'Kobieta z męskim sercem. Historia prawdziwa' [FRAGMENTY KSIĄŻKI]

"Kobieta z męskim sercem. Historia prawdziwa" [FRAGMENTY KSIĄŻKI]

red.
"Jak ja pojadę na przeszczep, to ty będziesz miała zadanie. Napiszesz menu na wigilię. I pamiętaj, barszcz i kutia muszą być" - powiedziała do matki chwilę przed tym, jak zabrano ją na salę operacyjną, gdzie jej schorowane serce wymienione na nowe, zdrowe. Żyje z nim już sześć i pół roku, choć wisiał nad nią wyrok śmierci
materiały prasowe materiały prasowe

"Kobieta z męskim sercem. Historia prawdziwa" - OKŁADKA

Adriana Szklarz na przeszczep serca czekała 7 lat. W swojej książce opisała życie z ciężarem choroby  i świadomością, że koniec może nadejść w każdej chwili. Opisała proces godzenia się z bolesną diagnozą, co było tym trudniejsze, że w domu czekało na nią małe dziecko, a ona była główną żywicielką rodziny. Syn Maciej, łącząca tych dwoje relacja, dramat matki, która w każdej chwili może osierocić własne dziecko, stanowią ważną częścią tej opowieści.

Książką "Kobieta z męskim sercem. Historia prawdziwa" to książka przede wszystkim o uczuciach. Ale jest to też ważny głos w dyskusji o transplantologii w Polsce. O procedurach i mechanizmach, o trudnościach oraz o lekarzach - tych, którzy pracują w poczuciu misji i tych, którzy pozostają nieczuli na dramat pacjenta. Autorka spotkała na swojej drodze jednych i drugich. W książce opowiada także o tym, jak wiele może znaczyć życzliwy uścisk dłoni, dla kogoś, kogo wciąga otchłań choroby

1
Archiwum prywatne Archiwum prywatne

To serce nie pompuje krwi

- Pani Adriano, badanie wskazuje, że przeszła pani zapalenie mięśnia sercowego. Po tych słowach zapadała przeraźliwa cisza. Cisza pełna strachu i przerażenia, mimo że sam medyczny termin niewiele mi mówił. Intuicyjna lampka zapaliła się błyskawicznie.

- Doktorze, czy ja będę żyła? - wypaliłam jak z armaty.

- Nie wiem, pani Adriano. Trudno mi określić. Jedno jest pewne. Wypiszę pani skierowanie do szpitala i musi pani jechać tam jak najprędzej. Serce zdrowego człowieka kurczy się w około sześćdziesięciu procentach, pani serce niestety tylko w dziesięciu, więc obecnie prawie nie ma możliwości pompowania krwi.

Ta informacja była jak grom z jasnego nieba, bo jej w moim pięknie ułożonym życiu nie przewidziałam. Bo i co miałam przewidywać, skoro byłam szczęśliwą mamą wspaniałego pięciomiesięcznego syna.  - Ja??? Ja do szpitala??? Jaki szpital??? Co z Maćkiem??? Ja nie mogę!!! Syn czeka!!! Kto go nakarmi???? ? myśli wirowały. Przeplatały się ze słowami lekarza, a łzy napływały do oczu, by wylać się jak tsunami na rozpalone policzki. Usłyszałam jeszcze, że nie powinnam już karmić piersią, że tak będzie dla mnie lepiej.

Łkając, wzięłam wszystkie wyniki wraz ze skierowaniem do gorzowskiego szpitala. Zapytałam o koszt wizyty i nagle zorientowałam się, że mam w portfelu o pięćdziesiąt złotych za mało. Lekarz uznał jednak, że więcej nie trzeba i na pożegnanie uścisnął mi rękę, życząc powodzenia.

- Boże!!! Co ty mi szykujesz???? ? krzyczałam w duchu, schodząc po schodach.

