"Korespondenci.pl". Wstrząsające historie polskich reporterów wojennych

Materiały prasowe, mawro
Książka "Korespondenci" przedstawia kulisy pracy polskich korespondentów wojennych - Marii Wiernikowskiej, Jacka Czarneckiego, fotoreportera Krzysztofa Millera, Wojciecha Jagielskiego, Wiktora Batera, Miłady Jędrysik, Radosława Kietlińskiego, Waldemara Milewicza, kamerzysty TVN Artura Łukaszewicza, Piotra Góreckiego, Wojciecha Rogacina. Wszyscy oni relacjonowali najważniejsze wojny przełomu XX i XXI wieku
Materiały prasowe Materiały prasowe

Korespondenci.pl

Po czym poznać tych ludzi? Kiedy wszyscy uciekają, bo właśnie rozpoczął się atak, oni biegną dokładnie w przeciwnym kierunku. Choć widzowie i czytelnicy podziwiają ich fachowość, oni sami nierzadko płacą za swą pasję wysoką cenę - chorobą własną lub bliskich, utratą i rozpadem więzi rodzinnych, a czasami życiem. A jednak podejmują ryzyko, bo bycie dziennikarzem, fotoreporterem czy operatorem kamery to nie jest dla nich zwykły zawód, to sposób na życie.

Korespondent wojenny to nie zawód, ale sposób na życie!
Przeczytajcie fragmenty książki Doroty Kowalskiej i Wojciecha Rogacina "Korespondenci.pl".

Książkę można kupić na stronie Wydawnictwa Czarna Owca

1
Fot.Bartosz Bobkowski / AG Fot.Bartosz Bobkowski / AG

Maria Wiernikowska, dziennikarka radiowa i telewizyjna

W dniu, w którym rozmawiamy, na Majdanie panuje złowieszcza cisza. Berkut po jednej stronie barykady, po drugiej demonstranci. W nocy doszło do pierwszych starć między protestującymi Ukraińcami a siłami prezydenta Janukowycza. Zginęło dwadzieścia pięć osób. Wciąż płoną barykady z opon. Wiernikowska zerka na ekran, ale szybko odwraca głowę.

Już pomarańczowa rewolucja wydawała jej się podejrzana - scenariusz i dekoracje importowane z zagranicy. A po dziesięciu latach władza w rękach oligarchów i pomarańczowa królowa w więzieniu za finansowe machlojki.

- To kto dziś kogo obala? - mówi po chwili wahania. - Nie chcę się tu za dużo wymądrzać, bo po prostu za mało wiem o konkretach, ale na moją intuicję ludowy zryw to jakaś malownicza skorupka. Pod spodem ścierają się siły, interesy. Nie chcę powiedzieć, że nie stoją tam żywi ludzie. Tam leżą prawdziwe trupy i potwornie się tego boję. Chciałabym, żeby dziś ktoś tym dzieciakom powiedział: "Idźcie do domu, bo tu zabijają". Ale widzę przez cały czas taką płaską, spłaszczoną - myślę, że z premedytacją - informację na ten temat. To granie na emocjach, także wciąganie nas w ten konflikt.

To dlatego wspomniała na początku rozmowy, że nie chciałaby być na Majdanie. I nigdy w ciągu tych trzech miesięcy, które upłynęły od momentu wybuchu protestów do naszej rozmowy, nie zapragnęła pojechać do Kijowa.

- Bo coś mi mówi, że wszystko zmierza do tego, co od wczoraj dzieje się na Majdanie - wyjaśnia. - Do tego, żeby uzbroić tych młodych patriotów, tych ludzi, którzy mają wypisane "demokracja" na czołach, i wysłać ich do boju. Mięso armatnie. A potem wejść na te trupy, zatknąć flagę i powiedzieć: "Myśmy wam dali wiarę, wolność, demokrację. Tylko teraz my będziemy rządzić i my będziemy wam mówić, jakie podatki płacić i komu". - Jest wkurzona, gdy to mówi.

Oburza się, że w Kijowie doszło do walki o władzę przy pomocy "młodego, fajnego mięsa armatniego". A przecież, jak podkreśla, demokrację nie tak się buduje.

- Weźmy chociażby te nasze, polskie przykłady: demokrację się tworzy, siedząc w piwnicy z powielaczem i wydając gazetkę. Gazetkę, w której będziemy mówić o wolności słowa i demokracji, a przy okazji wydrukujemy swoje wiersze, pokażemy swoje rysunki. Jesteśmy poetami, jesteśmy ludźmi, którzy potrzebują twórczości, a nie umierania. Żyć potrzebujemy. I jeśli dla tego życia potrzebujemy wyrąbać sobie, wydeptać jakąś norkę, jakieś okienko do jakiejś wolności, łopatką wyskrobać, to jest fajne. Ale wyjść na ulicę po to, żeby odebrać karabin milicjantowi i zabić go, a za chwilę być zabitym przez kolegę tego milicjanta? To wszystko jest koszmarną machiną zdobywania władzy, nie wolności - mówi.

Ale przecież w polskich mediach już pojawiały się tu i ówdzie głosy, że to, co się działo na Majdanie w Kijowie, ta cała rewolta przeciw rządowi prezydenta Wiktora Janukowycza i za integracją Ukrainy z Unią Europejską, to taka ukraińska Solidarność.

Wiernikowska uważa takie poglądy za kompletny nonsens. - Tam jest mnóstwo punktów innych niż w polskiej Solidarności. Chciałam powiedzieć, że Solidarność opierała się na strajkach, ale przecież w Polsce chwilę przed Solidarnością nie wiedziało się, co to są strajki, prawda? My, w każdym razie pokolenie powojenne, też nie mamy tradycji walki społecznej przez związki zawodowe. Więc ruch Solidarności to też swego rodzaju rewolucja, ale nie powstańcza i zbrojna. Nie słyszałam, żeby w Polsce jakikolwiek stoczniowiec, górnik - czy kto tam wtedy strajkował - zabił milicjanta. Na Ukrainie, w momencie, kiedy oni wchodzą do koszar czy do magazynów po broń, to już jest zalążek wojny domowej. To nie ma nic wspólnego z walką o prawa pracownika, o wolność słowa, o legalizację związków zawodowych, o demokracje czy o Europę - tłumaczy. - Okej, tak się zaczynała nowa Europa we Francji, ale to było ponad dwieście lat temu i wiadomo, jak się potoczyło.

Wiernikowska wskazuje na to, czego zdają się nie dostrzegać komentatorzy.

- Ukraińcy jako naród teoretycznie mieli narzędzia demokracji. To już nie było państwo totalitarne, to nie była komuna ani dyktatura. Nawet jeśli rządził jeden facet z chmarą swoich oligarchów. Nawet jeżeli panował zamordyzm, jeśli się porywało dziennikarzy? zresztą to nie ten prezydent, tylko któryś z jego poprzedników. Ale tam jednak mechanizm demokratyczny, czyli ta niedyktatura, zmienność władzy i demokratyczne sposoby zdobywania tej władzy - są i były. Kwestia tylko, jak one są wykorzystywane - podsumowuje.

