Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki [FRAGMENTY KSIĄŻEK]. Część I

red.
Do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki zgłoszono w tym roku 96 książek. Rekordowo dużo. Jury pod przewodnictwem reportera, Macieja Zaremby Bielawskiego, wybrało dziesięć najlepszych tytułów
materiały prasowe materiały prasowe

Najlepsze książki reporterskie 2015 roku

Książki nominowane do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego to najlepsze z najlepszych książek reporterskich, które ukazały się w języku polskim w ubiegłym roku. Wśród nominowanych są książki dwóch zagranicznych autorek  i co cieszy szczególnie - w gronie nominowanych jest w sumie sześć kobiet (wśród nich nasz redakcyjna koleżanka, Karolina Domagalska).

Maciej Zaremba Bielawski w rozmowie z dziennikarką Dużego Formatu, podkreślił, że wybrane książki są bardzo różne, i formalnie, i tematycznie. Jurorzy (obok Macieja Zaremby Bielawskiego także: Ewa van den Bergen-Makała, Piotr Mitzner, Lidia Ostałowska, Katarzyna Nowak) nie będą mieli łatwego zadania. Nagroda zostanie przyznana w tym roku po raz siódmy. Jej laureatkę lub laureata - autorkę lub autora najlepszej książki reporterskiej - poznamy w maju. W przyszłym tygodniu zostanie ogłoszona ścisła piątka najlepszych reporterskich tytułów minionego roku.

Tymczasem w dwóch częściach przedstawiamy fragmenty 10-ciu książek nominowanych do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego (I odsłona dziś, kolejna - jutro).

Książki nominowane do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki

1.Karolina Domagalska, "Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro", wydawnictwo Czarne (Lidia Ostałowska: "Autorka z wielką powściągliwością i taktem opisuje rodzicielstwo z in vitro. I nie ukrywa, że wiążą się z nim także rozterki moralne").

2. Jenny Nordberg, "Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie", z angielskiego przełożył Justyn Hunia, wydawnictwo Czarne (Maciej Zaremba Bielawski: "Odkrywczy i uniwersalny reportaż o paradoksach skostniałych tradycji i o nieuleczalnej ignorancji międzynarodowych organizacji pomocowych").

3. Magdalena Grzebałkowska, "1945. Wojna i pokój", wydawnictwo Agora (Katarzyna Nowak: "Magdalena Grzebałkowska (...) sprawia, że po przeszło 70 latach słyszymy ten pękający lód i przechodzi nas zimny dreszcz na myśl o tym strasznym czasie między wojną a pokojem").

4. Wojciech Jagielski, "Wszystkie wojny Lary", wydawnictwo Znak (Katarzyna Nowak: "Lara staje się bohaterką współczesnej przypowieści o fatum, w której wojny w Gruzji, Czeczenii i w Syrii stanowią jedynie dekorację dla wojny toczonej przez matkę dla uchronienia synów od Zła").

5. Katarzyna Surmiak-Domańska, "Ku Klux Klan", wydawnictwo Czarne (Ewa van den Bergen-Makała: "Autorka zabiera nas w podróż do amerykańskiego Pasa Biblijnego. W stanie Arkansas uczestniczy w Krajowym Zjeździe Partii Rycerzy Ku Klux Klan. Zgłębiając działalność tej rasistowskiej organizacji, odkrywa mentalne absurdy partyjnej demagogii").

6. Paweł Piotr Reszka, "Diabeł i tabliczka czekolady", wydawnictwo Agora (Piotr Mitzner: "Jest to przede wszystkim książka mądra. Składa się z tekstów niedługich, a nawet bardzo krótkich. Niektóre są tylko cytatami listów, nagranych wypowiedzi, które znakomicie portretują ludzi, ich postawy, losy. Reszka opowiada o zdarzeniach niezwykłych i o szarej codzienności").

7. Małgorzata Szejnert, "Usypać góry. Historie z Polesia", wydawnictwo Znak (Ewa van den Bergen-Makała: "Tytaniczna praca miłującej szczegół reporterki-archiwistki oszałamia. Nie zagłusza jednak wielogłosu żyjących bohaterów opowieści, którzy w trudnej teraźniejszości starają się zachować bogactwo kulturowe Polesia dla kolejnych pokoleń").

8. Asne Seierstad, "Jeden z nas. Opowieść o Norwegii", z norweskiego przełożyła Iwona Zimnicka, wydawnictwo W.A.B. (Lidia Ostałowska: " 22 lipca 2011 r. w dzielnicy rządowej w Oslo i na wysepce Utoya Anders Behring Breivik zamordował 77 osób, a ponad trzysta ranił. Asne Seierstad miała krótko opisać jego proces. (...) Powstała długa książka nazywana czasem "bestsellerem o masakrze". Psychologiczny portret terrorysty, pomnik jego ofiar i próba zrozumienia, jak mogło do tego dojść. Mnóstwo pytań przekraczających granice Norwegii").

9. Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki, "Wilki żyją poza prawem. Jak Janukowycz przegrał Ukrainę", wydawnictwo Czarne (Piotr Mitzner: "Siłą tej świetnie napisanej książki jest żelazna dyscyplina. Autorzy szukają prawdy (i to po obu stronach barykady), choć wiedzą, że często już jej nie znajdą. Weryfikują pogłoski i mity. Liczą, sprawdzają, konfrontują relacje. Na przekór stereotypom i publicystycznym uogólnieniom").

10. Michał Książek, "Droga 816", wydawnictwo Fundacja Sąsiedzi (Maciej Zaremba Bielawski: "Są pisarze, których nie sposób naśladować, bo można imitować frazę, ale nie sposób zapożyczyć zmysłowości. Takim pisarzem był Bruno Schulz. Takim reporterem jest Michał Książek").

Więcej informacji o nagrodzie i nominowanych książkach na wyborcza.pl

Organizatorami 7. edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego są Miasto Stołeczne Warszawa oraz "Gazeta Wyborcza". Mecenasem nagrody jest Kulczyk Investments.

Partnerzy Nagrody: Ambasada Szwecji, Polski PEN Club, Instytut Polski w Sztokholmie, Instytut Książki, Instytut Adama Mickiewicza, Fundacja im. Ryszarda Kapuścińskiego - Herodot, Stołeczne Centrum Edukacji Kulturalnej, Warszawskie Targi Książki, Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury, Uniwersytet Wrocławski, Uniwersytet Jagielloński, Centrum Badań i Edukacji im. Ryszarda Kapuścińskiego, Dom Książki MDM

Patroni medialni: Wyborcza.pl, Gazeta.pl, "Duży Format", TOK FM, "Kontynenty"

1
materiały prasowe materiały prasowe

"Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro", Karolina Domagalska

* Fragment pochodzi z książki Karoliny Domagalskiej, "Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro". Książkę opublikowało wydawnictwo Czarne.

Do Izraela przybyli w 1990 roku. Karmiel, miasteczko nazywane sercem Galilei, przyjęło wtedy siedemnaście tysięcy rosyjskich Żydów. Julia i Wład zjeździli Ziemię Świętą wszerz i wzdłuż i postanowili, że zostaną przewodnikami. Starszy syn, Oleg, trochę zamknięty w sobie, wyemigrował do Stanów, młodszy, Baruch, szedł przez życie z wielkim uśmiechem wymalowanym na okrągłej twarzy odziedziczonej po mamie. W domu zawsze pełno było jego przyjaciół, aż w końcu Julia i Wład wygłuszyli drzwi na górze, żeby nie dochodziły stamtąd hałasy. Pośmiertnie wydrukowany album potwierdza opowieści rodziców: Oleg zawsze trochę z boku, Baruch zawsze skory do żartów. Po odbyciu służby wojskowej Baruch podróżował po Azji, gdy wrócił, okazało się, że ma raka.

Cztery dni przed śmiercią obejrzał z rodzicami w telewizji program o prawniczce Irit Rosenblum i jej życiowej misji - Testamencie Biologicznym. Dzięki podpisaniu tego dokumentu i zdeponowaniu spermy Baruch mógłby mieć dzieci po śmierci.