- Dlaczego ja??? Przecież mam malutkiego syna, który potrzebuje matki!!!? Stopnie rozpływały mi się we łzach, które zniekształcały ich obraz.

Wsiadłam do auta i ruszyłam do domu rodziców. Czekali na mnie z Maćkiem. Ryczałam. Nie płakałam, ale ryczałam. Przez całą drogę wykrzykiwałam w aucie: DLACZEGO JA??? BOŻE, CO TY MI SZYKUJESZ! CO JA TAKIEGO ZŁEGO W ŻYCIU ZROBIŁAM?! CO???!!!

Gdy podjechałam pod blok, próbowałam wziąć się w garść. Było to kolejnym nie lada wyzwaniem po schodach, które musiałam pokonać na czwarte piętro. A potem jeszcze dobra mina do złej gry. Musiałam udawać przed rodzicami i dzieckiem. Pukając pod tak dobrze mi znany numer 10, płacz miałam już opanowany, jednak gdy zobaczyłam mamę z Maćkiem na ręku, posypałam się na nowo.

Cała misternie i szybko stworzona układanka pękła jak bańka mydlana. Mój stan mówił rodzicom wszystko. Wzięłam Maćka na ręce. Czułam, że zaczął się niepokoić. Rozpoczęłam relację z kardiologicznej wizyty. Mimo zakazu lekarza musiałam, naprawdę musiałam, nakarmić synka. Wiedziałam, że to ostatni raz.

2
Archiwum autorki Archiwum autorki

Na zgliszczach żyć się nie da

Cierpi pani na kardiomiopatię rozstrzeniową. Pani serce jest zniszczone i jedynym rozwiązaniem w pani przypadku będzie prawdopodobnie przeszczep serca. Jest to operacja, którą wykonuje się bardzo rzadko, a o dawców też trudno. Można po tym wprawdzie żyć, jednak na pani miejscu zastanowiłbym się, czy warto, bo życie po przeszczepie jest bardzo ciężkie i w zasadzie do niczego. Proszę sobie to przemyśleć. - Po tych słowach zawinął się i wyszedł jeszcze szybciej niż wszedł.

- Przeszczep serca???? - dzwoniło mi w uszach i w całej głowie. - Jaki przeszczep?? - rozejrzałam się po sali. - Czy on na pewno się nie pomylił? Czy może mówił to do innej osoby? - zesztywniałam. - Przeszczep, przeszczep, przeszczep?? - słowa jak fale uderzające o brzeg zabijały moje myśli. Słowo "przeszczep" usłyszałam po raz pierwszy. Sąsiadka z łóżka obok patrzyła na mnie równie zszokowana.

(...)

Po czasie dowiedziałam się, jak lekarz prowadzący przekazał mamie i siostrze informacje o stanie mojego serca. Ponieważ jesteśmy społeczeństwem obrazowym, aby lepiej zrozumieć, przedstawił ten stan następująco: - Z sercem pani Adriany jest jak z domem. Strawił je pożar w postaci przebytego zapalenia. W chwili obecnej po tym domu zostały tylko zgliszcza, a na nich żyć się nie da. Wszystko wskazuje na to, że jedynym sposobem, aby ten dom znowu mógł żyć, będzie przeszczep serca, czyli nowy dom.

Coś we mnie jednak drgnęło. Przecież ja nie mogę się poddać. Ja jestem silna i muszę być! Mam dla kogo.  - Maciek, ty mnie będziesz trzymał! Ty będziesz moją siłą! Moim motorem napędowym w tej nierównej walce. Stop!? - powiedziałam sobie. - Skup się i walcz. Płacz i użalanie nic tu nie da.

Stanowczo i szybko raz jeszcze oznajmiłam, że nikt nie może przy mnie płakać, bo muszę być mocna i nie mogę się nad sobą rozklejać. A jak chcą dać upust emocjom, to za rogiem korytarza, poza salą. Do mnie mają wchodzić z suchymi oczami i twarzami.

