Przetrwała tylko jedna sosna. Żyła jeszcze rok po tsunami

red.
"Każda kolejna fala pełna jest latarni, potłuczonych porcelanowych kubeczków, pluszowych foteli, czajników, szczotek do włosów i albumów pełnych zdjęć" [FRAGMENTY KSIĄŻKI]
mat.pras. mat.pras.

"Ganbare! Warsztaty umierania" - nowa książka Katarzyny Boni

"Ganbare! Warsztaty umierania" opowiada o życiu mieszkańców północnej Japonii po trzęsieniu ziemi. I tsunami. I katastrofie w elektrowni jądrowej w Fukushimie. Reporterka  Katarzyna Boni pojechała do Japonii, żeby sprawdzić, jak wygląda życie po potrójnej tragedii.

"Ganbare!" to historia o kraju, gdzie zagrożenie katastrofą stało się normą, a normalne życie jest podszyte widmem śmierci. I o ludziach, którzy pięć lat po trzęsieniu ziemi, tsunami i wybuchu w elektrowni jądrowej próbują poradzić sobie w nowej rzeczywistości. Niektórzy z nich nauczyli się nurkować i wciąż szukają szczątków bliskich na dnie morza. Inni, ignorując zagrożenie, usiłują żyć w napromieniowanym świecie, jakby nic się nie stało. Jeszcze inni rozmawiają z duchami. Albo zapisują się na warsztaty umierania.

Książkę opublikowało wydawnictwo Agora.

Można ją kupić za pośrednictwem serwisu Publio.pl

1
mat.pras. mat.pras.

Miasto, którego nie ma

Brunatna rozmokła gleba, błoto rozjechane kołami ciężarówek. Płoty, dźwigi, koparki. Olbrzymie taśmociągi - wsparte na pięciometrowych nogach tunele, które nanoszą na wybrzeże ziemię z oddalonych o kilometr gór. Plac budowy na wielką skalę.

Kiedyś było tu miasto.

Rikuzentakata.

Rzędy dwupoziomowych domów z ogrodami, w których wczesną wiosną kwitły kwiaty śliwy, w lecie hortensje, jesienią czerwieniły się liście klonów (drobne i niewielkie, inne od naszych), a zimą spod czapy śniegu wystawały sosnowe igły.

Było. Nie ma.

Główna zakupowa ulica z białymi arkadami osłoniętymi od słońca i deszczu dachem. Mówiono na nią shatto dori, od shutt - zamknięta, i dori - ulica. Młodzi wyjeżdżali do większych miast. Starzy nie mieli już siły. Zamykało się coraz więcej sklepów. Puste pawilony pod białymi arkadami.

Było. Nie ma.

Port, w którym cumowały nieduże kutry. Rikuzentakata żyła z morza. Tuńczyk, dorada, ryba maślana, seriola, wodorosty, przegrzebki, jeżowce. I te ostrygi! Mięsiste i pełne smaku.

Było. Nie ma.

Szkoła podstawowa, gimnazjum, ratusz, liceum, apteki, szpital, prywatna klinika dentystyczna, stadion baseballowy, centrum handlowe, restauracje, stacja benzynowa, kwiaciarnia, tory kolejowe, dworzec, fabryczka sake, cukiernik,

wytwórca mat tatami, producent węgla, kilka przetwórni, plac zabaw, przedszkole.

Było. Nie ma.

Otoczone krzakami dereni i azalii polany na wzgórzu, z których latem całe miasto oglądało pokaz fajerwerków.

Było. Nie ma.

Furtki, murki, ogrody, ściany, dachy, ulice, okna, witryny sklepowe, spuszczone żaluzje, przystanki przy drodze, chodniki, drzewa.

Było. Nie ma.

Miasto na dwadzieścia cztery tysiące mieszkańców.

Było. Nie ma.

I jeszcze las. Siedemdziesiąt tysięcy sosen porastających piaszczysty brzeg. Zapach igliwia zmieszany z bryzą morską. Ludzie przyjeżdżali tu tylko dla nich. Na spacer wśród drzew.

Było. Nie ma.