Zadzwonili do Rosenblum natychmiast. - To było pięć lat temu - mówi Julia. - Irit robi święte dzieło. Na początku to ona szukała kobiety, która chciałaby urodzić to dziecko. Znalazła piękną młodą Rosjankę. Ta dziewczyna mieszkała z nami półtora roku, aż do sprawy sądowej, w której sąd miał przyznać jej prawo skorzystania z tego nasienia. Ale poznała kogoś i odeszła. Życzę jej szczęścia, to była dobra dziewczyna. Drugą znaleźliśmy przez internet, była starsza, kilka razy robiła in vitro, ale się nie udawało. Czekaliśmy, myśleliśmy nawet o tym, żeby surogatka urodziła za nią, ale ona nie mogła, miała problemy i zrezygnowała. Nie chcę o niej mówić, bo jest bardzo bliska memu sercu.

Pół roku temu znowu daliśmy ogłoszenie. Zadzwoniło dużo kobiet, ale z żadną się nie udało. Jedna urodziła już dziecko, mówiła, że bardzo chce następne, ale będzie potrzebowała dodatkowej pomocy, a mieszkała daleko. Inna miała bardzo lewicowe poglądy, mówiła, że potrzebuje ludzi bliskich ideowo. To było śmieszne, bo przecież w rodzinie jeden może być lewicowy, a drugi religijny, rodzina jest rodziną.

Wciąż czekamy. Może być wykształcona, może być niewykształcona, Rosjanka, Marokanka. Lesbijka? A czemu nie? Dla mnie najważniejsze, żeby była młoda. Samotne kobiety czekają do czterdziestki i potem są problemy. Jedyny nasz warunek jest taki, żeby to było in vitro. Nie mogę oddać całej fiolki na inseminację.

Zgodnie z wytycznymi Prokuratury Generalnej Izraela z 2003 roku partnerka mężczyzny, który zdeponował spermę przed śmiercią i zostawił zgodę na jej pośmiertne użycie, ma prawo skorzystać z nasienia. W wypadku, gdy śmierć jest nagła lub mężczyzna znajduje się w stanie terminalnym, partnerka ma prawo wystąpić z prośbą o pozyskanie jego nasienia. Następnym etapem jest wystąpienie o sądowe pozwolenie na użycie spermy w celu zapłodnienia. Wtedy sąd najpierw weryfikuje, czy mężczyzna znajdujący się w stanie terminalnym lub nieżyjący chciał mieć dzieci. Rolą pracownika socjalnego, który się tym zajmuje, jest również sprawdzenie, czy partnerka zmarłego nie działa pod presją, na przykład ze strony rodziny zmarłego.

Profesor Ruth Landau z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie w etycznej i psychospołecznej krytyce tego rozporządzenia zadaje następujące pytania:

Czy kobieta jest w stanie przejść proces żałoby, decydując się na takie rozwiązanie?

Czy pracownik socjalny jest w stanie właściwie ocenić pragnienia zmarłego, opierając się głównie na rozmowach z rodziną, która ma sprecyzowane poglądy i preferencje w tej sprawie?

Czy pracownik socjalny jest w stanie właściwie ocenić sytuację partnerki i wyeliminować jako jej motywacje poczucie zobowiązania wobec rodziców zmarłego?

Czy w wypadku braku jasnego testamentu odgadywanie woli zmarłego nie jest naruszeniem jego autonomii?

Co z ochroną interesu dziecka, czy przyjście na świat jako sierota nie narusza jego dobra?

(...)

- Testament Biologiczny powstał, aby chronić żołnierzy? - Tak, kiedyś poznałam żołnierza, który stracił podczas służby płodność i nie wiedział, jak o tym powiedzieć partnerce, z którą miał się pobrać. To był pierwszy raz, gdy pomyślałam, że żołnierze powinni się ubezpieczać na tę okoliczność. Zwołałam konferencję i zaproponowałam utworzenie banku nasienia dla żołnierzy. Dzwoniłam do wojskowych, namawiałam ich, aby promowali to rozwiązanie, ale słyszałam, że żołnierze są zbyt młodzi, aby mówić im takie rzeczy.  -Zbyt młodzi? - odpowiedziałam. - Dajecie im broń i twierdzicie, że są za młodzi, aby mieć świadomość, jakie są niebezpieczeństwa służby? - Jeździłam do USA, spotykałam się z żołnierzami NATO, trochę jak wariatka. - Irit śmieje się skrzekliwym głosem. - Z czasem zaczęli się zgłaszać do mnie rodzice dzieci, które umarły i nie miały partnera. Moim zdaniem każdy ma prawo do przekazania swoich genów, ci chłopcy też. Dla kobiety, która zdecyduje się na skorzystanie z tej spermy, to również doskonałe rozwiązanie. Nie musi korzystać z anonimowego dawcy, jej dziecko będzie miało rodzinę ze strony ojca. Stwarzając sytuację, w której sprawy o pośmiertną reprodukcję ciągną się latami, prokurator generalny dyskryminuje młodych ludzi, którzy nie zdążyli zbudować związku. Choć po tych wszystkich latach zauważam pewne zmiany, społeczeństwo powoli zaczyna rozumieć ich potrzeby. Ja jestem wciąż kilka kroków do przodu. Obecnie pracuję nad sprawą, w której para lesbijek chce skorzystać z nasienia nieżyjącego mężczyzny.

Pizze zjedzone, Julia krząta się po kuchni. Jest szczupła, wyprostowana, ale ciało ma spięte, gotowe do obrony. Wład, szeroki w pasie i ramionach, nie odzywa się prawie w ogóle. Jest strażnikiem, po prostu jest.

- Starszy syn ma dzieci? - pytam. - Ma. Wyjechał dziesięć lat temu. Kiedy Baruch chorował, przyjechał, mieszkał tu trzy lata, ale wrócił do USA. Powiedziałam wtedy mężowi, że musimy mieć kolejne dziecko. Bardzo tego chciałam. Na potomka Barucha nie wiadomo, ile będziemy czekali, a nie sposób żyć tak w samotności. I udało się, to kolejny cud. Urodziłam w wieku pięćdziesięciu pięciu lat.

Wład podsuwa mi przed oczy telefon, na wyświetlaczu zdjęcie pięknego niebieskookiego chłopczyka z brązowymi lokami. Wtedy dociera do mnie, skąd w mieszkaniu tyle dziecięcych sprzętów. - Poszliśmy do lekarza, hormony, in vitro. - Komórka dawczyni? - Urodziłam dziecko, to wszystko. Oby było zdrowe. - Ja nawet zdjęcia robiłem, bo potem by nikt uwierzyć nie chciał - śmieje się Wład i prowadzi do pokoju z komputerem.

Na zdjęciu Julia podnosi zieloną tunikę, a pod spodem widać bliski rozwiązania brzuch ciążowy. Potem Wład pokazuje mi pokój Ariela, w którym jak w małpim gaju pełno zbudowanych przez dumnego tatę huśtawek, drabinek i słupków. Wracamy do kuchni.

- Oleg to dobry chłopak - mówi Julia. - Wymyślił, że trzeba podpisać dokument zaświadczający, że jak my umrzemy, to on przejmie opiekę nad Arielem. Zadzwonił i powiedział: - Nie wiem, jak to ująć, mamo, ale nie jesteście młodzi, pomyślałem więc, co z Arielem?. Podpisaliśmy u Irit.

- Czy dla was ważne jest życzenie syna, czy też liczy się wasza potrzeba, żeby mieć wnuka? - zadaję pytanie, na które ciało Julii odpowiada ulgą. Nareszcie koniec czekania.

- I to, i to. Baruch wyrósł w bardzo dobrej rodzinie, chciał mieć dzieci, chciał mieć swoją rodzinę, po prostu nie zdążył, ale my żyjemy. A jeśli żyjemy, to chcemy prowadzić normalne życie, nie jesteśmy śmiecie, chcemy żyć jak normalni ludzie. - Głos Julii się załamuje. Wład siedzi w bezruchu. - Najważniejsze, że on tego chciał, ale my też chcemy.

