym od Islandii i z tygodniowym okresem realizacji jest, niestety, projektem skazanym na porażkę.

Idea tamtego strajku wyszła z kręgów radykalnie feministycznego ruchu Redstockings, gdy w grudniu 1972 r. ONZ ogłosił rok 1975 Międzynarodowym Rokiem Kobiet. Niemal trzy lata trwało, nim różne organizacje kobiece, które spotkały się w celu omówienia i zorganizowania wydarzeń mających ów rok uświetnić, doszły do konsensusu w sprawie organizacji strajku. Nazwanego na wszelki wypadek "Kobiecym dniem wolnym", by nie drażnić bardziej konserwatywnej części kobiecej społeczności. Islandzki protest organizowany był tak długo, przez wiele różnych organizacji, aby dotrzeć do kobiet o różnym statusie społecznym i o różnych politycznych poglądach. Wykonano ogromną pracę organiczną, by przekonać kobiety do wspólnego celu. Zorganizowano też zaplecze umożliwiające kobietom realizację powziętego planu - w wielu miejscach pracy zawczasu przygotowano zabawki, przybory do rysowania i przekąski dla dzieci, które przyjdą tego dnia do pracy ze swoimi ojcami.

Protest z 1975 r. to była wielka organizacyjna machina. Założenie wydarzenia na Facebooku i dotarcie nawet do kilkuset tysięcy kobiet to nie to samo. Kluczem do sukcesu tego typu akcji jest zbudowanie szerokiego frontu poparcia. Nie w social mediach - w społeczeństwie. A tego nie osiąga się z dnia na dzień. Tu potrzebne jest realne porozumienie. Bo nawet jeśli 3 października pod Sejmem zjawi się 25 tysięcy kobiet, które szczęśliwie mogły sobie pozwolić na niezjawienie się w pracy, to w skali kraju nie zostanie to dostrzeżone. Bo nie zostaną zamknięte szkoły, urzędy, sklepy. To się nie wydarzy, bo nie ma żadnych koniecznych porozumień w tej sprawie. Nie ma koalicji realnych sił. Nie ma budżetu. Nie ma komitetu organizacyjnego. Nie ma jasno sformułowanych postulatów ani przedstawicieli, którzy będą w naszym imieniu negocjować. Przynajmniej ze strony wydarzenia na Facebooku nie sposób się o tym dowiedzieć. Jest chaos.

Polska jest krajem, w którym strajki wpisały się mocno w historię. Ba! Nawet pierwszy na świecie strajk polegający na odmowie pracy wzniecili polscy rzemieślnicy - w 1619 r. w Jamestown w Wirginii. Są więc tradycje, do których można sięgać, a co więcej, są ludzie, którzy mają doświadczenie w organizowaniu strajków. I nie trzeba cofać się aż do protestów stoczniowców z lat 80., w których kobiety miały swój ogromny (choć wciąż pomijany) udział. Zaledwie kilka miesięcy temu strajkowały pielęgniarki z Centrum Zdrowia Dziecka, dopisując swoją akcję do długiej listy protestów pracownic służby zdrowia. Czyż nie powinny być naszym naturalnym sojusznikiem? A nauczycielki? A rozmaite organizacje kobiece? Kongres Kobiet? Naprawdę jest gdzie i z kim zacząć organizowanie wielkiej akcji. Tylko tydzień to za mało czasu.

Pomińmy jednak wyzwania organizacyjne - są struktury, takie jak partia Razem czy Akcja Demokracja, które gotowe są udzielić swoich zasobów i protest zorganizować. Z całym szacunkiem i sympatią dla ich działań, nie będą jednak w stanie przekroczyć pewnych barier. Nie dotrą w tak krótkim czasie do innych ludzi niż ci, którzy już są ich zwolennikami. A my, dziewczyny, właśnie my - nikt nas tu nie wyręczy - musimy dotrzeć w tej sprawie do innych kobiet. Innych niż my. Mających inne poglądy i przekonania. Także w kwestii aborcji. Wierzę, że w sprawie tak ważnej dla życia i zdrowia wszystkich kobiet, jak skutki wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji, możliwy jest szeroki społeczny konsensus. Tylko wymaga on zmiany komunikacji.

Obecnie bitwa toczy się między "przeciwnikami" a "zwolennikami" aborcji. Czyli na polu ideologii i poglądów, które trudno jest zmieniać. A powinna się przenieść na kwestie zdrowia kobiet i bezpieczeństwa rodziny. Na grunt, który łączy młode przedstawicielki wolnych zawodów z paniami 50+ pracującymi w Tesco. Bo każda kobieta jest w stanie zrozumieć, co się stanie, jeśli kobiecie w ciąży odmówi się chemioterapii, by nie zabić płodu. Co stanie się, gdy nie będzie można wykonywać prenatalnych operacji. Konkretne sytuacje, konkretne zagrożenia i dylematy zamiast ogólnikowych haseł. To jest droga do porozumienia.

Na razie projekt jest w politycznej zamrażarce, czyli w komisji. Nim wróci pod obrady Sejmu (co może trwać długo), budujmy społeczny sprzeciw od podstaw zamiast rozmywać siły w kolejnych krzykliwych akcjach. Pójdźmy pod Sejm 1 października, pójdźmy i 3. Ale na ogólnopolski strajk kobiet jeszcze nie nadeszła pora.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.