3
materiały prasowe materiały prasowe

Osiągnęłam dno

Czarne chmury coraz bardziej otaczały mnie i moje myśli. Jaskółką nie najlepszych wiadomości była sytuacja, gdy po ponad miesięcznym pobycie w klinice młody, sympatyczny lekarz przyniósł mi kartkę formatu A4. - Pani Ado, proszę ją podpisać. Jest to zgoda na pobranie krwi - rzekł.

- Na pobranie? - zdziwiłam się mocno. Przecież nigdy mojej zgody przed pobraniem krwi nie wymagali. Żywo zainteresowana zaczęłam się wczytywać w otrzymany formularz. Lekarz siedział na moim łóżku, oczekując na podpis. Po chwili wybuchłam płaczem, a tego młody, miły specjalista się nie spodziewał.

- Pani Ado, dlaczego pani płacze? Przecież to jest tylko zgoda. - Zgoda? - pytałam przez łzy.

- Doktorze, przecież ja rozumiem, co jest tu napisane - i szlochając, cytowałam: "Zgoda na powyższe badanie krwi pozwoli poznać chorobę" -  zakończyłam. - Jak wy mi chcecie pomóc, skoro tej choroby nie znacie???

Łzy spływały mi po policzkach. Nadzieja upadła. Mieli mi pomóc. Wyleczyć mnie. A oni chcą dopiero poznać chorobę i uczyć się jej, aby wiedzieć, jak pomagać pacjentom w przyszłości. To był moment największego załamania psychicznego. Osiągnęłam dno. Dno suchej studni. W całej tej sytuacji zdarzył się bardzo pozytywny gest, który pozwolił mi lekko się otrząsnąć.

Ludzki, mały gest. Ten młody lekarz wziął moją dłoń w swoje dłonie i zaczął ją głaskać, tak jak robi to osoba czująca niemiłosierny bezradny ból cierpiącego.

Tak jak się chce pokazać, że jest się przy drugiej osobie. Ten lekarz zrobił to, mimo że był mi całkiem obcy. Przez dłuższą chwilę nic nie mówił. I dobrze. Tak trzeba było. Te naturalne gesty znaczyły więcej w tym momencie niż jakiekolwiek słowa pocieszania.

4
materiały prasowe materiały prasowe

Moja trumna ma być zamknięta

Moje serce, kochany koń pociągowy, zaczął słabnąć. Służył mi w chorobie blisko siedem lat. Wiedziałam, że kiedyś nadejdzie ten moment, w którym zacznie się równia pochyła. Nie dopuszczałam jednak do siebie tej myśli, dopóki pogorszenie nie nabrało błyskawicznego tempa.

Maciej miał siedem lat i chodził już do szkoły. Zazwyczaj po powrocie ze szkoły bawił się z innymi dziećmi, wykorzystując każdy wolny czas. Były jednak chwile, gdy pilnował mnie i pomagał na tyle, na ile mógł czy potrafił. Widział, że słabnę, ale nie pokazywał po sobie strachu. Chciał być silny.

(...)

- Nie chciałabym czekać na serce w szpitalu. Nie wyobrażam sobie tego. A taka właśnie szara przyszłość klarowała się coraz wyraźniej. Potwierdziła ją moja wizyta kontrolna w Poradni Transplantacyjnej i rozmowa z doktorem Z., świetnym specjalistą. Nie było to spotkanie najoptymistyczniejsze, ponieważ lekarz wyraźnie dał mi do zrozumienia, że mój stan się pogarsza i trudno będzie liczyć na poprawę. Trzeba jednak być dobrej myśli, że dawca w odpowiednim momencie jednak się zdarzy. Najważniejsze było to, że tyle lat przeżyłam na własnym sercu, zygmuntowskim, bo tak wielkim jak dzwon, ale własnym. Wróciłam więc do domu z podciętymi skrzydłami nadziei. Sierpień już nie był tak pięknym miesiącem jak zawsze. Był szczególnym. Miesiącem pożegnania z dotychczasowym życiem.