 

Karolina Domagalska - urodziła się w 1980 roku w Gdańsku. Studiowała etnologię na UW i gender studies w Central European University. Tam pierwszy raz spotkała się zagadnieniem medycyny reprodukcyjnej oraz jej wpływu na tradycyjne pojmowanie rodziny i pokrewieństwa. Z zawodu reporterka oraz redaktorka "Wysokich Obcasów", prywatnie mama Tadzika.

2
materiały prasowe materiały prasowe

"Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie", Jenny Nordberg

*Fragment pochodzi z książki Jenny Nordberg, "Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego  w Afganistanie". Z języka angielskiego reportaż przetłumaczył Justyn Hunia. Książkę opublikowało wydawnictwo Czarne.

AD 2005. Cztery małe dziewczynki w kremowych sukienkach. Ustawione według wzrostu. Najniższa ma we włosach kokardę. To Mehran. Azita dotyka palcem zdjęcia.

- Wiedziałaś, że moje najmłodsze dziecko to też dziewczynka? Ubieramy ją jak chłopca - wyjaśniła, nie podnosząc wzroku. Zerkam w stronę Mehran, która podczas naszej rozmowy ślizga się nieopodal po podłodze. Wskoczyła na kolejne krzesło i znów rozmawia z plastikową figurką.

Moja rodzina jest przedmiotem plotek. Kiedy nie masz syna, odczuwasz ogromny brak i wszyscy cię żałują. Azita mówi to tak, jakby to było prostym wyjaśnieniem. Posiadanie co najmniej jednego syna jest tutaj niezbędne do zyskania jako takiego statusu i dobrej opinii. W kraju, w którym nie istnieją rządy prawa, taka rodzina nie dość, że jest wybrakowana, to jeszcze uchodzi za słabą i bezbronną. Dlatego też obowiązkiem każdej mężatki jest jak najszybsze wydanie na świat dziecka płci męskiej - to jej najwyższe życiowe powołanie i kiedy się z niego nie wywiązuje, ludzie zaczynają podejrzewać, że jest z nią coś nie tak. Może przylgnąć do niej łatka dochtar zai, czyli "tej, która rodzi tylko dziewczynki".

Jest co prawda jeszcze większa zniewaga - mianowicie kiedy zupełnie bezdzietna kobieta zostaje napiętnowana jako sanda bądź choszk, co w języku dari znaczy "sucha" - lecz w kulturze patriarchalnej kobieta, która nie potrafi powić syna, jest w oczach społeczności - i we własnych - obciążona fundamentalną skazą.

W przeważającej części kraju poziom alfabetyzacji nie przekracza dziesięciu procent, toteż pokutuje tu mnóstwo przez nikogo niekwestionowanych przesądów. Wśród nich znajdujemy powszechnie przyjęte przekonanie, że kobieta może świadomie wybierać płeć nienarodzonego dziecka. Skutkiem tego niezdolność kobiety do rodzenia męskich potomków nie budzi większego współczucia. Zamiast tego spotyka się ona z potępieniem zarówno ze strony społeczeństwa, jak i własnego męża za to, że niedostatecznie mocno pragnęła syna.

Częstokroć też kobiety za brak syna potrafią winić własne ciała i słabe umysły. W powszechnym wyobrażeniu taka kobieta często obciążona jest ujemnymi cechami charakteru: musi być trudna we współżyciu i antypatyczna. Być może nawet niegodziwa. Fakt, że to ojciec determinuje płeć potomka, męskie nasienie bowiem zawiera układ chromosomów każdego dziecka i decyduje o tym, czy urodzi się chłopiec czy dziewczynka, jest tu niemal nieznany.

W przypadku Azity brak syna stawał na przeszkodzie wszystkiemu, co próbowała osiągnąć w działalności politycznej. Kiedy w 2005 roku przeniosła się z rodziną do Kabulu, drwiny i podejrzenia spowodowane nieposiadaniem męskiego potomka rychło rozciągnęły się na jej kompetencje jako posłanki i osoby publicznej.

Na wieść o tym, że ma cztery córki, odwiedzający ją goście przekazywali jej wyrazy współczucia. Zobaczyła, że ciągnie się za nią opinia kobiety niepełnowartościowej. Koledzy z parlamentu, wyborcy, a nawet krewni nie mieli dla niej zrozumienia: jak można liczyć na to, że coś osiągnie, skoro nie potrafi nawet dać syna swojemu mężowi? Nie mogąc pochwalić się męskim potomkiem przed stale ich odwiedzającymi prominentnymi politykami, jej mąż zaczął w końcu odczuwać narastające zażenowanie.

W tej sytuacji Azita i jej mąż zwrócili się do swojej najmłodszej córki z taką propozycją: "Czy chciałabyś wyglądać jak chłopiec, ubierać się jak chłopiec i brać udział w fajnych chłopięcych zabawach, jak jazda na rowerze, granie w piłkę i w krykieta? I czy chciałabyś być jak twój tata?". Jeszcze jak! To była propozycja nie do odrzucenia.

Wystarczyła wizyta u fryzjera, para spodni z bazaru i drelichowa koszula z nadrukowanym na plecach napisem "superstar". W ciągu jednego popołudnia rodzina Azity przestała składać się z czterech córek i stała się rodziną, którą Bóg obdarzył trzema dziewczynkami i ostrzyżonym na jeżyka chłopcem.

Na najmłodszą pociechę przestano wołać Manusz, co znaczy "księżycolica" - od tej pory nosiła męskie imię Mehran. W oczach zewnętrznego świata - a w szczególności w oczach wyborców Azity w jej macierzystym okręgu wyborczym w Badghis - rodzina w końcu była kompletna. Rzecz jasna niektórzy znali prawdę. Ale i oni składali Azicie gratulacje. Posiadanie wymyślonego syna jest lepsze niż nieposiadanie żadnego, a ludzie chwalili kobietę za pomysłowość.

Kiedy Azita pojechała do swojej prowincji - będącej miejscem znacznie bardziej konserwatywnym niż Kabul - zabrała ze sobą Mehrana. Przekonała się, że w towarzystwie sześcioletniego synka spotyka się z większą akceptacją. Zmiana ukontentowała również męża Azity. W końcu ludzie przestaną gadać o tym nieszczęśniku z czterema córkami na karku, który będzie musiał znaleźć im mężów i który nie zdoła przedłużyć rodu. W paszto, drugim języku urzędowym Afganistanu, istnieje nawet umniejszające określenie mężczyzny nieposiadającego męskiego potomka: taki ktoś jest meraat, co stanowi nawiązanie do systemu, w którym dziedziczenie majątku, na przykład ziemi, odbywa się niemal wyłącznie w linii męskiej. Ale odkąd najmłodsze dziecko rodziny przejęło rolę syna, stało się dla ojca powodem do dumy.

Nowy status Mehran dał także jej siostrom znacznie większą swobodę, gdyż teraz mogły wychodzić z domu, bawić się na placu zabaw, a nawet odwiedzać sąsiednie ulice, o ile tylko miały eskortę brata.

Za tą zmianą stał jeszcze jeden powód. Azita mówi o tym, wybuchając tubalnym śmiechem i pochylając się bliżej mnie, by wyjawić swój mały akt buntu. - Chciałam pokazać najmłodszej córce, jak wygląda życie "po drugiej stronie". Owo życie to na przykład puszczanie latawców, bieganie co sił w nogach, śmianie się do rozpuku, podskakiwanie, kiedy tylko ma się na to ochotę, wdrapywanie się na drzewa, by zwisać z gałęzi. To rozmawianie z chłopcami, siadywanie w towarzystwie ojca i jego przyjaciół, jeżdżenie na przednim siedzeniu samochodu i obserwowanie ludzi na ulicy. Patrzenie im w oczy. Odważne zabieranie głosu i bycie słuchanym, i rzadkie spotykanie się z pytaniem, dlaczego chodzi się bez opieki, w wygodnym ubraniu, które daje swobodę ruchów. Wszystko, co dla afgańskiej dziewczynki jest nie do pomyślenia.

Co jednak z nią będzie w okresie pokwitania? - Masz na myśli, kiedy dorośnie? - chce się upewnić Azita, nakreślając dłońmi w powietrzu kształt kobiety. - Żaden problem. Znów zrobimy z niej dziewczynkę.