Jej zdaniem media w kontekście Ukrainy wytworzyły czarno-biały obraz. Z jednej strony dobrzy powstańcy, z drugiej źli berkutowcy i rząd. Ale zupełnie nie pokazują istotnych niuansów. Gdzie są oligarchowie, finansjera, intelektualiści i przywódcy? Niepokoi ją ton relacji z Kijowa. Jednostronny i bezkrytyczny dla jednych, potępieńczy wobec drugich.

- Irytuje mnie to, kiedy my, siedząc tu przy telewizorach, wchodzimy do tego łańcuszka i podajemy im kamienie: "Masz, weź, rzucaj w milicjantów". Bo to mordercy, wyszkoleni do zabijania. Ale oni to robią za pieniądze, poszli tam służyć. A ci, którzy stoją w tych hełmach, z ukradzionymi, zdobytymi gdzieś być może karabinami, to co? Oni są lepsi? Bo co? Z tej strony też padają strzały. - Wciąż jest poirytowana. Po chwili już spokojnie kontynuuje: - Reporter ma prawo się angażować, a nawet ma taki obowiązek, bo inaczej? Przecież jest wrażliwym, myślącym człowiekiem, a nie rurą do przepuszczania obrazów i wiadomości. I taka podstawowa uczciwość wobec własnych zasad i odczuć daje mu wiarygodność. Ale to go nie zwalnia od myślenia, czyli zadawania pytań. Największym poślizgiem, w jaki wpadamy, jest ślepe zaangażowanie się po jednej stronie. Jeszcze gorzej, jeśli po stronie zwycięzców. Najgorzej - po stronie rządowej armii. Wtedy po prostu z korespondentów wojennych stajemy się podoficerami propagandy.

2
Fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Wyborcza.pl Fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Wyborcza.pl

Krzysztof Miller, fotoreporter prasowy

Która z sytuacji kryzysowych czy wojen była dla ciebie najtrudniejsza emocjonalnie?

Absolutnie dzieci umierające z głodu w Kongu. To jest taka historia, która do dzisiaj, może nie do dzisiaj, ale bardzo, bardzo długo mi się śniła. Tam kilkaset osób dziennie umiera z głodu. Nie dowieziesz im żadnej pomocy, od tego są organizacje humanitarne. Nie wiesz, jaką pomoc miałbyś dowieźć, i nie wiesz, skąd ją w ogóle wziąć. Jedyna rzecz, którą możesz zrobić, to najbardziej okrutna fotografia?

Poruszająca?

To za delikatne słowo. Właśnie okrutna. Taka, wiecie, wywalająca trzewia i zmuszająca cię do wyplucia hamburgera, którego konsumujesz, oglądając to zdjęcie. Bo te dzieciaki i dorośli po prostu zdychali tam z głodu i nikt nie potrafił im pomóc. Myślę, że to była dla mnie najbardziej traumatyczna historia.

Byłeś w stanie wtedy jeść?

Byłem w stanie wtedy pić piwo i byłem w stanie jeść, bo wiedziałem, że gdybym nie jadł - a paliłem wtedy marihuanę, która powoduje, że ślinianki lepiej pracują i masz apetyt - to traciłbym siły i nie robiłbym zdjęć?

Nie było ci głupio, że ty jesz, a oni głodują?

Słuchajcie, nie jadłem przy nich. Jadłem po powrocie do hotelu.

Ale jest taki odruch, że, kurczę, mam batonika czy ciastko, to może im dam. Nie miałeś tego?

No tak, ale dasz batonika, a ten batonik może im zaszkodzić. Nie wiem, nie jestem lekarzem. Robię zdjęcia. Są wielkie organizacje humanitarne, które tam funkcjonowały, Lekarze bez Granic i inne.

Nie czułeś się wtedy bezsilny?

Miałem aparat fotograficzny, a to daje siłę. Absolutnie daje siłę, bo cię ustawia. Uświadamia ci, po co tam jesteś. Musisz udokumentować tę historię. To jest twoje zadanie.

I dochodzimy do historii zdjęcia sępa, słynnego sępa, który czeka, aż wyzionie ducha umierające z głodu dziecko?

Ale no i co? No, Kevin Carter. No i co?

Ale myślisz, że z tego powodu?

Ale co z tego powodu?

Zabił się? Widział zagłodzone dziecko i czekającego obok sępa. Nie odgonił ptaka, tylko zrobił zdjęcie. Może to go gnębiło?

Obok były tysiące innych zagłodzonych dzieci i tysiące sępów. Miał wszystkie odganiać? Miał uratować wszystkie głodujące dzieci? On? Fotograf ? Zrobił, co do niego należało. Jego zdjęcie zobaczyły miliony ludzi ? bardziej nim pomógł, niż może się wydawać. Myślę, że Kevin był po prostu w depresji. Nie wiem, z jakiego powodu - może niepłaconych rachunków. Na pewno nie zabił się z powodu tego zdjęcia. Na dwieście procent.

Ale po tym zdjęciu rozpętała się wielka burza. Niektórzy oskarżali Cartera, że powinien tę dziewczynkę ratować, a nie robić zdjęcie. Jak to właściwie jest?

Nie, proszę! Fotoreporter jest od robienia zdjęć! Fotoreporter nie jest zobligowany do ratowania ludzi. Powtarzam: ile takich dziewczynek, chłopców, dorosłych zdychało z głodu, a obok na ich śmierć czekały sępy?! Tego się nigdy nie dowiemy! Wy wiecie?

Gdyby Carter nie zrobił tego zdjęcia, nigdy byśmy się nie dowiedzieli, że taka sytuacja tam w ogóle miała miejsce. Wtedy by nie było dyskusji, prawda? Gdyby odłożył aparat, nie byłoby tego świadectwa.

Słuchaj, robimy za adwokata diabła?

Nie bójcie się! Proszę bardzo, czekam na pytania (śmiech).

Wydaje się, że normalny ludzki odruch jest taki: odkładam aparat i ratuję dziecko.

No tak, ale nie wiemy, czy to dziecko było zagrożone do końca. Nie wiemy! To pozostanie tajemnicą Kevina Cartera. I koniec. I już. To ikona fotografii wojennej, głodu, tragedii w Afryce. A ja się pytam: gdzie były bogate państwa europejskie? Dlaczego pozwoliły na taką historię? Gdzie był rząd? Dlaczego nie oceniamy przywódcy tego kraju? Gdzie on był? Dlaczego nie pochylił się nad tym dzieckiem, nie podał mu ręki i nie przegonił sępa? Dlaczego się przypierdalamy do Kevina Cartera za to, że zrobił fotografię?! Miliony ludzi mogło tam być! Ośmiu mogło przegonić tego sępa! Ale nie było ich tam! Był Kevin i wykonywał swój zawód.

Tylko pytamy, taka nasza rola, nie ma się co wkurzać.

Wiem. Spoko, nie wkurzam się (śmiech).

Ale kiedy na to wszystko patrzyliście, czy nie było takiej refleksji, o jakiej mówisz? Gdzie oni są? Gdzie są mocarstwa? Wielcy tego świata?