Przetrwała tylko jedna sosna. Żyła jeszcze rok po tsunami, ale jej korzenie umarły - w glebie pełnej soli. Eksperci do środka martwego pnia włożyli stalowe rusztowanie. Dwadzieścia siedem metrów wysokości. Dodali sztuczne gałęzie, liście z żywicy syntetycznej. Wygląda jak żywa. Będzie stać. Cudowna sosna. Symbol miasta Rikuzentakata, które nigdy się nie podda.

2
mat.pras. mat.pras.

Pierwsza fala była najsilniejsza

Z hałasem odbiła się od wzgórz otaczających równinę, na której stała Rikuzentakata. Fala, która idzie od morza, nie jest tak straszna, można się utrzymać na jej powierzchni. Ale kiedy wraca, ma zasysającą moc. Wszystko w niej wiruje.

Druga fala była najwyższa. To ona zabrała ludzi z dachów. Niektórzy przeżyli - wspięli się na kominy. Pracownicy ratusza - 126 osób - stali na dachu budynku po kostki w wodzie. Jeszcze dwa metry i też zabrałoby ich morze.

Fal było dziesięć, a może piętnaście. Kto by je liczył. Ludzie mówili, że w oddali woda przetaczała się tak, że chwilami widać było dno morza. Za pierwszym razem to sama woda - brudna, szara, spieniona. Ale każda kolejna fala pełna jest samochodów, fragmentów domów, telewizorów, stołów, krzeseł, kuchenek, skrzynek pocztowych, wanien, latarni, potłuczonych porcelanowych kubeczków, pluszowych foteli, czajników, szczotek do włosów i albumów pełnych zdjęć.

Ściana wody z tego, co przed chwilą było miastem.

Z trupami ryb, psów i ludzi.

Ocean dał Rikuzentakacie spokój o piątej nad ranem. Ci, którzy nie zdążyli uciec na wzgórza i których nie porwała woda, spędzili całą noc na dachach. Mówili, że w życiu nie widzieli tylu gwiazd.

A kiedy wzeszło słońce, ujrzeli przed sobą pokryte szlamem rumowisko.

Nie było furtek, murków, ogrodów, ścian, dachów, ulic, okien, witryn sklepowych, spuszczonych żaluzji, przystanków przy drodze, chodników ani drzew. Tylko niebo. Intensywne, niebieskie.

Piękne, mówili.

Z 24 tysięcy mieszkańców Rikuzentakaty zginęło 1700 osób.

3
mat.pras. mat.pras.

O tym, co się kryje pod wodą

O 15.10 ocean przelał się przez wały. Brudna, spieniona woda podniosła łódki i wypełniła ulice. Nie było żadnej wielkiej fali, która spektakularnie załamałaby się nad miastem. Tylko wzbierająca woda. Jakby do oceanu ktoś wrzucił wielki

kamień i teraz woda przelewała się przez brzegi. Lżejsze przedmioty zostały porwane od razu i razem z falą

szły w głąb miasta. Pięć sekund później wody było tyle, że przesuwała zaparkowane na ulicach samochody. Zawyły syreny.

Coraz więcej wody. Coraz wyżej. Szara masa. Wartki nurt.

Metr. Dwa metry. Trzy.

Ciężarówki wirowały na powierzchni wody jak plastikowe zabawki.

Cztery metry. Pięć.

W ciągu pięciu minut woda sięgnęła drugiego piętra budynku Banku Shichij U Shichi.

Sześć metrów. Siedem.

Woda gruchotała ściany, odrywała całe piętra domów z ludźmi w środku i niosła je ze sobą. Budynki wpadały na siebie, roztrzaskiwały się z głośnym łomotem. Japończycy mówią: Goro goro. Goro goro. Goro goro...

Osiem. Dziewięć.

Z parkingu przed szpitalem dobrze było widać 13 osób, które stały na dachu banku. Mężczyźni pomagali kobietom w wąskich spódnicach biurowych wspiąć się po drabince na szczyt budki z generatorem. Kolejne trzy metry życia.

Dziesięć. Jedenaście.

Samochody, automaty z piciem, dachy. Fala niosła całe domy, jakby zerwane z kotwicy. Nie wszystkie budynki wyrwało z ziemi. Te z silniejszymi fundamentami po prostu zostały zalane wodą.

Dwanaście.

Fala zaczęła podchodzić pod parking przed szpitalem. Ludzie biegli na wyższe piętra, na zbocze góry Horikiri. Tsunami zalało recepcję i izbę przyjęć na parterze szpitala.