Jenny Nordberg (ur. 1972) wielokrotnie nagradzana nowojorska dziennikarka i publicystka urodzona w Szwecji. Jest korespondentką zagraniczną "Svenska Dagbladet" oraz stałą współpracowniczką "The New York Times". Cykl artykułów śledczych jej współautorstwa został w 2005 roku uhonorowany Nagrodą Pulitzera. W 2010 roku otrzymała Nagrodę imienia Roberta F. Kennedy'ego za dokument telewizyjny o Afgankach. Jest członkinią Międzynarodowego Konsorcjum Dziennikarstwa Śledczego.

Justyn Hunia (ur. 1975) anglista, tłumacz, przekłada książki z zakresu szeroko pojętej humanistyki (Peter Burke, Zygmunt Bauman, V.S. Naipaul), w dorobku ma również tłumaczenia współczesnej poezji anglosaskiej i eseje, publikowane m. in. w "Tygodniu Powszechnym", "Blizie", "Przekładańcu". W ostatnim czasie redagował i współtłumaczył tom wierszy wybranych Roberta Hassa, "Skrzydlate i ciemne" (wyd. Znak 2015).

3
materiały prasowe materiały prasowe

"1945. Wojna i pokój", Magdalena Grzebałkowska

*|Fragment pochodzi z książki Magdaleny Grzebałkowskiej "1945. Wojna i pokój". Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Agora.

"Ja nie sziksa, ja Żydówka"

Dziwna grupa. Dziesiecioro obdartych dzieci i żołnierz radziecki. Trzyma ich ręce w swoich dłoniach. Krążą po ulicach Otwocka jak skołowani.

A właśnie ulicą Prusa idzie kobieta. Ma 31 lat i niebrzydką twarz, choć taką, jakby narysował ją trzylatek grubą kredką - czoło wyszło mu za wysokie, nos i uszy za duże, usta zbyt pełne. Kobieta lekko kuleje na lewą nogę (pamiątka po polio). Ma też niedowład lewej ręki. Ale tego akurat nie widać, bo dłonie bez rękawiczek schowała w kieszeniach lichego palta. Nazywa się Franciszka Oliwa.

Żołnierz podchodzi do niej i wskazuje na swoją grupkę. - To są dzieci żydowskie, bezdomne - mówi - wałęsały się przy wojsku, które stacjo-nuje w Otwocku. Przeszkadzały nam. Teraz pani się nimi zajmie. Oliwa protestuje: "Ale ja też nie mam domu". Sołdat pokazuje na pierwszą z brzegu willę, pod numerem 11.  - Tu będziecie mieszkać. I odchodzi.

Pierwszą noc Franciszka i dzieci śpią na podłodze. Budynek przedwojennego pensjonatu Zachęta ocalał, ale jest w złym stanie. W oknach brakuje szyb, z kranów nie leci woda, ze ścian odpadają płaty tynku. Jest zimno, wszyscy są głodni. Dzieci szukają w domu kryjówek, chowają się w zakamarkach. Rano mieszkańcy sąsiednich domów przynoszą im chleb i gorącą herbatę.

- Zrozumiałam - Franciszka Oliwa napisze po latach - że te dzieci nie mają dokąd iść i że zostaną ze mną, że ja jestem jedyną osobą, która musi się o nie troszczyć, pomóc im i nimi się zaopiekować.

Kończy się styczeń 1945 roku.

Jaka szkoda, że wszystko to, co napisałam powyżej, jest nieprawdą. Poza trzema szczegółami: kobietą, dziećmi i pensjonatem Zachęta w Otwocku. Oni są prawdziwi. Resztę Franciszka Oliwa, wychowawczyni średniej grupy w Domu Dziecka Żydowskiego w Otwocku, zmyśliła.

Prawie nic o niej nie wiem. "Pani Oliwa", mówiły na nią dzieci z jej grupy. Nigdy "mamo", jak wołały maluchy na wychowawczynie. Niezbyt serdeczna, nie nadto czuła, choć wiele lat później będzie pisać o niedzielnych porannych pieszczotach i pocałunkach, jakimi budziła swoje dzieci. One tego nie będą umiały sobie przypomnieć. Zapamiętają za to, że była dla nich dobra i oddana. Kochała je bardzo. O tym też napisze we wspomnieniach.

Bezdzietna do końca życia. Komunistka, Żydówka, antysyjonistka, przedwojenna otwocczanka. Czy była wykształcona? Też nie wiem. Po ucieczce na aryjską stronę, w czasie likwidacji otwockiego getta w sierpniu 1942 roku, była służącą w Warszawie, przy ulicy Wilczej 53. Po upadku powstania warszawskiego zbiegła z transportu, którym jechała do obozu pracy, i do końca wojny ukrywała się u Joanny i Rudolfa Nowaków w Kielcach. Traktowali ją jak krewną, nie brali pieniędzy za pomoc (w 1991 roku zostaną wyróżnieni medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata).

W styczniu 1945 roku opuściła Kielce i pojechała do Warszawy.  "Piwnica, gdzie zakopałam mój skromny dobytek, została ograbiona". Mostem pontonowym na zamarzniętej Wiśle dostała się więc do Otwocka, gdzie nie znalazła nikogo z bliskich.

Nie wolno mi wierzyć w to, że spotkała tam gromadkę dzieci z żołnierzem radzieckim. Proszą mnie o to byli wychowankowie otwockiego domu dziecka, z którymi rozmawiam: Awiwa, Janusz, Irka, Linka, Włodek, Judyta, Israel i Ludwik. To nie ona była jego założycielką ani pierwszą dyrektorką, jak chciała po latach.

Nikt jednak nie wie dokładnie (ani dawne dzieci, ani Żydowski Instytut Historyczny, ani Yad Vashem), jak i kiedy dokładnie w willi Zachęta zamieszkały dzieci. Kto przydzielił im pensjonat, przedwojenną własność Rywki Flunt-Zylberbaumowej? Wiadomo tylko, że pierwszym dyrektorem domu dziecka został pediatra z Otwocka Michał Kokoszko, który ukrywał się w czasie okupacji pod nazwiskiem Kosowski. Pewnie znał Franciszkę sprzed wojny. Może to on zaproponował jej pracę? Na pewno Oliwa była tam od samego początku. A potem doktora Kokoszkę wymazała z pamięci.

Kiedy w 1948 roku będzie odchodziła z domu dziecka, zabierze z sobą część dokumentacji, fotografie i Księgę Wspomnień, w której wychowankowie zapisywali swoje okupacyjne przeżycia. Przekaże je później do ŻIH-u.  "Jest to jej zasługa, że wzięła te materiały - napisze po latach Luba Bielicka-Blum, była dyrektorka otwockiego domu dziecka, następczyni Kokoszki - bo nikt inny ich nie zabrał".

Do pamiątek z domu dziecka pani Oliwa dołoży wspomnienia, które spisze po latach. Nie wszystko w nich będzie nieprawdą.

(...)

Księga Wspomnień

Jedna dziewczynka zrywa się co noc z krzykiem: "Nie zabijajcie mamy! Nie zabijajcie taty!". Inne płaczą przez sen. Wiele się moczy. Ssą palce. Obgryzają paznokcie. Pod łóżkami szukają schowków. Pod poduszkami robią zapasy chleba.

Oliwa napisze po latach: "Od razu po przybyciu dziecka starano się spisać jego losy wojenne". CKŻP także zaleca spisywanie historii dzieci. W przyszłości mają posłużyć za dowód przeciwko nazistom.

Ale niektórych rzeczy się nie zapisuje. Historie dziewczynek molestowanych i zgwałconych przez swoich opiekunów lub przypadkowych mężczyzn zostawia się w głowie. "[Tę], która ukrywała się na wsi, pani wychowawczyni musiała kilkakrotnie prosić, żeby nie opowiadała nikomu, co chłopi robili z nią na strychu, bo dobrze wychowane panienki o takich rzeczach w towarzystwie nie opowiadają" - będzie w przyszłości wspominał Marek Edelman, znajomy dyrektorki Luby Bielickiej-Blum.

Badaniom ginekologicznym poddaje się wszystkie dziewczynki, żeby żadnej nie wyróżniać. Zdarzają się choroby weneryczne.