(...)

Poinstruowałam rodzinę co do mojego pochówku. Każdy wiedział, że mam być skremowana. Wiedzieli, że ciało z trumną miałoby być wystawione w kościele, ale trumna zamknięta. Że po mszy miałyby być emitowane na ekranie zdjęcia przedstawiające całe moje życie, a w tle żałobnicy mieli słuchać melodii piosenki zespołu Perfect Nie płacz Ewka.

5
Archiwum prywatne Archiwum prywatne

Wielki strach małego dziecka

Poprosiłam Maćka, aby usiadł obok mnie. W środku ze strachu trzęsłam się jak osika.: "Co mu powiedzieć? Że mogę go już więcej nie zobaczyć, a on mnie?" Patrzyłam na jego duże, niebieskie, pełne miłości oczy. Przerażone, przestraszone, zdające sobie sprawę, że za chwilę wydarzy się coś, czego nie dopuszczał do siebie przez tyle lat.

Przytuliłam go mocno, najmocniej jak potrafiłam, a on wtulił się we mnie. - Maciuś - zaczęłam drżącym głosem. - Synek kochany, mama musi teraz jechać do Zabrza. Do innych lekarzy, którzy mogą mi pomóc. - Maciek wciskał się w ramiona coraz bardziej. - Synek, wierzę, że będziemy razem.

Razem zrobimy jeszcze wiele rzeczy. Posłuchaj mnie, kochany. Musisz być dzielny. Musisz się trzymać, musisz walczyć o siebie, tak samo mocno jak ja będę walczyła o siebie. Będę do ciebie dzwoniła. Pamiętaj, że ty też zawsze możesz zadzwonić, jak tylko będziesz chciał mnie usłyszeć lub będziesz chciał ze mną porozmawiać. Zawsze możesz poprosić tatę albo babcię czy ciocię, to ci dadzą telefon. A jak ja nie będę mogła porozmawiać, to masz babcię Marysię, której możesz powiedzieć o wszystkim, tak? - upewniałam się, czy mnie dobrze zrozumiał.

- Tak, ale ja mamuś, ja nie chcę, żebyś ty jechała - powiedział, płacząc.

- Synek, oboje wiemy, że tylko tam mogą mi pomóc. Musimy to wytrzymać. Ja też się boję, ale będę walczyć dla ciebie, żeby jak najszybciej do ciebie wrócić. Pamiętaj, że cię kocham.

Łzy wylewały mi się niczym fontanna. Po chwili nic nie mówiliśmy, tylko ściskaliśmy się tak mocno, jakbyśmy tworzyli jedno ciało i jedną duszę. Tak, żeby tego uścisku nie mógł nikt rozerwać. Trwaliśmy objęci dłuższą chwilę. Sami. W ciszy, którą przerywało pochlipywanie Maćka i moje. Żadne z nas nie chciało puścić drugiego. Serce mi dodatkowo pękało, gdy czułam, jak osoba, którą kocham nad życie, jest całkowicie bezradna. Bezradna fizycznie i psychicznie. Jak ten mały człowiek walczy z sobą i ze swoim strachem.

- Kocham cię synek jak stąd do nieba i dalej jak trzeba, pamiętaj o tym.

(...)

Po chwili ratownicy ruszyli. Nie wiem, jak oni to robili, ale energiczny, długi krok powodował, że rodzina zostawała z tyłu za nami. Maciek nie mógł nadążyć, więc zapłakany biegł za nami. Straszny! Straszny obrazek! Siedzisz, a właściwie leżysz na tych cholernych noszach - z jednej strony noszach nadziei, a z drugiej rozłąki - i nic nie możesz zrobić. Nie możesz zareagować, nie możesz powiedzieć: - Stop! Dalej, panowie, jedziecie sami, bo ja muszę jednak zostać z dzieckiem. Nie mogę go tak zostawić. - Było mi tak bardzo, bardzo przykro. Łzy lały się po policzku niczym gorąca woda z kranu. Ten widok był dramatyczny. Najukochańsza osoba, nieradząca sobie jeszcze z emocjami, biegnie i nie może nic zrobić. Ale mimo to walczył ze sobą.

