Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Aleksandra Nieściuszko-Bujnicka i Katarzyna Pawlikowska - przyjaciółki i wspólniczki, od pięciu lat prowadzą agencję marketingową Garden of Words

Ola: W naszym życiu jest kilka ważnych kobiet: obie mamy matki, ja - córkę. Ale mamy się nie wybiera, kocha się ją ślepą miłością. Dzieci - tak samo. Natomiast my jesteśmy ze sobą z wyboru i to jest najfajniejsze.

Kasia: Co tu dużo mówić, jesteśmy dla siebie pod wieloma względami najważniejszymi kobietami w życiu, bo jesteśmy nie tylko przyjaciółkami, ale też wspólniczkami. A w naszym przypadku firma to sposób na życie. Razem też jesteśmy odpowiedzialne za nasz zespół i nasze rodziny, bo jak pójdziemy na dno, to ich pociągniemy za sobą. To wszystko mocno łączy.

Ola: Czasem w życiu jest tak, że człowiek kogoś spotka i musi się z nim dotrzeć. A my jak puzzle - od razu pasowałyśmy. Kasia: Bo pod wieloma względami się uzupełniamy. I w życiu, i w pracy. Tam, gdzie ja jestem poważna, ona potrafi obrócić coś w żart. Ja jestem strategiem, wizjonerką - mówię, dokąd idziemy. Ola jest genialnym organizatorem.

Ola: Doskonale się czuję w tworzeniu rzeczy od podstaw, jestem zapobiegliwa - nie dopuszczam do powstawania problemów.

Kasia: Poznałyśmy się osiem lat temu w dużym polskim przedsiębiorstwie. Zostałam tam dyrektorką marketingu strategicznego i miałam za zadanie wprowadzić firmę na giełdę. To oznaczało zmiany, które niekoniecznie wszystkim się podobały. I ci ludzie próbowali podstawić mi nogę, a w kulminacyjnym momencie udali się do prezesa ze stekiem bzdur na mój temat. I Ola była jedyną osobą, która się temu przeciwstawiła.

Myśmy się wtedy prawie nie znały, a ona, stając po mojej stronie, ryzykowała wszystko. Mogła zostać wyrzucona z pracy, a była wtedy samotną matką. Zaufanie, które się rodzi w takich sytuacjach, zostaje na zawsze.

Ono spowodowało, że już prowadząc razem firmę, nigdy się nie pokłóciłyśmy na tematy zawodowe. A bywało ciężko. Na przykład jedna z dziewczyn w naszym zespole zachorowała. Dwa lata ją zastępowałyśmy i czekałyśmy, aż wyzdrowieje. Ale dla nas obu oczywiste było, że tak należy zrobić. Dziś Iwona znów jest w firmie i razem z nami nią kieruje. To także bardzo ważna dla nas kobieta, podobnie jak nasz 20-osobowy, w całości kobiecy zespół.

Ola: Inny problem był taki, że na początku mąż Kasi za mną nie przepadał. Bo nie dość, że całe dnie spędzałyśmy w firmie, nie dość, że zamieszkaliśmy razem (kupiliśmy jeden dom z dwoma mieszkaniami), to jeszcze wieczorami Kasia przychodziła do mnie omówić sprawy związane z firmą. Pamiętam przygotowania do pierwszego firmowego Bożego Narodzenia. Leżałam w wannie, kiedy Kaśka wpadła, żeby obgadać, co naszym klientom kupić na Gwiazdkę. Siedziała na toalecie, ja w tej wannie i debatowałyśmy, paląc papierosy (Kaśka ukrywała się z paleniem przed mężem przekonanym, że rzuciła), więc cała łazienka siwa od dymu. Gdy nas tam nakrył, miarka się przebrała...

Kasia: Od początku miał z nami ciężko!

Ola: Ale potem było już lepiej. Gdy na jakieś imprezy firmowe chodziliśmy we trójkę (bo ja przez wiele lat byłam sama), przedstawiał się jako ''mąż Kasi i Oli''.

Kasia: Wracając do naszej przyjaźni - bardzo ważna jest dla nas akceptacja słabości, które każda z nas ma i które świetnie już znamy.

Ola: Ja przez lata musiałam sobie radzić sama z dzieckiem, dlatego podstawą funkcjonowania stało się dla mnie porządkowanie wszystkiego dokoła. Zawsze wiem, gdzie mam jakiś paragon, co mam w torebce, ile pieniędzy w portfelu... Kiedy poznałam Katarzynę, dla której takie rzeczy nie istnieją, było to dla mnie szokiem, ale też zobaczyłam, że osoba, która czasem czegoś zapomina, może normalnie żyć.

Kasia: Dla mnie takim szokiem było to, że gdy Ola miała gorszy dzień, dawała to wszystkim odczuć.

Ola: A Kasia nie tylko to znosiła, ale też była jedyną osobą, która mówiła: ''Nie martw się. Jesteś kochana, cudowna, jesteś najlepsza na świecie!''.

Kasia: Ale potrafiłam też powiedzieć, żebyś coś z tym zrobiła. Bo, co jest megaważne, my możemy sobie powiedzieć wszystko, także trudne rzeczy. I dzięki temu dużo się od siebie uczymy...