Wspomnienia maluchów spisują opiekunki (zeszyty zaginą). Starsze dzieci same wpisują się do Księgi Wspomnień. Te, które nie potrafią pisać, dyktują kolegom albo zwierzają się wychowawczyniom.

"Księga Wspomnie spisana przez starszych wychowanków jest dokumentem oryginalnym" - Oliwa poda tę informację do Żydowskiego Instytutu Historycznego.

To nie do końca jest prawdą. Niektóre wspomnienia dzieci (zachowa się 25) Oliwa przepisze po swojemu, charakterystycznym kwiecistym stylem.

Inne znów wymyśli. Które?

Każde dziecko, które przychodzi do Otwocka, dostaje kolejny numer. Zula Goldminc jest jedynką. Do domu dziecka przyprowadził ją starszy, 19-letni brat. Zulejka ma siedem lat, rude włosy i piegi. Według relacji brata ojciec ukrył ją z matką na terenie getta w jakiejś piwnicy. Zostawił jedzenie i picie, a potem zamurował wejście. Sam poszedł walczyć w powstaniu i zginął. Miejsce ukrycia siostry i matki znał brat Zuli, wskazał je kolegom. Kiedy odmurowali schowek, znaleźli dziewczynkę siedzącą przy trupie dawno zmarłej matki.

W domu dziecka wystraszona z początku Zula zostaje z czasem wybrana na przewodniczącą średniej grupy. Lubiana, szczególnie przez młodsze dzieci, opiekuje się nimi, jednocześnie pilnując porządku wśród średniaków. Z tęsknoty pisze: "Dziecko, które nie ma matki, jest bardzo nieszczęśliwe. Więc wy, którzy macie matki, szanujcie je i kochajcie!".

Odnaleziona przez krewną opuści dom dziecka w Otwocku i umrze na statku w drodze do Palestyny, na zapalenie opon mózgowych.

Byli wychowankowie domu dziecka pamiętają miłą, rudą Zulę. Ale w historię o zamurowanej córce i matce radzą nie wierzyć.

Bobi powinien być w maluchach. Ma zaledwie pięć lat. Ale jest w średnia-kach, bo nie lubi innych małych dzieci. Często płacze. Matka, która oddała go do Otwocka, opowiada, że uciekła z mężem i rocznym synkiem podczas likwidacji warszawskiego getta na aryjską stronę. Chłopca wzięła pod opiekę znajoma kobieta. Jednak wzbudziła w sąsiadach podejrzenie, że ukrywa Żyda. Podrzuciła więc Bobiego pod drzwi mieszkania, gdzie tajne modły odbywała sekta, "w której istnieje przepowiednia, że pojawi się dziecko, które zbawi wyznawców tej wiary" - zanotuje Oliwa. Od tej pory Bobi, przebrany w liturgiczne szaty, do końca okupacji traktowany był jak bóstwo.

Dobrze odżywiony, wypielęgnowany, kapryśny, nie znosi sprzeciwu, nie chce mieszkać z mamą po wyzwoleniu. Dom dziecka też mu się nie podoba. Jedyną osobą, którą lubi, jest Srul.

Piszę list do Israela Nojmarka, dawnego Srula: "Czy to możliwe, że w czasie okupacji Bobi mógł być bóstwem w sekcie?".

Odpisuje: "Odpowiedź brzmi - nie".

Jak to się stało, że do żydowskiego domu dziecka trafiła niemiecka siedmiolatka o imieniu Gertruda? Przysłał ją CKŻP. Matka jest służącą w polskim domu, nie ma tam miejsca dla jej córki. "Był to nierozważny krok, który postawił mnie w bardzo przykrej sytuacji, wiedziałam, jak zareagują dzieci żydowskie, którym Niemcy zgotowali wielkie cierpienia i okrutny los" - Franciszka Oliwa po latach będzie wspominała.

Gertrudy się nie lubi. Nie rozmawia z nią. Dokucza. Nie wymawia jej imienia. Ona nie zna języka polskiego, nie rozumie więc pytania: "Ilu Żydów zabił twój ojciec?". Na nic tłumaczenia wychowawców, że dzieci nie mogą odpowiadać za czyny swoich rodziców.

"Pewnego razu przyjechał do domu dziecka teatrzyk kukiełkowy Baj. Główną rolę grała kukiełka bardzo podobna do Gertrudy. Miała pociągłą twarzyczkę, sterczący spiczasty nos. Nazywała się Petronela. [...] Po przedstawieniu dzieci otoczyły Gertrudę i oświadczyły, że teraz będzie się nazywała Petronela, i wciągnęły ją do zabawy - napisze Oliwa. - Nie było już niechęci do dziewczynki".

Gertruda-Petronela wkrótce wyjeżdża z matką do Niemiec.

Nikt z moich rozmówców jej nie pamięta. Niemka w żydowskim domu dziecka? Gruba przesada, pani Oliwa.

W czasie wojny Karol Bal ucieka z rodzicami z Zamościa (gdzie urodził się w 1934 roku) do Warszawy, a stamtąd do Rosji. Ojciec idzie do wojska, mama ginie w getcie w Mińsku, a on dołącza do partyzantów, wśród których są znajomi rodziców. W Księdze Wspomnień Karol zapisze: "W partyzantce byłem przeszło rok i siedem miesięcy. Byłem łącznikiem, zajmowałem się gospodarstwem, czyściłem broń, czasami pasłem krowy. [...] Często były potyczki z Niemcami".

W oddziale Karola jest tysiąc osób, w tym pięćset dzieci. Wszyscy partyzanci są Żydami. Po wojnie chłopiec trafia do radzieckiego domu dziecka, gdzie odnajduje go ojciec. Wracają razem do Polski, a Karol trafia do Otwocka.

Nie muszę sprawdzać, czy Franciszka Oliwa nie zmyśliła małego partyzanta. W kwietniu 1947 roku 13-letni Karol Bal został odznaczony Krzyżem Partyzanckim, Medalem "Za Wolność i Zwycięstwo" oraz Odznaką Grunwaldzką za "pełnienie służby wartowniczej i oddawanie cennych usług służbie wywiadowczej". Informację o tym podał Biuletyn Żydowskiej Agencji Prasowej. (...)

W internecie trafiam na fotografię z balu zorganizowanego z okazji święta Purym. Dwadzieścioro troje dzieci. Przypominam sobie, że Franciszka Oliwa opisała ten bal w swoich wspomnieniach. Wychowankowie mieli się przebrać za tego, kim chcieli zostać w przyszłości. Mała Niemka Gertruda-Petronela, której nikt nie zapamięta, chciała być pokojówką. Dostała biały fartuszek, czepek na głowę i kijek z piórkami do ścierania kurzu.

Jeśli to prawda, Petronela powinna być gdzieś na tym zdjęciu, myślę. Jest górnik, pajac i malarz, Cyganka, góralka i Chinka. Ale pokojówki nie ma. A jednak kłamałaś, Franciszko Oliwa. Ale po chwili zauważam, że zdjęcie z balu zostało zeskanowane obustronnie. Czytam napis na odwrocie: "Dom dziecka w Otwocku. Petronela, dziewczynka w pierwszym rzędzie w białym czepeczku. P. Oliwa".

Jeszcze raz oglądam fotografię. Jak mogłam jej nie zauważyć? Wesoła dziewczynka siedzi po turecku między ogrodniczką z koszem na głowie a tancerką w wianku. Wsparła buzię o kijek z piórkami. Franciszka Oliwa stoi na zdjęciu nieco z boku, za dziećmi. Przymknęła oczy, lekko się uśmiecha.

Magdalena Grzebałkowska (ur. 1972). Historyczka. Reporterka. Autorka książek: "Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego" (Znak, 2011) i "Beksińscy. Portret podwójny" (Znak, 2014), która została nominowana w 6. edycji Nagrody Kapuścińskiego. Aktualnie pracuje nad biografią Krzysztofa Komedy. Mieszka w Sopocie.

4
materiały prasowe materiały prasowe

"Wszystkie wojny Lary", Wojciech Jagielski

*Fragment pochodzi z książki Wojciecha Jagielskiego, "Wszystkie wojny Lary". Książkę opublikowało wydawnictwo Znak.