Tak, absolutnie tak. Taka refleksja przychodzi. I stąd mam taki spokój w fotografowaniu, wyciszenie, wyłączenie się. Jestem od zrobienia zdjęcia, od zrobienia dokumentu, od sfotografowania, od reportażu. Od dania świadectwa, że coś takiego w tym miejscu i w tym czasie się wydarzyło. Rozumiecie? Od pomocy są organizacje pomocowe. W chuj pieniędzy przejadają! Na przepiękne białe toyoty terenowe, którymi się rozbijają, jakoś starcza. Dlaczego wszyscy się czepiają właśnie operatorów i fotografów?

My się nie czepiamy!

Ale ja nie mówię, że wy się czepiacie. Wkurza mnie hipokryzja. Tłumaczę wielu ludziom, na czym polega moja praca. Gdybym organizował pomoc, nie mógłbym dojechać w inne miejsce, żeby sfotografować coś innego. Być może równie albo bardziej dramatycznego. Nie wiadomo.

3
Fot. AG Fot. AG

Wiktor Bater, dziennikarz radiowy i telewizyjny

Bater pojechał do Moskwy. Najpierw na taki wstępny, próbny pobyt. Zobaczyć, co to właściwie jest za miasto. Andrzej Siezieniewski pokazywał mu Moskwę, sprowadzał go na ziemię w jego przeróżnych marzeniach i fascynacjach. Rzeczywiście życie wiele jego marzeń zweryfikowało. Miał jednak znacznie więcej siły, znacznie więcej motywacji niż inni. Mieszkanie korespondenta Polskiego Radia nigdy nie było remontowane, więc jak przyjechał do Moskwy w październiku 1994 roku, mógł wykorzystać na remont praktycznie nieograniczone środki. Kupił meble w Ikei, wykładziny podłogowe, sztućce, filiżanki - wszystko, co było potrzebne. Tyle że remont miał trwać półtora miesiąca, a trwał trzy. Święta 1994 roku Wiktor spędzał już w nowym mieszkaniu: pięknym, pustym, ale otaczało go coraz więcej przyjaciół, znajomych. Nie miał jednak pomysłu na życie osobiste. Wtedy na szczęście - nie, nie na szczęście - wybuchła wojna w Czeczenii. Remont remontem, święta świętami, ale rozpoczął się Grozny.

Był w Groznym w grudniu 1994 roku z Witkiem Laskowskim, ówczesnym korespondentem TVP, który bardzo mu pomógł. I tak to się zaczęło. Listopad, pierwszy nieudany szturm na Grozny, chwilę później oni w Groznym na tlących się jeszcze zgliszczach domów i wrakach czołgów. W czwórkę jeździli, cztery rajskie ptaki. Zawsze się dopinał do ekipy TVP, wówczas najsprawniejszej. Docierali tam, gdzie inni nie dawali rady. Zawsze fascynowała go praca z kamerą, patrzył im na ręce, jak oni to robią, jak kręcą, jak szukają ujęć, jak się ustawiają przed kamerą. W radiu robota była prostsza - telefon, nadanie relacji i sprawa załatwiona. Pamięta grudzień 1994 roku, kiedy Rosjanie chcieli ich zabić. Stali na ludzkich szczątkach, Witek grał stand-upera i w tym momencie zza zakrętu grzmotnął do nich rosyjski czołg. Mieli w uszach szum i pustkę, po ruchu warg widzieli, że każdy z nich krzyczy: "Kuuuurwa!". Wpadli do wołgi i po trupach wracali z powrotem do Aczchoj-Martanu, gdzie rosyjskie czołgi jeszcze nie dojechały. Wciąż nic nie słysząc, trafi li do pierwszego z brzegu sklepiku i kupili wielką flachę wódy. Zalewali stres. Powoli doszli do siebie. Ale musieli pracować dalej. Pamięta hotel Groznieft w centrum Groznego, w którym mieszkali. Wybuchy i bezsenne noce. Wyjące syreny. Grozny wciąż pozostawał niezdobyty. Wiktor nie mógł spać. Wybuchy wybuchami, ale świętej pamięci Krzysiek, z którym dzielił pokój, chrapał tak niewiarygodnie, że zagłuszał wszystkie pociski, syreny. Poszli się napić herbaty z brodatymi bojownikami, których wtedy mieli za walczących za wolność naszą i waszą przeciwko wielkiemu, złemu imperium. Taką mieli wtedy optykę, jak cały świat: dobrzy Czeczeni i źli Rosjanie, a oni w tym wszystkim. Czeczeni poili ich czymś, co nazywa się czefir i jest stworzonym na bazie mocnego wywaru z herbaty więziennym narkotykiem, po którym dostaje się totalnego odlotu. W każdym razie brodaci Czeczeni wyglądali, jakby cały czas byli na dużym haju. Pokazywali im hotelowe piwnice wyładowane pociskami, granatami, skrzyniami z amunicją. Wystarczyłaby iskra, a z całym hotelem, z całą dzielnicą wylecieliby w próżnię. Mieli to wszystko w nosie. Dla nich największym problemem było obudzić się rano i jakoś się ogarnąć. W ścianie była wybita ogromna dziura. Wypinali tyłki na rosyjskie pozycje i robili swoje. Brakowało tylko snajpera, żeby ich grzmotnął. To był ich pierwszy plac ćwiczeniowy jazdy na nartach, bo w takiej pozycji musieli robić poranną toaletę.

Pamięta ewakuację: ciężarówkami, autobusami, czym się dało, rosyjskie MSZ wywoziło ich z tego płonącego, poszarpanego już miasta.

Wracał po takich wyjazdach zmęczony, ale spełniony. Adrenalina opadała, zaczynało się życie w wielkiej rosyjskiej stolicy. Kiedy zamieszkał w Moskwie, na dole była kafejka, buda typu karawaning, w której sprzedawali piwo, hot dogi, herbatę. Timur z Abchazji, człowiek z twarzą przeoraną od ucha do ucha przez gruziński pocisk, prowadził tę kafieszkę razem z żoną Stellą. Zawsze się śmiali przy wieczornym piwie czy herbatce. ?Wiktor, ty masz prawie trzydzieści lat i żony nie masz? To u nas, na Kaukazie, nieprzyjęte? - dziwił się Timur z blizną. Do zamachu na jego cześć, honor i zdrowie doszło w maju 1996 roku, kiedy Stella oznajmiła: "Kogoś dla ciebie upatrzyliśmy". Ciężki niedzielny poranek. Wracał wtedy zmęczony z jakiejś imprezy u swojego przyjaciela Andrzeja z "Gazety Wyborczej". Około jedenastej mijał kawiarenkę. Wyszedł Timur i powiedział, że chciałby go z kimś poznać. I poznał go z jego przyszłą teściową Swietłaną Charczaławą. "To moja była nauczycielka ze szkoły w Suchumi" - wyjaśnił Timur. Zaczęli rozmawiać. Przyszedł znajomy ochroniarz z ambasady, Swietłana poczęstowała ich strasznie ostrymi kaukaskimi papryczkami. Wiktor zjadł połowę, wypaliło mu wszystkie wnętrzności. Piwo pomogło. Potem przyszła Shazi, jego przyszła żona. Zamienili kilka słów, od razu zaiskrzyło. Pamięta jakieś przyjęcie w polskiej ambasadzie. Chciał zaprosić Shazi, ale musiał wpierw porozmawiać z jej mamą, bo taki jest na Kaukazie zwyczaj. Więc chodził na pokłon do Swietłany Charczaławej: córka jedynaczka, wiadomo, oczko w głowie mamusi, ale przyjaciele się za nim wstawili. I w miesiąc od pierwszego spotkania poszedł z nią na to przyjęcie. Zafascynowany Shazi straszliwie, wszyscy zafascynowani Shazi. Rok później we wrześniu był ślub.

