2020-02-15
15
02
2020

Szpital w Bagandou. Życie i śmierć w afrykańskiej dżungli

Maria Tomaszewska-Chyczewska, Marta Wroniszewska
01.01.2012 08:38 , aktualizacja: 27.11.2019 16:28

Kaja Kiełczewska jest 26-letnią lekarką, która po ukończeniu studiów medycznych wyjechała na rok do Republiki Środkowoafrykańskiej, by leczyć miejscową ludność. Razem z koleżanką ze studiów i afrykańskim personelem pracowała w szpitalu, otwartym w 2004 r. przez misję diecezji tarnowskiej. Szpital mieści się w wiosce zwanej Bagandou, w sercu tropikalnej dżungli. Nie ma tam prądu, ale warunki nie są aż tak spartańskie, jak mogłoby się wydawać. Budynek jest murowany, wszędzie czysto. Bieda jednak straszna. - Leki i wenflony ludzie przywozili nam w walizkach z Europy - mówi Kaja - w takim miejscu każdego dnia widzisz realne efekty swojej pracy; nie masz czasu na narzekanie i refleksje. Stan pacjentów musiałyśmy oceniać szybko oraz praktycznie bez sprzętu - na oko i stetoskop. Jednak uczucie, że jest się potrzebnym i przyjaźń mieszkańców RŚA wynagrodziły mi wszystko. Nie żałuję ani jednej chwili, którą tam spędziłam. Niestety, widziałam śmierć wielu maleńkich dzieci. Najgorsze jest to uczucie, kiedy wiesz, że nic już nie możesz zrobić - o swoich przeżyciach i wspomnieniach Kaja Kiełczewska opowiada w rozmowie z Martą Wroniszewską, dziennikarką ''Wysokich Obcasów''