Do partyzantki, na przewodników, zaciągnęli się obaj bracia Lary, a jej obecność w dolinie bardzo im tę decyzję ułatwiła. Kiedy ich siostry powychodziły za mąż i wyniosły się z domu, na braci spadł obowiązek troski o rodzinny dom i rodziców. Gdyby Lara nie wróciła do Dżokolo, obaj nie mogliby pójść do partyzantki, jeden musiałby pozostać w domu. Zwolnieni z odpowiedzialności za los innych, przygotowywali się do wyprawy w góry. Szykowali konie, juki, namioty, śpiwory, prowiant. Wychodzili o świcie, wracali dopiero na kolację.

- Następnym razem pójdę z wami - zapowiedział któregoś dnia Szamil. Szedł mu piętnasty rok i uważał się za dorosłego. - Obowiązkowo - roześmieli się bracia.

Przysłuchując się ich rozmowie przy stole, Lara uświadomiła sobie, że jeśli zostanie z dziećmi w dolinie, nie spostrzeże się nawet, gdy jej starszy syn, już pełnoletni, postanowi zaciągnąć się do partyzantki. I nic na to nie poradzi, nie będzie w stanie go powstrzymać. Widziała, jak ciągnie go do partyzantów. Podobnie jak wszystkich chłopaków w dolinie. Włóczyli się za nimi, naśladowali ich sposób mówienia, zachowania, ubiór, a starsi próbowali nawet zapuszczać brody.

Przypomniała sobie słowa ojca. "Ani się spostrzeżesz, jak ci chłopaków całkiem na partyzantów przerobią, na Arabów. Zabiorą w świat, na wojnę i dostaniesz ich z powrotem, dopiero jak trzeba będzie ich na tamten świat wyprawiać. Dopiero wtedy znowu ich zobaczysz". Kiedy o tym mówiła, miałem wrażenie, że wraca pamięcią do najtrudniejszych chwil życia, czasu najważniejszych wyborów, kiedy nic, nawet największy wysiłek myśli nie daje pewności, że się postąpi właściwie. Zwłaszcza kiedy wybiera się jedynie spośród złych i gorszych rozwiązań.

- Ja nie jestem z tych, co się poddają, ale wtedy stanęło mi przed oczami, że za chwilę życie wymknie mi się z rąk, a ja nic na to nie będę mogła poradzić. - Westchnęła ciężko na wspomnienie tamtej słabości. - Tak mi się w środku jakoś mdło zrobiło, poczułam, jak mnie siły całkiem opuszczają. Ale powiadają, że jak człowiek nie daje za wygraną, to i los mu sprzyja. I jak w to nie wierzyć?

Odezwał się mąż, o którym od wybuchu wojny nie miała żadnych wieści. Był w Inguszetii, a nowiny przesyłał przez znajomego, który wybierał się do Gruzji. Kazał przekazać Larze, że wyjechał z Groznego, kiedy uliczne walki dotarły do śródmieścia. Kilka miesięcy spędził w obozie uchodźców w Inguszetii, a potem przez Białoruś i Polskę przedostał się na zachód Europy. Żył tam od czterech lat, urządził się, nic wielkiego, ale nie może narzekać.

Na Kaukaz przyjechał, żeby zobaczyć, co się stało z ich mieszkaniem i domem rodziców. I odwiedzić ich grób. Nie przeżyli wojny, ale nie zginęli od kul ani od bomb. Aż dziw, ale obydwoje pomarli naturalną śmiercią. Z mieszkania, w którym żyli z Larą w Groznym, nic nie zostało. Żeby tam z mieszkania! Nic nie ocalało, żaden z wieżowców, żaden z domów stojących kiedyś wokół placu Minutka. Jedno wielkie gruzowisko, trudno się nawet połapać, gdzie co było. Nie ma do czego wracać.

Kazał jej powiedzieć, że jeszcze tydzień, dwa zejdzie mu na załatwianiu spraw, a potem wyjeżdża do Europy. Z całą rodziną, pół setki ludzi. I że chciałby zabrać ze sobą synów. Jeśli oczywiście Lara się temu nie sprzeciwi. W Europie, tam gdzie teraz mieszka, będą mieli lepsze życie i lepszą przyszłość. Lepsze w każdym razie niż na Kaukazie, gdzie wojny wciąż wybuchają, jakby się jedna zapalała od drugiej, końca nie widać. Nie pytał, czy Lara wyjedzie z nim do Europy, ani tego nie proponował.

Rozumiała. Nie mogłaby zresztą nigdzie wyjechać z doliny. Musiała w niej pozostać, zająć się starzejącymi się rodzicami, nie wolno jej było zostawić ich samych. Oni zaś za nic nie zgodziliby się wyjechać z doliny.

Bez wahania przystała na oddanie dzieci. W końcu powierzała je ojcu, nie komuś obcemu. Nie pomyślała nawet, żeby spytać synów, czy chcą jechać. Ustalili z mężem, że chłopców zawiezie do Inguszetii inny jego znajomy, który wybierał się do Gruzji w interesach. W drodze powrotnej wstąpi po nich do doliny. Całą resztę, wszystkie formalności i koszty brał na siebie ich ojciec.  Obiecał zadzwonić, jak tylko dotrą na miejsce, do domu, do Europy.

Lara nie wahała się oddać synów, bo nasłuchała się o Europie od czeczeńskich uciekinierów, którzy osiedli w dolinie. Mówili o niej jak o ziemi obiecanej, krainie wszelkiej szczęśliwości, miodem i mlekiem płynącej. Słuchając ich, czuła się nawet trochę urażona, bo wyglądało, jakby wybrzydzali na to, że zostali przygarnięci w dolinie, że nie była dla nich wystarczająco dobra, i zazdrościli tym, którym udało się dotrzeć do Europy. - Opowiadali, że w Europie wszyscy popierają Czeczenów, że im współczują i chcą pomagać. Że każdy, kto przyjedzie do Europy, dostaje europejski paszport, pracę, czyste mieszkanie, a dzieci idą do szkoły. I wszystko bezpłatnie.

Wojciech Jagielski (ur. 1960). Po raz czwarty nominowany do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki (w pierwszej, czwartej, piątej i siódmej edycji). 
W latach 1986-1991 pracował w dziale zagranicznym Polskiej Agencji Prasowej, potem przez 20 lat w dziale zagranicznym "Gazety Wyborczej", od 2011 roku - znowu w PAP. Specjalizuje się w tematyce Afryki, Azji Południowej i Środkowej oraz Kaukazu. Świadek rozgrywających się tam najważniejszych wydarzeń z przełomu wieków, m.in. upadku komunizmu i rozpadu Związku Radzieckiego, a także powstawania nowych państw na obszarze byłego imperium, wojen w Afganistanie, upadku apartheidu w Południowej Afryce. 
Autor książek: "Dobre miejsce do umierania" (1994), "Modlitwa o deszcz" (2002), "Wieże z kamienia" (2004), "Nocni wędrowcy" (2009), "Wypalanie traw" (2012), "Trębacz z Tembisy" (2013), tłumaczonych na angielski, hiszpański, niemiecki, włoski i niderlandzki. W 2015 r. wyróżniony Nagrodą PEN Clubu im. Ksawerego i Mieczysława Pruszyńskich i włoską Nagrodą im. Ryszarda Kapuścińskiego.

5
materiały prasowe materiały prasowe

"Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość", Katarzyna Surmiak-Domańska

*Fragment pochodzi z książki Katarzyny Surmiak-Domańskiej, "Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość".  Książkę opublikowało wydawnictwo Czarne.

Bonnie i Steve Kuklowie, małżeństwo sześćdziesięciolatków z Oklahomy, wydają mi się jedną z najsympatyczniejszych par. Steve jest postawnym mężczyzną z brodą, Bonnie na rude włosy i chodzi w kolorowej powiewnej sukni. Tworzą duet wokalny Bonnie & Steve, który jest stałym punktem programu wszystkich imprez Ku Klux Klanu, podobnie jak śpiewające i grające na skrzypcach i gitarze Shelby i Charity, tworzące zespół Heritage Connection.

