Babcia była, jest i będzie: listy czytelników na dzień babci

Poznaj historie naszych czytelników. Jeśli też chcesz opowiedzieć swoją, napisz na wysokieobcasy@wyborcza.pl, w tytule maila napisz: Dzień Babci
archiwum prywatne archiwum prywatne

Babcia Irena była, jest i będzie

Za swoją umiarkowaną hipochondrię obwiniam po części babcię Teresę. Jak słodko chorowało się na udawaną grypę, gdy w kuchni smażyły się faworki. O ile żwawiej pocierało się termometr pod kołdrą, kiedy wizją było rychłe przybycie babci wraz z nową piracką grą kupioną na targu. W całym tym dziecięcym zaaferowaniu sobą przegapiłem to, że tak naprawdę to babcia była ciężko chora. Piłki, których używała do rehabilitacji rąk po udarach służyły za najprzedniejsze futbolówki tamtych lat. Strzeliłem nimi więcej goli w spontanicznych, rodzinnych turniejach rozgrywanych w jej sypialni niż Robert Lewandowski w całej swojej profesjonalnej karierze. Babcia nauczyła mnie, że nie wystarczy stać do kogoś obróconym plecami, żeby ten ktoś zniknął. Utrudniło to znacznie kompulsywne podbieranie cukierków z jej kryształowej wazy.  Wspólnie ugraliśmy w totka pięć złotych i wydaliśmy je na następne kupony. Ich rozczarowujący rezultat zadał ostateczny cios moim hazardowym zapędom na resztę życia. W pewnym sensie babcia była nierealna - pracowała w tle, a nam zostawiała pierwszy plan. Urzeczywistniła się dopiero, gdy jej zabrakło.

Babcia Irena była, jest i będzie. Pewnie się mylę, ale mam wrażenie, że przetrwałaby najazd jeźdźców apokalipsy. Pomimo podeszłego wieku jest konkurencyjna w każdej dziedzinie. Nie zdziwiłbym się, gdyby złoiła wam tyłki w siatkówkę. Wygląda lepiej niż ja. Dzięki niej wiem, jak ułożyć sobie relacje z ludźmi, żeby oni wykonywali tę najczarniejszą pracę, podczas gdy ty zbierasz za nią pochwały. I nie odejmuję jej przy tym pracowitości. Gdybym robił połowę tego, co ona, to nie siedziałbym teraz w szlafroku o 13:15 i rozmyślał o naszym wspólnym mikroświecie, tylko prałbym wszystkie skarpety dostępne w okolicy. Czy ta sprzeczność działa? Babcia to sprzeczność. Babcia to emocje, silne emocje, dużo ich. Można ją łatwo zachwycić, ale równie szybko rozczarować. Dbamy o siebie. Ona więcej o mnie, ale taka jest chyba kolej rzeczy do czasu, kiedy wszystko w nas jeszcze relatywnie sprawne. Nie wiem, co dać jej na dzień babci, żeby nie oddała tego mojej siostrze albo narzeczonej.

autor: Karol

1
archiwum prywatne, fot. Antoni Dobrowolski archiwum prywatne, fot. Antoni Dobrowolski

Ja też miałam babcię anielicę

Zuza Ziomecka ma rację, istnieją babcie "Anielice".

Ja taką miałam! To taki typ babci silnej, po wielu przejściach. Jedzącej mało, z wiekiem żyjącej coraz skromniej, ale rozdającej o wiele więcej.

Cytuję: "potrafią niezrozumiale małe kwoty zamieniać w dwudaniowe posiłki dla całej rodziny, a na końcu, nie wiadomo skąd, jeszcze wyciągają deser. Wszystko, co gotują, jest pyszne i bardzo grzeje od środka. U babci anielicy można poczuć się tak bezpiecznie, że często tam zasypiasz, odprężając się na jej tapczanie jak nigdzie indziej na tym świecie".

Kiedy ja jeszcze nie wiedziałam, czym jest wegetarianizm, babcia robiła opiekane selery, kalafiory, kapustę, fasolkę, kotleciki z ziemniaków i inne cuda. Przepisy na wszystkie te cuda znajduję dzisiaj w "alternatywnych", nowoczesnych książkach kucharskich dla wegetarian. Babcia robiła je ponad 20 lat temu, ot tak ? nie mając dostępu do żadnych niszowych przepisów, kiedy ja wybrzydzałam, że nie lubię zup, tego i tamtego...

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że składniki w większości uprawiała z dziadziem na polu, które
obrastało naprzeciwko naszego rodzinnego domu. "Anielice rodzinne mają też znajomości w urzędzie cudów. Same lub w zespole z sąsiadkami z klatki, z którymi znają się od 40 lat, potrafią wymodlić powroty z emigracji, cudowne uzdrowienia, zdane egzaminy i śluby". Moja też się wiele modliła. Wiele i dla mnie wymodliła. Za każdym razem, kiedy ja wątpiłam (w siebie oczywiście), ona twierdziła, że wierzy w Boga i to załatwi sprawę. Miała rację - większość tych rzeczy, których ja się bałam, nigdy się nie wydarzyło. Ona w tym zapewne pośredniczyła.