Ale wcześniej, w 1996 roku, Shazi wyjechała z Moskwy na wakacje do Abchazji. Timur zaproponował, żeby ją tam odwiedzili. Tyle że granica była zamknięta. Timur machnął ręką - nieważne, jakoś przejadą. Wiktor wziął samochód służbowy na polskich numerach rejestracyjnych, z napisem "Polskie Radio". Pojechał z Timurem i jego żoną z Moskwy do Soczi. Stamtąd Stella podróżowała dalej sama, a oni, samochodem, próbowali przekroczyć granicę na rzece Psou. Oficjalnie powojenna granica rosyjsko-gruzińska (Abchazję uznawano wówczas za część gruzińskiego terytorium) była zamknięta, szczególnie dla cudzoziemców. Składał pisma, żeby pozwolili mu przejść. Po trzech dniach na punkt graniczny przyszła kategoryczna odpowiedź z Moskwy: "Polaka nie przepuszczać". Koniec. Na co Timur stwierdził, że nie wszystko jeszcze stracone. Żar potworny lał się z nieba, Wiktor siedział w samochodzie, nie wiedział, co ze sobą zrobić. Zobaczył faceta w marynarskiej pasiastej koszulce. Tamten dostrzegł oznakowany samochód, podszedł i zapytał płynną polszczyzną: "A co ty tu, kurwa, robisz? Polak?". "Polak, a ty też Polak?". "Bogdan, Cygan spod Radomia. A ty kto?". "Wiktor, Żyd z Warszawy". Więc Bogdan wsiadł do samochodu i zaczął opowiadać, że przerzuca kradzione auta z Europy przez zamkniętą granicę na Kaukaz. I z tego żyje. Zapytał, czy Wiktor chciałby przejechać granicę. Chciałby. Na tych blachach nie było szans, szybciej mogło się udać bez samochodu. Tylko co zrobić z wozem? Bogdan, Cygan spod Radomia, który zajmował się przerzucaniem przez granicę kradzionych aut, zaproponował, żeby zostawił samochód u niego w garażu. Wróci po trzech, czterech tygodniach i wóz będzie na niego czekał. I rzeczywiście - czekał. Skoro miał gwarancję Bogdana Cygana?

Tak to Wiktor zarządził majątkiem Polskiego Radia. "Tylko jak ja przejdę przez tę granicę?" - zapytał. Bogdan gdzieś poszedł i po chwili wrócił z kolesiem: łapy jak bochny chleba, wielkie karczycho, obwieszony łańcuchami, cały złoty. "To Ormianek, który przerzuci cię do Abchazji. Przez zieloną przejdziesz - oznajmił Bogdan. - Masz stówę?". Miał, dał mu sto dolarów. Chociaż tamtemu chodziło o sto rubli. Bogdan, Cygan spod Radomia, nie dał po sobie poznać, że inną walutę miał na myśli. Trafił na frajera, to skorzystał. Wziął sto dolców bez zmrużenia oka. Taki z niego cwaniak, chciał nielegalnie przez granicę, to zapłacił frycowe. Wiktor zostawił samochód. Bogdan mu jeszcze wyraźnie nakazał, żeby szedł krok w krok za przewodnikiem. Kilka dni wcześniej też przerzucali człowieka przez granicę. Tamtemu noga się ześlizgnęła, wyleciał w powietrze aż miło. Cała rzeka była zaminowana.

4

Miłada Jędrysik, dziennikarka prasowa

Jak wyglądała praca w Bośni?

Miałam to szczęście, że byłam tam z Krzyśkiem Millerem. On miał doświadczenie, więc czułam się pewniej. Wjazd na terytorium, które jest objęte wojną, to niesamowite doświadczenie. Jechaliśmy przez Dalmację do Hercegowiny. Po jednej stronie piękne plaże, gdzie jest wesoło, toczy się normalne życie. No, może nie aż tak wesoło, bo nocowaliśmy w hotelu, w którym było pełno uchodźców chorwackich z Krajiny, z terenów zajętych przez Serbów. Ale w Splicie, w porcie, na starówce, życie toczyło się jakby nigdy nic: otwarte knajpy, śmiech, kwitnie życie towarzyskie. A kilkadziesiąt kilometrów dalej ruiny, wypalone budynki. To było dziewiętnaście lat temu, a wszystko pamiętam, jakby to było dziś. Tak mi się to wryło w pamięć. Na przejściu granicznym między Chorwacją i Bośnią siedziało dwóch staruszków. Pytają nas, dokąd jedziemy. Mówimy, że do Tuzli, bo Tuzla była bazą wypadową, gdzie się czekało na wieści ze Srebrenicy. Wolno pokiwali głowami: "Oj, odradzamy wam". Memento na dzień dobry. Wjechaliśmy do Bośni, a tam - zupełna cisza. Czytaliście książkę Swietłany Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety? Zebrała opowieści radzieckich żołnierek. W armii radzieckiej służyły dziesiątki tysięcy kobiet, także na pierwszej linii frontu, jako snajperki, pilotki samolotów. Opowiadały, że w miejscach, gdzie toczyły się ostre walki, panowała kompletna cisza, znikały wszystkie owady i ptaki. To było przerażające. Wchodzisz na piękną łąkę, a tu nic nie bzyczy, nic nie ćwierka. Trudno się do tego przyzwyczaić.

Jacek Czarnecki opowiadał nam, że jeśli gdzieś jechał i nagle robiło się nienaturalnie cicho, natychmiast zawracał.

Miał rację.

Dotarliście do Tuzli?