Kuklowie śpiewają pieśni gospel do podkładu puszczanego z CD-playera. W przerwach oboje żywo dyskutują z profesorem Frommem, Davidem i Cheryl. Prawie bez ustanku trzymają za ręce. Rozstają się tylko wtedy, gdy Steve wchodzi na mównicę, żeby przemówić.

Również gdy Bonnie siada ze mną na stopniach werandy, żeby opowiedzieć mi historię swojego życia, Steve przykuca obok nas.

Bonnie urodziła się w Karolinie Południowej w rodzinie wyznania baptystycznego, czyli tego najbardziej fundamentalnego, a zarazem najbardziej typowego dla Pasa Biblijnego.

- Mój ojciec był alkoholikiem. Pił przez trzydzieści lat, niszczył ciało alkoholem i papierosami, bywał brutalny, okrutny - mówi Bonnie. - Matka uczyła mnie jednak, że mężczyzna jest w domu namiestnikiem Bogiem. To, co on powie, jest święte. A kiedy żona i dzieci są uległe ojcu, wtedy nawet najtrudniejsza rodzina może żyć w harmonii. Mama, która kochała Chrystusa całym sercem, zaakceptowała więc alkoholizm męża.

- Wybacz Bonnie - przerywam od razu - ale jak można zaakceptować alkoholizm?

- Można. Jeśli wierzysz w Pana i wierzysz, że on chce, byś była uległa. Mama próbowała łagodnie prowadzić ojca w stronę Królestwa Bożego, ale akceptowała to, co robił, bo był ojcem jej ośmiorga dzieci. Była mu posłuszna we wszystkim. Tego samego nauczyła mnie.

Tu wtrąca się Steve: - Bonnie jako jedyna wyszła bez urazu psychicznego po traumie dzieciństwa. Jej bracia i siostry są po rozwodach albo też popadli w alkoholizm. Bóg czuwał nad Bonnie, była jakby w bańce ochronnej.

Żona dziękuje mu spojrzeniem, że tak ładnie to ujął. - Co czułaś do ojca? - pytam. - Bardzo go kochałam. Mimo że nieustannie wyzywał mamę, i to było straszne. Zawsze chciałam, żeby byli razem. Pamiętam ten lęk, gdy miałam piętnaście lat, kiedy o mało się nie rozwiedli. To było, jakby ktoś miał mnie pchnąć nożem. Tata nie chciał, żebym się uczyła. Uważał, że nauka po pierwsze nie jest dla kobiet, co innego moi bracia, oni poszli do wyższych szkół, a po drugie wolał, żebym była w domu i mu usługiwała, zwłaszcza gdy wracał pijany z kolegami.

- Potrafił wrócić z kolegami o drugiej, trzeciej nad ranem. Wyrywał ją z łóżka i kazał gotować dla siebie i dla swojego towarzystwa - dopowiada z powagą Steve.

- A najgorsze było to - mówi Bonnie, której od tych wspomnień zaczynają szklić się oczy - że większość tych kolegów była czarna. To było coś niewyobrażalnego w Karolinie Południowej w latach sześćdziesiątych. Ale alkohol robi swoje, ojciec nie przestrzegał boskiego porządku. I tego moja mama nie mogła znieść. Bała się czarnych. I to były jedyne sytuacje, kiedy nie chciała poddać się woli ojca. Więc kiedy sprowadzał do domu Murzynów, buntowała się i nie chciała wstawać i im gotować. Dlatego ja to robiłam i dlatego byłam tacie niezbędna.

Kiedy Bonnie miała siedem lat, największym jej lękiem było to, że zostanie starą panną. Nic nie wydawało jej się równie straszne. Modliła się: ?Boże, pozwól mi mieć męża. Ofiaruję Ci całą miłość, jaka we mnie jest, nawet gdy w zamian nie dostanę żadnej. Ale daj mi męża?.

- A jak wyobrażałaś sobie swojego męża? - pytam. - Chciałam, żeby był identyczny jak tatuś. Tak - potwierdza Bonnie, widząc moje zdziwienie. - Chciałam mieć męża alkoholika. Marzyłam, że mój mąż też będzie pić, a ja będę się nim opiekować. Będę go karmić, rozbierać i kłaść do łóżka, kiedy będzie nieprzytomny wracał do domu.

Patrzę na Steve'a, jego wyraz twarzy oznacza, że choć to trudne do uwierzenia, jednak prawdziwe. - Czy ojciec cię bił? - pytam Bonnie. - Jeden jedyny raz. Miałam dziesięć lat. Było to tak. Tatuś nosił sztuczną szczękę. Zawsze przed snem ją wyjmował i kładł na stoliku obok łóżka. Któregoś wieczoru wrócił pijany i zamiast położyć szczękę na stoliku, wrzucił ją niechcący do stojącego obok nocnika. Zorientował się, co zrobił, zdążył krzyknąć do mnie: "Wyjmij mi zęby z nocnika!" i od razu zasnął. Ale ja nie dosłyszałam tego polecenia. W rezultacie zamiast wyjąć zęby z nocnika, rano, jak co dzień, poszłam z nocnikiem do wychodka i całą zawartość wylałam. Tata się budzi i pyta: "Gdzie moje zęby?". Ja, że nie mam pojęcia. "Co zrobiłaś z nocnikiem?", pyta tata. "Wylałam wszystko do wychodka", odpowiedziałam struchlała ze strachu. Na to tatuś jak nie wyjmie pasa, jak nie zacznie mnie lać. Bił mnie, aż prawie straciłam przytomności, aż mama zaczęła krzyczeć i błagać tatusia, żeby przestał. Ale im bardziej obie krzyczałyśmy, tym bardziej tatuś mnie bił. Kiedy się zmęczył, mama natarła moje rany wazeliną, a sama wzięła łopatkę, latarkę i poszła szukać zębów. Na szczęście znalazła, przyniosła do domu, wygotowała. Tata nosił je jeszcze wiele lat. Do samej śmierci.

- Czy ojciec kiedykolwiek cię za to przeprosił? - Nie pamiętam, czy mnie przeprosił. Ale to nie miało większego znaczenia. Bo kiedy umarł, zaczęłam chodzić na psychoterapię. Psychoterapeuta kazał mi wyobrazić sobie, że tata siedzi obok na krześle. Mówiłam do niego i wyobrażałam sobie, że on mnie przeprasza. I to było tak, jakbym zrzuciła z siebie wielki ciężar. Wszystko mu wybaczyłam - kończy pogodnie Bonnie.

Bóg nie zesłał jej męża alkoholika. Zesłał jej bogobojnego Steve'a Kuklę. Niestety katolika. Wychodząc za mąż, Bonnie zmieniła wiarę i przechrzciła się na katolicyzm.

- Inaczej w naszym domu nie byłoby harmonii. To, że przeszłam na katolicyzm, było aktem poddania się woli męża. Bycie posłuszną jest dla mnie do dziś najważniejszym przykazaniem. Wspierać go we wszystkim, w pracy, w wierze, a przede wszystkim nie sprawiać mu kłopotu - mówi Bonnie i tuli się do ogromnego ramienia Steva.

Bonnie wierzyła, że jej ukochany kiedyś odnajdzie drogę do prawdziwej wiary, i nie ustawała w modlitwie. Czekała tylko cztery lata. Steve nawrócił się na protestantyzm, a Bonnie razem z nim.

Państwo Kuklowie nie są zarejestrowanymi członkami Klanu, ale właściwie jakby byli, bo są na wszystkich zjazdach i zgadzają się z Klanem ideowo. Chcieliby żyć tylko ze śpiewu na chwałę Pana, w dzisiejszych czasach jednak tak się nie da. Dlatego oboje pracują zawodowo. Steve w agencji reklamowej, a Bonnie jako sekretarka w sądzie dla nieletnich. Nie mają dzieci.

Żadne z nich nigdy nie było nigdzie poza Pasem Biblijnym.

- Tak że nie możemy porównać naszego życia z życiem na przykład w Nowym Jorku - tłumaczą się. - W Pasie Biblijnym nie ma wielkich miast. Mało kto chce tu mieszkać. Nie docierają cudzoziemcy. Mówią o nas Flyover Country. Kraj, nad którym się tylko przelatuje. Po tym widać lekceważący stosunek do Pasa, że jesteśmy tacy nieważni, bez znaczenia. Ale nam to się podoba, bo nie przyciągamy uwagi i dlatego możemy żyć po swojemu - mówią i znowu tulą się do siebie.