Ola: Kasia umawiała się na 15 spotkań dziennie, a potem była w ciągłym stresie, bo te spotkania się nakładały. Pod moim wpływem zaczęła zapisywać wszystko w komórce, co pozwala jej nad tym zapanować.

Ja z kolei zawdzięczam Katarzynie obecny związek. To jedyna osoba w moim otoczeniu, która może się pochwalić udanym małżeństwem z wieloletnim stażem. A ja byłam w różnych związkach, ale gdy pojawiały się pierwsze problemy, rezygnowałam. Jednak przez te lata, gdy mieszkałyśmy razem z Katarzyną, przychodziła do mnie i nieraz opowiadała, jak się z mężem pokłócili i jak potem z tego wychodzili, w końcu ten coaching przyniósł skutki. Namówiła mnie, żebym zapisała się na portal randkowy, gdzie poznałam mojego obecnego partnera. Zresztą nadal wkracza do akcji, gdy się z nim pokłócę i odgrażam, że zabiorę swoje zabawki. Tłumaczy, czym nie powinnam się przejmować, albo radzi, co zrobić w jakiejś sytuacji.

To, że w czasach, gdy tyle jest rozwodów, mam z kogo brać przykład, to dla mnie jest wisienka na torcie naszej przyjaźni.

Anna Grodzka - posłanka, wiceprzewodnicząca klubu poselskiego Ruchu Palikota

W moim życiu były cztery ważne kobiety. Pierwsza z nich to mama - ta, która mnie wychowywała, bo zostałam przez nią adoptowana. Ona nauczyła mnie już w dzieciństwie, że nie można pochopnie oceniać innych. Nieraz wracałam ze szkoły wściekła. Byłam inna niż wszystkie dzieci i z tego powodu mi dokuczały. W takich chwilach mama pytała: ''No dobrze, a gdybyś był (zwracała się do mnie jako do Krzysztofa) na miejscu tej osoby, co byś zrobił?''. I prosiła mnie, żebym jej całą sytuację opowiedziała. Ja to robiłam i w miarę opowiadania złość albo żal mi przechodziły, bo zaczynałam rozumieć tę osobę.

Druga ważna kobieta w moim życiu to moja mama biologiczna. Urodziła się na Podlasiu, ale uczyła się w szkole z internatem, z daleka od domu. Tam poznała kogoś, w kim się zakochała, ale niestety, gdy ten ktoś dowiedział się o ciąży, opuścił ją. Po urodzeniu musiała mnie więc oddać do adopcji. To był 1954 rok i nie było mowy, żeby dziewczyna z dzieckiem, bez ślubu, mogła wrócić do domu. Tę mamę poznałam kilka lat temu. Byłam w trakcie korekty płci, załatwiałam różne związane z tym formalności i między innymi musiałam mieć odpis aktu urodzenia. Tak odkryłam, że mama, która mnie wychowała, nie była tą, która mnie urodziła. I postanowiłam odszukać mamę biologiczną. W społeczeństwie funkcjonowałam już jako kobieta, ale ona przecież urodziła syna, więc na nasze pierwsze spotkanie przebrałam się za mężczyznę i tak z kwiatami pojechałam ją poznać. Błyskawicznie zaczęła się między nami tworzyć więź emocjonalna - to było niezwykłe. Ale tu pojawił się kolejny problem. Wkrótce miał zapaść wyrok sądu potwierdzający, że jestem kobietą. Zapytałam jedną z przyrodnich sióstr, czy powinnam mamie o tym powiedzieć, ale ona odradziła - że mama tego nie zrozumie. Miałam więc straszną rozterkę, bo bałam się, że stracę dopiero co odnalezioną mamę, z którą zaczęłyśmy się darzyć uczuciem. Tak się jednak złożyło, że ona dowiedziała się, w jakiej jestem sytuacji. Spotkałyśmy się na długą rozmowę. I w trakcie tej rozmowy mama zaczęła do mnie mówić ''Aniu''. Zaakceptowała mnie. I tak dostałam wspaniały prezent od losu - mamę, ale też trzy siostry. Dwie mieszkają za granicą, a jedna - Marta - tu, w Warszawie. Jest cudną siostrą!

W czasie korekty płci największą podporą była dla mnie trzecia bardzo ważna w moim życiu kobieta - moja przyjaciółka Lalka. Poznałam ją w środowisku osób transpłciowych, choć ona transseksualna nie jest. Razem zakładałyśmy fundację Trans-Fuzja, a teraz razem pracujemy w moim biurze poselskim. Gdy przechodziłam przemianę, bardzo potrzebowałam bliskości, akceptacji i dostawałam to właśnie od niej. Dla mnie szczególnie trudne było wtedy rozstanie z moją żoną. Musiałam to zrobić, choć ją kochałam. Zwierzałam się z tego Lalce, a ona do wszystkich moich uczuć podchodziła z szacunkiem - nie wywierała presji, nie próbowała mnie zmieniać ani do niczego przekonywać. Po prostu pozwalała, żebym mówiła o swoich uczuciach, i to bardzo pomagało mi ułożyć sobie wszystko w głowie.