O tej podróży mogłabym napisać książkę pod tytułem Przygody blondynki na wojnie. Nie zawsze jest czas, żeby się tak naprawdę przygotować do wyjazdu. A jest też wiele rzeczy, których się nie dowiesz, dopóki nie przeżyjesz tego sam. Środkowa Bośnia, gdzie toczyły się walki między Serbami a Muzułmanami, była poszatkowana jak chorwacka szachownica. Na granicy stali umundurowani żołnierze, ale dalej już nikt nie stawiał tablic: "Uwaga, tu się zaczyna terytorium kontrolowane przez...". Potem się okazało, że bardzo łatwo nie zauważyć, jak się przejedzie od jednych do drugich. Przy piątym checkpoincie się pogubiłam. Byłam przekonana, że nocujemy na terytorium kontrolowanym przez Muzułmanów. Dopiero jak wyjeżdżaliśmy, okazało się, że przez Chorwatów. Niby nic strasznego, ale lepiej takie rzeczy wiedzieć. Kostkowi i jego koledze z "Guardiana" zdarzyło się, że tak sobie jechali, jechali i nagle zobaczyli dwóch gości z brodami. Powinny ich te brody zastanowić, bo tylko czetnicy, serbscy nacjonaliści, nosili brody. Ale z rozpędu wysiedli i pytają, czy to jest droga na Travnik. Tamci spojrzeli z ukosa i mówią, że nie, to jest droga na Jajce. Okazało się, że Kostek z kolegą są na terytorium serbskim, a Serbowie byli wtedy bardzo źle nastawieni do zachodnich dziennikarzy. Zrobili więc U-turn i uciekli (śmiech). Inni koledzy w Iraku w 2003 roku mieli jeszcze gorszą przygodę. To było pod Basrą. Armia brytyjska podeszła pod samo miasto i nie spieszyła się z jego zdobyciem, no bo po co. Ważne było, żeby Amerykanie weszli do Bagdadu. Wtedy z wielkim prawdopodobieństwem reżim padnie i Brytyjczycy wejdą do Basry bez rozlewu krwi. Więc tak sobie stali na moście przed wjazdem do miasta, gdzie oczywiście nie było żadnej tabliczki, że właśnie tutaj przebiega linia frontu. Moi koledzy przejechali przez most, nikt ich nie zatrzymywał. Skończyło się na tym, że zanim się zorientowali, że są na terytorium kontrolowanym przez Saddama, zarobili kulkę w samochód. A już zajeżdżali na stację benzynową, bo się ucieszyli, że jest benzyna i nie ma kolejki...

Mówisz, że wojna nie ma w sobie nic z kobiety. Jak się czułaś jako chyba jedyna kobieta korespondentka z Polski?

Nie zapominajcie o Maryśce Wiernikowskiej. Poza tym nie ja tak mówię, tylko jedna z weteranek drugiej wojny światowej powiedziała to Aleksijewicz. Dla mnie to nie był jakiś wielki problem. Chociaż czasem moi koledzy nie rozumieli, że mam inne potrzeby, albo uważali, że skoro się pcham z nimi na wojnę, to powinnam się dostosować. Na przykład: miałam ciężki plecak. Jestem krótkowidzem, nie powinnam nosić ciężarów, bo może mi się odkleić siatkówka. A byli tacy, którzy otwartym tekstem mówili, że nie pomogą mi tego plecaka założyć. Więc bywało różnie. W Iraku młodzi chłopcy byli bardzo agresywni seksualnie. Zwłaszcza tłum dodawał im odwagi. Raz już myślałam, że zaraz dojdzie do zbiorowego gwałtu. Moi koledzy jakby tego nie rozumieli: "Przestań, wygłupiasz się!" albo "Radź sobie". I zostawili mnie samą z kilkunastoma obmacującymi wyrostkami. A było przecież potem parę takich ataków na dziennikarki podczas arabskiej wiosny. Na placu Tahrir Amerykanka została pobita i zgwałcona. Dlatego zawsze starałam się w takich miejscach poruszać z ochroniarzem, który był albo słusznej postury, albo odpowiednio skoligacony z ludźmi, z którymi miałam rozmawiać, bo w tamtych regionach świata więzi plemienno-rodowe są bardzo ważne. Nigdy nie jeździłam sama, chyba że w cywilizowane miejsca, na przykład do dużych miast.

Ale w Iraku byłaś chyba sama?

Nawet jeśli z Polski wyjeżdżałam sama, zawsze potem znajdowałam sobie towarzystwo. Po Kosowie jeździłam z koleżanką Amerykanką. W krajach arabskich zawsze miałam obok jakiegoś mężczyznę. Ci chłopcy są straszliwie wyposzczeni, bo nic im nie wolno przed ślubem. A jednocześnie wpaja się im, że jak kobieta nie jest zakryta od stóp do głów, to oznacza, że można z nią wszystko zrobić. Na Bałkanach nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Ale opowiadała mi znajoma, że jej koleżanka z pracy w 1991 roku została w Chorwacji zgwałcona na checkpoincie. Wtedy mnie dopiero zmroziło, bo nie myślałam, że do czegoś takiego może w ogóle dojść.

W Iraku musiałaś uciekać?

Bardzo bym chciała uciec albo się zapaść pod ziemię. Ale nie było gdzie. Zaczęłam się drzeć. Tam byli starsi ludzie, z autorytetem, i jak zauważyli, co się dzieje, to zaczęli krzyczeć na tych podrostków, którzy mnie zaczepiali. To pomogło, ale najadłam się strachu.

A jak cię przyjęli polscy korespondenci, Jacek Czarnecki i inni? Byliście taką zgraną paczką czy raczej trzymaliście się osobno?

Z Jackiem to się do tej pory trzymam (śmiech), mamy nawet dzieci w tym samym wieku. Czasami zdarzały się żarty, że za bardzo marudzę. Ale raczej nikt nie był do mnie uprzedzony z tego powodu, że jestem kobietą. Ze wszystkimi bardzo dobrze mi się współpracowało, a po jakimś czasie koledzy w ogóle nie zwracali uwagi na płeć. Jeśli ktoś mówi, że wśród korespondentów wojennych panuje straszny seksizm i uprzedzenia, to zaprzeczam. Nie jest tak. Najwyżej czasami bywają trochę niewrażliwi.

Byłaś chyba wtedy jedyną polską korespondentką?

Wtedy tak. Wcześniej była Marysia, ale w Iraku byłam rzeczywiście jedyną korespondentką z Polski.

Dokąd pojechałaś po Bośni?