- No dobrze. Ale wracając do Afroamerykanów. Jesteście artystami. Sami śpiewacie i na pewno kochacie muzykę. Nie powiecie mi, że nie podoba wam się Ella Fitzgerald, Louis Armstrong, Nina Simone?

Państwo Kuklowie równocześnie pogardliwie wydymają usta. "Nie twierdzę, że oni nie umieli śpiewać - mówi Steve. - Cóż z tego, skoro ich muzyka była przeznaczona tylko dla rozrywki". - A co jest złego w rozrywce? - Służy odchyleniu od norm moralnych - odpowiada Steve, a Bonnie smutno przytakuje. - Co w takim razie powiecie o muzyce country?

Tu miny im się odruchowo rozjaśniają, tak, country to jednak co innego, w tym jest jakiś wartościowy przekaz, promowanie pewnych wartości. Okazuje się, że Johnny Cash jest fine. Willie Nelson też, a Dolly Parton nawet bardzo, bardzo. Elvis też jest bardzo. Natomiast Janis Joplin już nie. Bo to kultura narkotyków. Na bezludną wyspę państwo Kuklowie zabraliby jednak wyłącznie Mozarta, Bacha i gospel.

- A czarni celebryci? Nie oglądacie programów Oprah Winfey? Znowu surowe miny.

- Oprah jest sztucznym tworem. Stworzonym przez korporacyjny przemysł żydowski. Jest mniej więcej takim samym produktem jak pornografia.

- A co powiecie o Billu Clintonie, waszym współziomku, który urodził się i wychował w Arkansas?

Na dźwięk tego nazwiska Steve puszcza z objęć Bonnie i kładzie łokcie na kolanach. - Jestem z tego samego pokolenia co Bil Clinton i byłem wystawiony na te same pokusy - mówi. - Ale ja powiedziałem narkotykom "nie", bo tak mnie wychowali rodzice.

Najbardziej bulwersuje Steve'a to, że człowiek wychowany w Pasie Biblijnym uprawiał seks w Gabinecie Owalnym, w miejscu, do którego chwilę przed nim prezydent Ronald Reagan nie ośmielał się wchodzić bez garnituru i krawata.

Bonnie przyjeżdża na zjazdy Klanu głównie po duchową energię:

- Lubię ludzi, którzy są głodni przekazu wiary, kazań, pieśni. Jeśli chodzi o ideologię Klanu, polegam w tym względzie na przekonaniach Steve?a. Jestem tutaj, ponieważ go popieram. Jestem wychowana, żeby być uległa. Taka już jestem i jestem mi z tym dobrze.

Katarzyna Surmiak-Domańska (ur.1967). Skończyła filologię romańską na Uniwersytecie Warszawskim. W latach 80. grała w serialu dla młodzieży "Tylko Kaśka", w latach 90. pracowała m.in. w Radio Mozart, gdzie prowadziła audycje z muzyką klasyczną. Od prawie 20 lat związana z działem reportażu "Gazety Wyborczej". Autorka dwóch zbiorów reportaży: "Beznadziejna ucieczka przed Basią" (WAB, 2007) i "Żyletka"(Agora, 2011) oraz dwóch książek non-fiction: Mokradełko (Czarne, 2012), która znalazła się w finale Nagrody Literackiej NIKE 2013 oraz "Ku-Klux-Klan. Tu mieszka miłość"  (Czarne 2015). Obecnie pracuje nad biografią Krzysztofa Kieślowskiego.

6
materiały prasowe materiały prasowe

"Tłumacze świata" - konkurs na recenzję

"Tłumacze świata" - konkurs na recenzję towarzyszący 7. edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego

Do 20 kwietnia br. studenci i doktoranci z całej Polski mogą wziąć udział w konkursie "Tłumacze świata"  na recenzję przekładu  książek nominowanych w 7. edycji Nagrody  im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki. Konkurs został ogłoszony w ramach akcji edukacyjnej, towarzyszącej tegorocznej Nagrodzie im. Kapuścińskiego.

Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki, ustanowiona w 2010 r. przez Miasto st. Warszawa i współorganizowana przez "Gazetę Wyborczą", od początku przywiązuje ogromną wagę do pracy tłumaczy i jakości przekładów. Ważną rolę tłumaczy doceniał Ryszard Kapuściński, który wielokrotnie powtarzał, że tylko w połowie jest autorem książek wydanych w obcym języku.  

Od pierwszej edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego nagradzani są również tłumacze, a od trzech lat oddzielna nagroda (w wysokości 15 tys. zł) jest przyznawana autorowi najlepszego przekładu roku. 

W uznaniu tej szczególnej roli tłumaczy organizatorzy Nagrody razem z partnerami: Wydziałem Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Centrum Badań i Edukacji im. Ryszarda Kapuścińskiego, które działa przy Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, ogłosili  ogólnopolski konkurs "Tłumacze świata" dla studentów i doktorantów na recenzję przekładu książek nominowanych w 7. edycji Nagrody.

Uczestnicy konkursu będą oceniać dwie tłumaczone książki reportażowe, które znalazły się wśród 10 najlepszych reportaży 2015 roku: "Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie" ("The Underground Girls of Kabul: In Search of a Hidden Resistance in Afghanistan") Jenny Nordberg w tłumaczeniu Justyna Huni (wyd. Czarne)
oraz "Jednego z nas. Opowieść o Norwegii" ("En av oss. En fortelling om Norge") Asne Seierstad, w tłumaczeniu Iwony Zimnickiej (wyd. W.A.B.).

Dzięki uprzejmości autorek: Jenny Nordberg i Asne Seierstad, oraz ich wydawców organizatorzy udostępniają (wyłącznie na użytek konkursu) oryginalne wersje językowe tych książek. Można je otrzymać, pisząc na adres: konkurstlumaczeswiata@gmail.com.

Prace konkursowe można przesyłać do 20 kwietnia br. włącznie. Oceni je Komisja pod przewodnictwem dr hab. Magdaleny Heydel, która  wykłada teorię i praktykę przekładu literackiego na Wydziale Polonistyki UJ, jest redaktorką naczelną czasopisma ?Przekładaniec?, poświęconego zagadnieniom translatologii. Tłumaczy literaturę języka angielskiego, m. in. Virginię Woolf, Josepha Conrada, Dereka Walcotta i Seamusa Heaneya.

Autorzy najlepszych recenzji zostaną zaproszeni do Warszawy na tegoroczną galę Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki ( piątek, 20 maja, godz. 20) i na Dzień Reportażu na Warszawskich Tragach Książki (sobota, 21 maja), gdzie na dorocznym panelu tłumaczy zostaną wręczone nagrody zwycięzcom konkursu "Tłumacze świata".

Partner konkursu: Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury.  

Patron medialny: "Przekładaniec".

Szczegółowe informacje i regulamin konkursu są dostępne na stronie głównego organizatora.

7
materiały prasowe materiały prasowe

Organizatorzy i partnerzy Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego

Organizatorami 7. edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego są Miasto Stołeczne Warszawa oraz "Gazeta Wyborcza".

Mecenasem Nagrody RK jest Kulczyk Investments.

Partnerzy Nagrody: Ambasada Szwecji, Polski PEN Club, Instytut Polski w Sztokholmie, Instytut Książki, Instytut Adama Mickiewicza, Fundacja im. Ryszarda Kapuścińskiego - Herodot, Stołeczne Centrum Edukacji Kulturalnej, Warszawskie Targi Książki, Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury, Uniwersytet Wrocławski, Uniwersytet Jagielloński, Centrum Badań i Edukacji im. Ryszarda Kapuścińskiego, Dom Książki MDM

Patroni medialni: Wyborcza.pl, Gazeta.pl, "Duży Format", TOK FM, "Kontynenty"

8
materiały prasowe materiały prasowe

Mecenas Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego

Mecenasem Nagrody i. Ryszarda Kapuścińskiego jest Kulczyk Investments

9
Przewiń i czytaj dalej Wysokie Obcasy