Trzynaście.

Czternaście.

Nikt nie patrzył, jak woda zabiera pracowników banku. Tsunami w Onagawie miało piętnaście metrów.

4
mat.pras. mat.pras.

Dobra wiadomość

 

Rodziny dwunastu zaginionych pracowników szybko się o sobie dowiedziały. Mijali się codziennie w miejscu, w którym stał budynek Banku Shichiju Shichi. Nie musieli nic do siebie mówić, po prostu szukali razem. Brodzili w mule, podnosili zabrudzone deski, próbowali podważyć fragmenty rozwalonych ścian.

Mijali oddziały Japońskich Sił Samoobrony (już następnego dnia po tsunami rząd wysłał 192 samoloty i 25 okrętów ze 107 tysiącami żołnierzy - którzy oficjalnie nie są żołnierzami; to prawie połowa japońskiej armii - która oficjalnie nie jest armią), które długimi kijami sprawdzały, czy pod gruzami nie ma ciał.

Mijali mieszkańców Onagawy, którzy w szczątkach domów liczyli na odnalezienie szczątków życia. Niektórzy wbijali w ziemię deski ze swoim nazwiskiem napisanym flamastrem - ta sterta drewna była kiedyś moim domem.

Yasuo i Masaaki do Ishinomaki wracali, kiedy było już ciemno. A następnego dnia zaczynali poszukiwania od nowa. Przychodzili codziennie. Nie zwracali uwagi na śnieg, wiatr i deszcz.

Pierwszy dzień. Drugi. Trzeci.

Tydzień.

W Onagawie woda zabrała ponad pięć tysięcy budynków - to siedemdziesiąt procent miasta. W Ishinomaki zginął co dziesiąty mieszkaniec. Riasowe wybrzeże - wąskie zatoczki, niewielkie cypelki, strome klify, na których zapobiegliwi rybacy stawiają świątynie bogom morza - tylko zwiększyło siłę tsunami. Rozpędzona woda spiętrzała się, sięgając nawet czterdziestu metrów i pędząc do dziesięciu kilometrów w głąb lądu na odcinku sześciuset siedemdziesięciu kilometrów - od miasta Erimo na Hokkaido do Oarai w prefekturze Ibaraki, tuż nad Tokio. Ale najmocniej tsunami uderzyło w prefektury:Fukushima, Miyagi i Iwate.

Dwa tygodnie. Trzy.

Dobra wiadomość! Znaleziono ciało pracownicy banku. W północnej części zatoki, pod szczątkami domów. Skoro znaleziono jedno ciało, może obok będzie drugie? Podnosili deski, odwalali gruz, wybierali szklane odłamki, byleby dostać się pod rumowisko. Yasuo wieczorem długo patrzył w ekran telefonu z ostatnim SMS-em od Yuko: "Chcę już być w domu".

5
mat.pras. mat.pras.

Ganbare, Yoshida san!

Pod koniec marca było wiadomo, że temperatura rdzeni się stabilizuje. Ale w pełni stabilną sytuację osiągnięto dopiero w grudniu 2011 roku.

Rdzeń reaktora numer 1 stopił się.

Rdzeń reaktora numer 2 stopił się.

Rdzeń reaktora numer 3 stopił się.

Wszystkie stopione rdzenie pozostały jednak w środku budynków reaktora. Nikt nie wiedział gdzie. Choć do atmosfery przedostało się zaledwie dziesięć procent tego, co podczas katastrofy w Czarnobylu, katastrofa w Fukushimie dostała ten sam, najwyższy, stopień w międzynarodowej skali zdarzeń jądrowych i radiologicznych (INES). Siódmy.

W wywiadach udzielanych później gazetom były już premier Naoto Kan powiedział, że opracowywał plan ewakuacji

Tokio. Największej metropolii świata. Mieszka w niej 35 milionów ludzi.

Pod koniec listopada 2012 roku u Masao Yoshidy zdiagnozowano raka przełyku. 1 grudnia zrezygnował ze stanowiska dyrektora elektrowni. 9 grudnia przyjechał do centrum kryzysowego w Fukushimie Daiichi.