Powinnam zrobić sobie jakąś ściągę? Pewnie do Albanii. W 1997 roku. To też było niesamowite doświadczenie - patrzeć, jak kraj się rozpada. I to w ciągu dwóch tygodni. To było najbiedniejsze państwo w Europie. Niektóre dzielnice Tirany wyglądały jak przedmieścia wielkich miast w Afryce - rudery, lepianki, śmieci. Nagle władza zniknęła - wojsko, policja, tajna policja, rząd, wszyscy. Ludzie nie wiedzieli, co zrobić z tą wolnością. Widziałam zupełnie surrealistyczne sceny. Małe miasteczko, może wieś. Chodzą po nim ludzie z transparentem. Idą w jedną stronę - tup-tup-tup - miasteczko się kończy, idą w drugą stronę - tup-tup-tup - koniec. Na ulicy nie ma nikogo poza nimi. Siedzą tylko jakieś babcie w czarnych chustkach, patrzą, chyba nic nie rozumieją. Potem wracaliśmy do Tirany, którą kilka dni wcześniej zostawiliśmy jako jeszcze całkiem dobrze funkcjonującą stolicę państwa. Jedziemy, przy drodze stoi sobie czołg. Czołgi Albańczycy mieli z lat pięćdziesiątych: rosyjskie, zmodernizowane potem w Chinach, ale bardzo stare. I jakichś trzech mężczyzn w złachanych mundurach próbuje uruchomić ten czołg, który sobie tak pyrka, pyrka. W końcu tudududu - ruszył. Wskoczyli i pojechali. Żałowałam, że nie znam albańskiego, bo chciałam zawołać: "Panowie, a dokąd tym czołgiem?!", albo coś innego równie głupiego (śmiech). To było jak z jakiejś bajki, nie wiem? z Ericha Kästnera? bardzo śmieszne. Potem były koszary. Kompletnie rozgrabione. Podczas grabieży obowiązywała segregacja płciowa - najpierw ruszyli mężczyźni i zabrali całą broń. Przejechał koło nas chłopak, chyba trzynastoletni, a na bagażniku roweru miał z pięć kałasznikowów. Potem kobiety rzuciły się po metalowe miski, koce, ścierki, takie rzeczy. Też były strasznie przejęte i bardzo szczęśliwe, że zdobyły wspaniałe łupy. Żołnierze, osiemnastoletni chłopcy w szynelach i walonkach, stali przy drodze i łapali stopa. Bardzo zadowoleni, że już się to wszystko skończyło. Dojechaliśmy do Tirany, a tam - apokalipsa. Ludzie w panice. Żeby zdobyć żywność, rzucili się na młyn. Zaczęli z tego młyna wynosić worki z mąką. Patrzymy, a tu dookoła biało, jakby spadł śnieg: biali ludzie z białymi twarzami, z białymi włosami, biegają jak szaleni. I te pękające worki? Wyglądali jak postacie z Umarłej klasy Kantora. Wtedy doceniłam swoją pracę. Widziałam takie rzeczy, jakie ludzie widzą tylko w telewizji, jeśli w ogóle. A ja byłam przy tym, jak to wszystko się działo.

5
Fot. Sławomir  Kamiński / AG Fot. Sławomir Kamiński / AG

Waldemar Milewicz, dziennikarz telewizyjny

W jego relacjach musiały być emocje: łzy, wojna, krew. Starał się być blisko ludzi. Wiedział doskonale: tragedia pojedynczego człowieka najbardziej działa na wyobraźnię.

Absolwent psychologii. Nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić, kiedy dowiedział się o pracy w PAP. Tu przydała się znajomość języków obcych. Tłumaczył depesze agencyjne i opiekował się zagranicznymi dziennikarzami odwiedzającymi Polskę. Kilka lat robił materiały dla Dziennika telewizyjnego. Karierę korespondenta rozpoczął w 1991 roku relacją z przewrotu na Litwie. Pierwsza ekipa, którą wysłała TAI, nie chciała wyjść z hotelu. Było niebezpiecznie, Rosjanie zamordowali kilku Litwinów, po ulicach jeździły czołgi. Kiedy wrócił, był podekscytowany, przejęty. Chyba zrozumiał, że chciałby robić coś nowego, coś, czego w Polsce nikt wcześniej nie robił. Siedzenie w redakcji go męczyło. Leszek Trzciński, operator, przez osiem lat wyjeżdżał z Milewiczem na wszystkie wyprawy zagraniczne. Przyjaźnili się. Nawet urlopy brali w tym samym czasie, bo żaden z nich nie wyobrażał sobie, żeby mógł jechać na wojnę z kimś innym.

- Przejechaliśmy razem pół świata - opowiada nam Trzciński. - Byliśmy razem w Czeczenii, Kosowie, Izraelu, Etiopii. Jeździłem z Waldkiem w niebezpieczne miejsca, bo rozumieliśmy się w pracy. Waldek był świetnie zorganizowany. Na pytanie, czy ryzykowaliśmy, odpowiadam "tak", bo na wojnie wszyscy ryzykują. A Waldek miał ambicję, żeby pokazać, co naprawdę dzieje się na wojnie, o co chodzi w konflikcie. Pamiętam, jak w Czeczenii przedzieraliśmy się przez zieloną granicę do oblężonego Groznego. Tam pomogli nam już czeczeńscy partyzanci. Gdy my wracaliśmy ze zdjęciami, inni dopiero próbowali się przedostawać. Waldek nie pracował dla pieniędzy. To była jego prawdziwa pasja. Nawet nie wiem, czy TVP ubezpieczyła go na życie.

Trzciński nie pojechał z Milewiczem do Iraku, bo zaczął pracę w TVN. Ale kiedy z nim jeździł, zawsze mieli kupę szczęścia.

Zastanawia się chwilę:

- Kiedyś telewizja zorganizowała mu szkolenie, jak zachowywać się na wojnie. Skończyło się karczemną awanturą, bo Waldek nie pozwalał z siebie żartować. Mieli go szkolić ludzie, którzy wojnę znali tylko z książek. Nie wszyscy go lubili, bo nie miał w zwyczaju podlizywać się szefostwu. Mówiąc brutalnie: nie właził nikomu w dupę.

Po Litwie była Abchazja, Bośnia, do Ruandy i Somalii pojechał w 1994 roku jako pierwszy dziennikarz z Europy Wschodniej.

- Cały czas biegł. Bał się, że coś mu umknie, coś przeminie, że coś straci. Miałem wrażenie, że żałuje, iż dwa czy trzy konflikty toczą się jednocześnie. Chciał być wszędzie - mówił nam Wojtek Jagielski.

Był dobrze przygotowany do każdej podróży. W jednym z wywiadów powiedział: "Żadnych efektów specjalnych. Siedzę w redakcji i wykonuję setki telefonów. Poszukuję jakiegoś punktu zaczepienia, informatorów. I nie ma znaczenia, że w Kosowie czy Czeczenii byłem wielokrotnie ? przed każdą podróżą wszystko trzeba zacząć od nowa".

Rzadko kontaktował się z innymi korespondentami. Zawsze pracował jako samotnik. Chodził swoimi ścieżkami.

- To prawda, unikaliśmy polskich placówek, ambasad. Nie jeździliśmy stadnie - przyznaje Leszek Trzciński.

Niektórzy mówią, że szarżował, że zawsze chciał być pierwszy.

I dlatego trzymał się z boku. Ale inni Milewicza usprawiedliwiają: "Miał dwa czy trzy wejścia w ciągu dnia, radiowcy mogą nadawać co godzinę. Musiał mieć newsa ekskluziwa".

- Można powiedzieć, że zazdrość przeze mnie przemawia, ale Waldek miał tendencje do gromadzenia pierwszych wejść, jak my to nazywamy. On chciał za wszelką cenę być pierwszy - opowiada Piotr Górecki, dziennikarz TVP, redakcyjny kolega Milewicza. - I jak już był pierwszy, to temat przestawał go interesować. Mógł wrócić i zajmować się czymś innym. A ja zawsze uważałem, że pierwsze wejście jest fajne, ale ponieważ mamy do czynienia z żywym człowiekiem, to on będzie ciekawy i po pierwszym dniu, i po tygodniu, i po miesiącu. Dla Waldka news był najważniejszy i to, żeby mieć go jako pierwszy.