"Rośliny na parapetach Babć Anielic rosną silne i często kwitną". U mojej też tak rosły. W domu i w ogrodzie, ona po prostu uwielbiała kwiaty. U schyłku jej życia obserwowałam, jak te kwiaty opadają z sił, to po nich było widać najbardziej, że babcia jest coraz słabsza i coraz bardziej nieobecna.

U Babć Anielic "wiszą firanki. Lubią pachnące mydło". Moja uwielbiała pachnące mydełka, sobotnie kąpiele w dużej ilości piany, szczególnie z płynów do kąpieli o zapachu leśnym. Po każdej takiej wielkiej kąpieli układała włosy w rodzaj "weli", potem usztywniała włosy lakierem, nakładała krem na twarz, ubierała szlafrok i oglądała film. Najbardziej lubiła romansidła lub filmy biograficzno-historyczne o życiu królowych lub aktorek, które kojarzyła. Jeden z ulubionych jej filmów to "Cesarzowa Sisi", "Dynastię Colbych" też bardzo lubiła. Kiedyś dużo czytała, pochłaniała szczególnie Harlequiny i inne książkowe historie miłosne. A co do szlafroka ? to pamiętam jeszcze, że w nim rano ćwiczyła ? taką zwykłą, poranną gimnastykę.

Lubiła ładnie wyglądać, zwłaszcza kiedy szła do kościoła. Do końca życia wspominała z uśmiechem - jak będąc młodsza, wybiegła kiedyś do kościoła uczesana, w garsonce, pięknych butach, z torebką i w... samej halce, bez spódnicy! Tak sobie myślę teraz, kto dzisiaj nosi halkę pod spódnicę?! A dla niej to była taka oczywistość. Lubiła więc ładnie wyglądać i ładnie wyglądała, wyróżniała się na tle wielu pań w jej wieku. W Chrzanowie do dzisiaj jest taki butik, w którym kupowała dużo ubrań, na ulicy Dobczyckiej, dokładniej rzecz ujmując.

Lubiła też zagadywać ludzi, z uśmiechem, z żartem. Pamiętam, że kiedy leżała w szpitalu, zagadywała cały personel, szczególnie młodych lekarzy, a potem opowiadała, żebym się przyjrzała temu, bo jest fajny, tamtemu itd. Do dzisiaj wspominam, jak zabierała mnie na Boże Ciało. Chodziłam tam w stroju krakowskim i rzucałam kwiaty : "Święty, święty Pan Bóg zastępów" i raz rzut na lewo, raz rzut na prawo. Wcześniej płatki kwiatów zrywała w swoim ogrodzie albo na łąkach, rozdawała je też innym matkom dzieci, które brały udział w procesji.

Wiele mam tych wspomnień: o tym, jak słuchała radia na fulla, a ja się wtedy wstydziłam, że słychać aż na drodze. O tym, jakie dobre soki robiła, szczególnie z malin i porzeczek. O tym, jakie kluski na parze robiła, ale bym teraz taką zjadła! O tym, jak znikała na cały dzień i później okazywało się, że pociągiem lub PKS-em pojechała do Krakowa lub Katowic ? bo dostała emeryturę i pojechała kupić sobie nową bluzkę i koniecznie obwarzanki krakowskie, które bardzo lubiła.

Często wspominała, że jako mała dziewczynka dostawała do szkoły na śniadanie ? kanapkę ze śmietaną posypaną cukrem, owiniętą zwykłą gazetą. Bogatsze dziewczynki natomiast - przynosiły precle i obwarzanki przekrojone na pół, w środku posmarowane miodem, na widok których babci "ciekła ślinka". Obwarzanki to chyba był jej smak dzieciństwa.

Kiedyś pojechała też do Bielska, podobno po zasłony? Ale dziadziowi takich numerów nie wolno
było odstawiać, oj, nie... Za każdym razem, kiedy znikał na dłużej z domu, bo np. zasiedział się u wujka Staszka (swojego brata), dostawał taką reprymendę, że szkoda gadać, to chyba wynikało z troski? Po 3 godzinach nieobecności dziadka w domu trzeba było brać rower i odwiedzić kolejno: wujka Staszka i ciocię Irenę, wujka Władka i ciocię Helę, wujka Mietka i ciocię Wiesię, czasami zajrzeć przez płot, czy nie ma go u pana Baraniarza, później odwiedzić jeszcze pana Kazia, pana Janka... A po co? Po to, żeby powiedzieć dziadziowi, że obiad na stole i lepiej, żeby wracał, bo jak nie, to będzie? mała kłótnia.

Taka była Babi w moich oczach, lubiła, kiedy ją tak nazywałam. A na imię miała Helena. Do dzisiaj nie wiem, skąd ona brała tyle energii ? wychowała czwórkę dzieci i co poniektórych ich potomków np. mnie, pracowała zawodowo, obrabiała pole, zbudowała dom ? dosłownie i w przenośni.

autor: Barbara

2
Przewiń i czytaj dalej Wysokie Obcasy