- Rak nie ma związku z tym, co się tutaj działo, moja dawka nie przekroczyła 80 milisiwertów - powiedział Yoshida. - Poza tym rak przełyku rozwija się dłużej niż półtora roku. To raczej przez palenie, powinno się tego zakazać w tym budynku. Miałem już pierwszą rundę chemioterapii i patrzcie, nie wypadł mi ani jeden włos. Ciągle mam ich więcej niż nasz szef do spraw ogólnych - Yoshida wskazał palcem na łysiejącego mężczyznę, który stał w pierwszym rzędzie.

- Będzie coraz zimniej, nie przeziębcie się. Wrócę do was w kwietniu.

- Ganbare, Yoshida san! - krzyknęli pracownicy elektrowni

6
mat.pras. mat.pras.

Najpiękniejsza wioska Japonii jest pusta

Zbocza porośnięte lasem, górskie strumienie, zielone pola ryżowe, bystre rzeki w dolinach. Dziki, małpy, jelenie. Powietrze wypełnione zapachem trawy z pastwisk. Drewniane domy z matami z ryżowej słomy i przesuwanymi papierowymi ściankami. Nawet sieć komórkowa była tu słaba. Żeby porozmawiać z sąsiadem, szło się przez las, a nie wykręcało numer telefonu.

Iitate. Jedna ze stu najpiękniejszych wiosek Japonii.

Nie wolno jej odwiedzać.

Wiosną z ziemi wyrastały pędy bambusa, kiełkowały paprocie, kwitł lepiężnik, helwingia japońska wypuszczała młode liście, pojawiał się mlecz. Wystarczył krotki spacer w przerwie na lunch, żeby nazbierać jedzenia na obiad. Gotowało się to, blanszowało, smażyło, piekło, maczało w panierce i wrzucało na wrzący olej. Każde dziecko potrafiło odróżnić pędy soczystego pióropusznika strusiego od lekko gorzkiej orlicy.

Pędy ciągle rosną. Nie wolno ich jeść.

Latem w rzece łowiło się iwany - srebrzyste rybki o białym, delikatnym mięsie. Idealne na grilla, który rozpalało się pod gwiazdami. Młodzi jeździli nad morze, to niecałe 35 kilometrów, ale jaki inny klimat! Nieznośne gorąco, monsunowa wilgoć. Wskakiwali więc na deski i surfowali po falach. Czasem rozpalali ognisko i zostawali na noc na plaży, a czasem wracali do wsi, głośni i roześmiani, z owocami morza w siatkach.

Iwany ciągle pływają. Nie wolno ich łowić.

Jesienią przychodziła pora na grzyby. Lasy były pełne matsutake, grube białe nóżki, niewielkie i gładkie brązowe kapelusze. W Tokio za kilogram płaci się nawet dwa tysiące dolarów. Mają ostry, intensywny smak, czuć w nim las sosnowy. Tutaj wycieczki szkolne zbierały je na obiad, nikt nie myślał o tym, żeby zbijać na nich fortunę.

Grzyby ciągle rosną. Nie wolno ich zbierać.

Zimą, kiedy temperatura spadała do minus 20 stopni, z dachów zwisały sznury tofu, ciasteczek ryżowych i białej rzodkwi, które po zamrożeniu suszyło się na zimnym wietrze. Przechowywało się je do wiosny. Mężczyźni polowali, kobiety gotowały gary pożywnej zupy z marchewką, grzybami i mięsem dzika.

Dziki ciągle biegają po lesie. Nie wolno ich tknąć.

Iitate karmiło swoich mieszkańców. Gdy brakowało ryżu, szło się do sąsiada, a nie do supermarketu. W zamian za pomidory z ogrodu albo jagodowy likier własnej produkcji sąsiad dawał wór ryżu i jeszcze litr świeżego mleka. Rolnicy z Iitate ręcznie sadzili ryż i używali naturalnych nawozów.

Ryż już nie rośnie. Nieorane pola zarosły krzakami.

W domach budowanych tradycyjną metodą, ze ścianami z gliny i przesuwanymi drzwiami z papieru mieszkały cztery pokolenia. Pradziadkowie oglądali razem z prawnukami, jak kwitną wiśnie. Babki i matki szykowały na obiad ryż uprawiany przez dziadków i ojców. Nikt już nie patrzy na kwitnące wiśnie. Domy zarastają pajęczyny, a w ścianach żyją myszy.