Maria Wiernikowska, jedna z najbardziej znanych korespondentek wojennych, też przez jakiś czas pracowała z Milewiczem w jednej redakcji.

- Cały czas żeśmy się ścigali, kto pierwszy gdzieś dojedzie, dalej pójdzie, bliżej podejdzie. Potem rozeszliśmy się do różnych redakcji i w związku z tym spotykaliśmy się w tych samych miejscach, więc wyścig wciąż trwał - wspomina. I dalej: - Nie lubiłam jego patosu. Tego, że stawał gdzieś i dobitnie głosił: "Ci ludzie?". Oczywiście przemawiała przeze mnie zazdrość, której teraz już nie czuję, ale wiem, że mu wtedy zazdrościłam, pamiętam to uczucie. To była rywalizacja, jak u sportowców. I między innymi dlatego pozwoliłam sobie powiedzieć zaraz po jego śmierci, że zginął od naszych własnych zabawek. Myśmy się nawzajem napędzali, naganiali do wyścigu. I on chciał po prostu pobić kolejny rekord. To wina nas wszystkich, bo my, środowisko... już nie widownia, która chce igrzysk... zaczęliśmy się nawzajem popychać do tej rywalizacji. W części ponosimy za to odpowiedzialność, bo sami sobie urządziliśmy te zawody.

Ale w maju 2004 roku te zawody stawały się coraz bardziej niebezpieczne. Naklejka "Press" przed niczym już nie chroniła, wręcz przeciwnie, stała się tarczą. Podczas konfliktów w Afganistanie czy Bośni korespondent wojenny mógł decydować: iść na linię frontu i ryzykować życie albo trzymać się z boku, w bezpiecznym miejscu. Irak wszystko zmienił. Dziennikarz nie miał wyboru. Stał się "zwierzyną łowną" - celem równie pożądanym jak żołnierze wroga.

Zaczęło się w marcu 2004 roku. Po wejściu Amerykanów Irakijczycy cieszyli się z obalenia Saddama. Korespondenci wojenni byli bezpieczni. Ale mijały miesiące, nic się nie zmieniało. Miejscowi chcieli prądu, wody, żywności, normalnego, spokojnego życia. Amerykanie tym żądaniom sprostać nie potrafili. Irakijczycy poczuli się oszukani. Były ataki terrorystyczne na bezpośredniego wroga ? Amerykanów, później na tak zwane cele miękkie: ONZ, Czerwony Krzyż. Z czasem do Iraku zaczęli zjeżdżać ekstremiści z całego świata arabskiego. Dla każdego z nich zabicie Europejczyka czy Amerykanina jest przepustką do raju i idealnego, według nich, świata islamskiego, w którym nie ma miejsca dla niewiernych.

Przez ostatni rok przed śmiercią Milewicz nie potrafił się dogadać z szefem Wiadomości. Nie wyjeżdżał do Iraku. Gdy nastąpiły zmiany i dostał pozwolenie na wyjazd, chciał nadrobić stracony czas.

Mahmudijja, gdzie zginął, cieszyła się najgorszą sławą spośród miejscowości na trasie z Bagdadu do Babilonu. Nawet jadąc tą trasą po raz dwudziesty czy trzydziesty, czuje się dreszczyk niepokoju. To teren znany z sympatii prosaddamowskich. Tam najczęściej dochodziło do ataków na konwoje wojskowe. W tej miejscowości w styczniu został zabity reporter pracujący dla CNN, którego samochód ostrzelali nieznani sprawcy.

Wymarzone miejsce do zdradzieckiego ataku. Miasteczko, typowy obrazek irackiej biedy: skupisko glinianych domów, tonących w błocie w porze deszczowej i przykrytych brudnym pustynnym pyłem podczas upałów, a pośrodku tego wszystkiego zatłoczona ulica, wzdłuż której ciągną się kramiki handlarzy. Handlarze i gapie, ocierając się o stojące w korku samochody, zaglądali przez szybę. Bez zaciekawienia i sympatii jak kiedyś, lecz z chłodem i wrogością. Nigdy nie wiadomo, czy któryś z tych ludzi nie wyciągnie kałasznikowa i nie strzeli.

- Wojciech, musisz zawsze siedzieć na przednim, a nie tylnym siedzeniu, bo inaczej pomyślą, że wiozę jakąś ważną osobę, i będą strzelać - mówił Wojciechowi Rogacinowi, wtedy korespondentowi "Newsweeka", kierowca w Iraku, kiedy wjeżdżali do Babilonu czy Karbali. - Obaj siedzący z przodu będziemy wyglądali jak dwaj Irakijczycy - tłumaczył.

Było niebezpiecznie, to prawda, jak na każdej wojnie. Ale śmierć Milewicza zszokowała nawet korespondentów wojennych obecnych w Iraku. Wielu z nich - Jacek Czarnecki, Radosław Kietliński - korzystało z tego samego przewodnika, pokonało tę trasę dosłownie chwilę przed nim.

- Przyjechaliśmy do Iraku dwa tygodnie wcześniej, jechałem tym samym wozem, z tym samym kierowcą, siedziałem na tym samym siedzeniu co Waldemar. Przejeżdżaliśmy zresztą przez tę samą miejscowość. Na miejscu, na którym siedział Waldek Milewicz, mogłem siedzieć ja - mówi Artur Łukaszewicz, operator TVN.

Według katarskiej telewizji Al-Dżazira atak na ekipę polskich dziennikarzy nie był przypadkiem. Terroryści wiedzieli, kto jedzie samochodem i do kogo strzelają. W 2012 roku media obiegły jednak informacje, że Waldemar Milewicz zginął przez przypadek, a celem ataku terrorystów był inny Waldemar Milewicz, członek zarządu Cenzinu, firmy handlującej bronią, i były pracownik gabinetu politycznego ministrów obrony narodowej - Romualda Szeremietiewa i Bronisława Komorowskiego. Takie rewelacje publikuje tygodnik "Uważam Rze", powołując się na dokumenty zachowane w archiwum zlikwidowanych Wojskowych Służb Informacyjnych. Jak było naprawdę? Nie wiadomo. W czerwcu 2013 roku warszawska prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie zabójstwa dziennikarzy.

6
Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta

Wojciech Jagielski, dziennikarz prasowy

W czasie rewolty na kijowskim Majdanie nie dał się zaprosić do telewizyjnego studia, by dyskutować o zmianach na Ukrainie. Po prostu nie czuje się w tej sprawie kompetentny. Podobnie jak nie podejmował się jechać na wojnę do Iraku.

Świadomość konieczności zdobycia odpowiedniej wiedzy, nim zacznie się wypowiadać czy pisać na jakiś temat, stała się jego charakterystycznym stylem uprawiania tego zawodu, czy raczej pasji. W taki sposób, jak przed wspomnianym wyjazdem do Hongkongu, przygotowuje się przed wyjazdami do krajów i regionów, które już zna. W swoim biurku w redakcji "Gazety" miał wielki zbiór wycinków - z zagranicznych gazet i z depesz - na temat regionów, do których się wybierał. Wyglądało to jak kolekcja fiszek albo katalog kart bibliotecznych. Wycinał czasami pojedyncze cytaty, ważne wypowiedzi, opisy sytuacji. Pochłaniał całe książki na temat regionów, ludów i społeczeństw - gospodarzy swoich przyszłych wypraw.