Nie krzyczał: "Mamo, zostań!". Wiedział, że muszę jechać. Że tylko tam, daleko, mogą mi pomóc. Był mimo swych łez bardzo dzielny. Mój kochany synek. Mój rozum krzyczał: "Tak musi być! Siedź! Jedziesz po życie!", a serce swoje: "Zostawisz go?".

6
Archiwum prywatne Archiwum prywatne

Dziura w pamięci jest czarna i głęboka

Drzwi były przymknięte, gdy nagle do pokoju wszedł wysoki i uśmiechnięty młody lekarz Z. - Jak się pani czuje? - spytał.

- Jakoś jeszcze daje radę - odpowiedziałam, nie przyznając się do tego, że jest mi już strasznie ciężko.

- To się cieszę, bo wszystko wskazuje na to, że będziemy mieli dla pani serce - jego oczy pełne nadziei patrzyły na mnie.

(...)

- Doktorze, mówiłam, że zasada ręki się sprawdzi. Za piątym razem. Po siedmiu latach.

(...)

Rano obudziła mnie mama wraz z pielęgniarką. Akcja zaczęła toczyć się szybko. Przyniesiono mi miskę z wodą do obmycia ciała oraz białą piżamę. Mama obmywała mnie drżącymi rękoma. Widziałam, że jest to dla niej bardzo duże przeżycie. Straciła już trójkę swoich dzieci, nie chciała tracić kolejnego. Nie taka jest naturalna kolej. Gdy zostałyśmy same, zaczęłam mówić:

- Mamo, uda się. Ja to wiem. Mówiłam, że sprawdzi się zasada ręki - uśmiechałam się lekko. Za piątym razem? Mamo, to jest ten piąty raz. Otwórz, proszę szafkę, tę przy łóżku. Jest w niej zeszyt. Jak ja pojadę na przeszczep, to ty będziesz miała zadanie. Napiszesz menu na wigilię. Będziesz miała czas. Na Boże Narodzenie wracam do domu zawiesić bombkę. I pamiętaj, barszcz i kutia muszą być, dobrze? - oczekiwałam potwierdzenia.

(...)

Było parę minut po siódmej. Za oknem świat budził się do życia. Dla wielu kolejny zwykły dzień, dla mnie - najważniejszy. Od tego dnia zależało moje być albo nie być. Od tego dnia zależało, czy będę mogła zobaczyć swojego syna. Czy będę mogła znowu żyć. Dla mnie 5 listopada 2009 roku był ostatnim dniem mojego znanego mi życia. Ostatnim dniem życia z moim kochanym sercem. Pozostałych wydarzeń nie pamiętam. Dziura w pamięci jest czarna i głęboka.

7
materiały prasowe materiały prasowe

Adriana Szklarz

Adriana Szklarz - od sześciu i pół roku żyje z sercem innego człowieka. Wisiał nad nią wyrok śmierci, ale mu się nie poddała. Wróciła do życia z nową energią, zaczęła wyznaczać sobie trudne cele, najważniejszy z nich - pokazać, że aktywne życie po transplantacji jest możliwe. Zaczęła uprawiać Nordic Walking. Jest jedną z dwóch Polek po przeszczepie, która obeszła bałtycką wyspę Bornholm z kijkami Nordic Walking. Pomysłodawczyni i organizatorka corocznego Ogólnopolskiego Marszu Nordic Walking im.prof. Zbigniewa Religi - Popieram transplantację! Coach i trener. Mama Macieja. Autorka książki "Kobieta z męskim sercem. Historia Prawdziwa".

8
Przewiń i czytaj dalej Wysokie Obcasy