Nikogo nie ma w Iitate.

Najpiękniejsza wioska Japonii jest pusta.

7
mat.pras. mat.pras.

Jedna miska ryżu

Dostajesz do zjedzenia miskę ryżu. Z parującymi białymi ziarenkami, pachnącą zaprawą z octu sezamowego i słodkiego kuchennego wina. Kelner mówi, że to ryż z Fukushimy. Przebadany, przeszedł wszystkie testy.

Zjesz?

A teraz wyciągnij jedną z kart leżących na stole. To samo robią inni uczestnicy gry.

Jesteś matką dwójki dzieci. Mieszkacie w centrum miasta Fukushima. Dzieci raz do roku przechodzą badanie tarczycy. Córka ma piętnaście lat. Jest zdrowa, dostała kategorię A1 ? bez guzków i cyst. Ale syn, który dopiero co skończył osiem lat, ma kategorię A2. Wykryto u niego cystę wielkości 17 milimetrów. Jeśli urośnie większa niż 20 milimetrów, trzeba będzie zrobić dalsze badania - sprawdzić krew, mocz, może nawet zrobić biopsję. Przejdzie do kategorii B. Czytałaś ostatnio w lokalnej gazecie, że u 115 dzieci na 300 tysięcy przebadanych zdiagnozowano raka tarczycy. Napisali również, że to co najmniej dwadzieścia razy więcej niż normalnie. Zazwyczaj rak tarczycy pojawia się u kilkorga dzieci na milion. Ale być może to efekt bardzo dokładnych badań.

Podasz ten ryż swoim dzieciom?

Jesteś rolnikiem z regionu Aizu na północnym zachodzie Fukushimy. Masz 42 lata, czwórkę dzieci. Robisz to, co robił twój ojciec i twój dziadek, i robisz to dobrze. Nie używasz nawozów sztucznych, dbasz o najwyższą jakość i smak produktu. Choć skażona chmura nie przeszła nad twoim polem, a od zepsutej elektrowni dzieli cię 150 kilometrów i dwa górskie pasma, to i tak przez dłuższy czas nikt nie chciał kupować od ciebie ryżu. Ceny spadły trzykrotnie. Po drugiej stronie prefekturalnej granicy, w Niigacie (25 kilometrów od twojego pola), sadzą tę samą odmianę ryżu. Sprzedają go po cenach sprzed 2011 roku.

Zjesz ten ryż?

Jesteś informatykiem z Tokio. Pamiętasz, jak w marcu 2011 roku z półek supermarketów zniknęły wszystkie butelki z wodą, makarony instant i mrożone pizze. Zostały tylko warzywa i owoce - nikt nie kupował jedzenia, które mogło być napromieniowane. Do dzisiaj w sklepach brzoskwinie z Fukushimy kupisz taniej niż te z innych prefektur, choć są najlepsze w całej Japonii. W 2011 roku pojechałeś na wolontariat do Rikuzentakaty, teraz chciałbyś zobaczyć, jak wygląda sytuacja w Fukushimie. Dołączasz do wycieczki z organizacją pozarządową. Wjeżdżacie do Odaki, ewakuowanej dzielnicy Minamisomy. W środku można przebywać przez osiem godzin w ciągu dnia. Ulice są puste, przed dworcem stoją zakurzone rowery. Spotkaliście się z emerytowanym rolnikiem, który cały czas na skażonej ziemi sadzi ryż - sprawdza, co zmieni używanie wody ze studni, a co wody z rzeki. Woli to od siedzenia bezczynnie w domu tymczasowym. Rozmawiacie ze starszą kobietą, która pomimo zakazu wróciła tu na stałe i założyła warsztat tkacki. I jeszcze z młodym przedsiębiorcą, który zanim w Odace zostanie zniesiony nakaz ewakuacji, chce zorganizować sto miejsc pracy. Żeby ludzie mieli do czego wracać. Na razie otworzył knajpkę, w której pracują babcie z Odaki. Szykują posiłki dla robotników czyszczących miasto z promieniowania. Idziecie tam na lunch. Podają wam tempurę z warzyw i ryż.

Zjesz ten ryż?

8
Przewiń i czytaj dalej Wysokie Obcasy