Później, kiedy nastała epoka komputerów, to w nich wyszukiwał i gromadził na dyskach setki potrzebnych mu informacji. Działał zgodnie z zasadą swojego mistrza i przyjaciela Ryszarda Kapuścińskiego, który mówił obrazowo, że trzeba przeczytać sto książek, aby napisać jedną.

Doskonale pamięta to fotoreporter Krzysztof Miller, z którym w czasie pracy w "Gazecie" Jagielski jeździł na większość swoich wypraw. "Miał takich wydartych skrawków całe mnóstwo i woził tego na wyjazdy kilogramami. Wojtek jest bardzo skrupulatny. Niesamowicie przygotowuje się do wyjazdów" - opowiada fotoreporter.

Ci, którzy jeździli razem z nim, mogli się praktycznie w pełni zdawać na jego instynkt dziennikarski i olbrzymią wiedzę.

A wszystko to robi dlatego, że dziennikarstwo jest dla niego nie tylko zawodem czy pasją. "Ono jest dla mnie sposobem życia, a więc czymś niesłychanie ważnym" - mówił w wywiadzie prasowym. Dziennikarstwu Jagielski oddał się całkowicie. Do tego stopnia, że niewiele czasu poświęcał na życie towarzyskie.

W początkach pracy w "Gazecie" nie był jeszcze - co zrozumiałe - szeroko znanym reporterem. To jednak stamtąd zaczął jeździć nie tylko do Afryki, ale także na Kaukaz i Zakaukazie, w region, gdzie w miejscu rozpadającego się imperium sowieckiego powstawały lub próbowały wybić się na niepodległość - wśród wojen i ognia - nowe kraje.

Miłada Jędrysik pamięta, jak kiedyś na początku lat dziewięćdziesiątych przyszła rano do redakcji i zobaczyła pokładającego się ze śmiechu Wojciecha Maziarskiego, który tego dnia był wydawcą. "Miał przed sobą gazetę, w której na pierwszej stronie była korespondencja Wojciecha Jagielskiego chyba z Czeczenii - opowiada Jędrysik. - W ręce trzymał list i cały czas się śmiał. Zapytałam: "Co cię, Wojtek, tak rozśmieszyło?". Podał mi list od czytelnika, starszego pana, który pisał oburzony, że jak to możliwe, by gazeta z takim opozycyjnym rodowodem jak "Wyborcza" mogła na pierwszej stronie zamieszczać artykuł Wojciecha Jaruzelskiego. Pan nie doczytał nazwiska, ale wkrótce już by nie pomylił Jagielskiego z Jaruzelskim... - kończy Miłada Jędrysik.

Śmiesznych momentów związanych z wyprawami Jagielskiego było więcej. Nadając relacje gdzieś z afgańskich gór, nie mógł korzystać z komputera. Dyktował je więc przez telefon maszynistkom w "Gazecie". Te czasami przekręcały jego słowa - być może łączność nie była najlepsza. Kiedyś po przeczytaniu takiego przedyktowanego przez telefon tekstu - jak wspomina Miłada - cały dział zagraniczny zachodził w głowę, o co chodziło Jagielskiemu, bo w tekście znalazło się sformułowanie "niżsi Angomułowie". W końcu wspólnym wysiłkiem udało się rozwiązać zagadkę - Jagielski powiedział "niżsi rangą mułłowie", a maszynistki przepisały to błędnie.

Innym razem, kiedy był w Afganistanie po zdobyciu Kabulu przez talibów, na trzy tygodnie słuch o nim zaginął. Wszyscy się o niego bali, chociaż jednocześnie wiedzieli, że potrafi sobie radzić w najtrudniejszych sytuacjach. Później okazało się, że został odcięty w Dolinie Pandższeru i żeby się przedostać przez Hindukusz, kupił konia. Nie było lepszego środka transportu.

"Pamiętam, że kiedy już Wojtek wrócił do Warszawy i szedł do księgowej rozliczać delegację i rachunki, prosił, żebyśmy trzymali kciuki. Bo takiego rachunku - za konia - księgowa chyba jeszcze nie miała... - opowiada Miłada Jędrysik.

Naprawdę znanym dziennikarzem Jagielski stał się w 1994 roku, kiedy wydał świetną książkę Dobre miejsce do umierania, napisaną na podstawie własnych reportaży z Gruzji, Czeczenii i Armenii.

Nigdy jednak nie dbał o sławę, podobnie jak nie zaprzątał sobie głowy swoim image'em. Zawsze nosił i nosi charakterystyczny wąsik, zawsze chodził w takim samym stroju, zarówno na początku pracy w "Gazecie", jak i teraz: w dżinsowych spodniach i krótkiej kurtce z postawionym kołnierzem. Trochę przypomina gitarzystę ze starych, klasycznych kapel rockowych. Zresztą pozostał ich wiernym fanem, podobnie jak Boba Marleya, w którym widział nie tylko muzyka, ale i wiecznego partyzanta.

W redakcji "Gazety" nigdy nie dał nikomu odczuć, że uważa się za lepszego, chociaż był znacznie bardziej doświadczony i doceniany w kraju i za granicą niż wielu jego kolegów. W równy sposób odnosił się do nowicjuszy, jak i redaktora naczelnego. Współautor tej książki, Wojciech Rogacin, pamięta, że kiedy nieco onieśmielony zjawił się w 2000 roku po raz pierwszy w dziale zagranicznym "Gazety", Jagielski przywitał się z nim tak, jakby się ucieszył na jego widok. "Fajnie, że będziemy razem pracować. Gdybyś czegoś potrzebował, chciał zapytać, to dawaj śmiało" - zachęcał.

Jednocześnie Jagielski był twardy, gdy chodziło o obronę własnego zdania. Nie szedł na kompromisy. "Adam Michnik przez pewien czas nagabywał Wojtka i próbował nakłonić go do napisania sylwetki generała Kiszczaka. Bo Wojtek potrafi w świetny sposób opisywać dwuznaczne postacie. Ale mimo wielu prób Jagielski się na to nie zgodził" - przypomina Miłada Jędrysik.

Innym razem Michnik miał zastrzeżenia do komentarza Jagielskiego na temat Rosji. Sugerował jakąś zmianę, próbował wytłumaczyć mu swoje stanowisko i przekonać do niego reportera. Ten odpowiedział jednak, że nic nie zmieni w komentarzu, najwyżej redakcja może go nie publikować. I nie opublikowała. "Ale to wszystko odbywało się bez jakiegoś stawiania się naczelnemu ze strony Wojtka. To była normalna dyskusja, jak to w redakcji" - dodaje Miłada Jędrysik.

7
Przewiń i czytaj dalej Wysokie Obcasy