Niestety, z moją żoną nie utrzymujemy kontaktów. Ona sobie tego nie życzy i to jest bolesne. Gdyby zmieniła zdanie i dała znać, że chce nawiązać kontakt, podjęłabym go. Chciałabym, żeby była moją przyjaciółką. Była czwartą ważną kobietą w moim życiu. Poznaliśmy się, gdy mieliśmy po 18 lat. Była uroczą, wysportowaną, radosną, mądrą dziewczyną. Zawsze był między nami świetny kontakt intelektualny, rozumiałyśmy się w pół słowa, niestety, poza tą jedną sferą mojej transseksualności, o której nigdy nie chciała słyszeć. Żona była bardzo kobieca i elegancka, wciąż jest moim wzorem.

Dorota Wellman - dziennikarka, prezenterka, producentka programów telewizyjnych i radiowych

Najważniejsza kobieta w moim życiu to mama. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Wychowała mnie liberalnie. Nie mówiła ''rób tak i tak'', tylko własnym przykładem pokazywała, jak należy postępować. Nie musiała mi mówić, co to jest przyzwoitość, bo ona była przyzwoitym człowiekiem. W bardzo trudnym okresie PRL-u nigdy nie wstąpiła do partii, dla kariery nie zrobiła żadnego świństwa. Swoją pracę - była dziennikarką radiową - wykonywała z ogromną miłością, którą mnie zaraziła. Zawsze stała po mojej stronie, co wielokrotnie dała mi odczuć. Kiedyś miałam kłopoty w szkole, bo powiedziałam na historii, że w Katyniu nie zabijano wyłącznie jeńców rosyjskich, ale również polskich. U nas, w patriotycznym domu, otwarcie się o tym mówiło, zginęli tam bracia babci. Ale za powiedzenie tego na lekcji miałam być wyrzucona ze szkoły, a to oznaczało wówczas wilczy bilet. Nie było przyjemnie. Wezwano rodziców i mama wparowała do szkoły jak bojownik, mówiąc: ''To jest prawda. Nie będę dziecka uczyła kłamstwa''. Wiedziała, że sprawa może być przegrana, ale była nieugięta, bez żadnego ''przepraszam za moje dziecko''. Znokautowała szkołę i oni zmienili zdanie. Ale jej postawa dała mi przede wszystkim poczucie, że mama zawsze będzie moim obrońcą.

Choć niczego mi nie nakazywała i nie zakazywała, pod wpływem pewnej jej uwagi zakończyłam kiedyś związek. Powiedziała coś, czego ja nie chciałam sobie uzmysłowić. Zrobiła to delikatnie i jeszcze mnie potem przepraszała, bo nie chciała mnie urazić. Dzięki temu nie jestem teraz żoną tego człowieka. Jedna uwaga uratowała całe moje życie osobiste.

Bardzo dużo o naszej relacji mówi to, że myśmy się z mamą nigdy nie mogły nagadać! W efekcie płaciłyśmy kolosalne rachunki za telefony.

Miałyśmy rytuały, które ustawiały mój cały dzień. Rano zdzwaniałyśmy się kontrolnie, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Ustalałyśmy, jakie każda z nas ma plany, a kiedy mama jeszcze pracowała, miała tych planów mnóstwo. Potem telefonowałyśmy do siebie kilkakrotnie w ciągu dnia. Dzwoniłam też, gdy coś ciekawego zobaczyłam albo przeczytałam, coś się zdarzyło w pracy i chciałam jej natychmiast o tym opowiedzieć. No i koniecznie musiałyśmy pogadać wieczorem. Podsumowanie dnia to była rzecz święta. I to nieprawda, przynajmniej w naszym przypadku, że kobiety rozmawiają o pierdołach. Że opowiadają sobie rzeczy typu ''on powiedział jej, ona powiedziała jemu''. Ja najbardziej polityczne, najbardziej społeczne rozmowy prowadziłam właśnie z mamą. Musiałyśmy porozmawiać, bo obejrzałyśmy ''Fakty'', bo wkurzył nas polityk, bo uznałyśmy jakąś decyzję za niesłuszną. Rozstrzygałyśmy też dylematy zawodowe, a mama była pierwszym i ostrym krytykiem tego, co robiłam. Czasem to było dla mnie nieprzyjemne, ale miałam pewność, że jej intencje są dobre, bo chce, żebym była lepsza w tym, co robię. Ten rytm dnia był dla mnie jak kręgosłup. Mąż na początku się temu dziwił. Ale kiedy posłuchał, o czym są te rozmowy, zrozumiał, że nabijam licznik telefonu nie po to, żeby sobie popaplać o dupie Maryni, tylko że to rozmowy dla mnie istotne, że one mnie rozwijają. Nigdy nic na ten temat nie powiedział. Szczególnie dobrze pamiętam naszą rozmowę o smutku, jaki towarzyszy starości, bo umarł mój ojciec, a mama żyła sama jeszcze przez siedem lat. Chyba żadna ze znanych mi starszych osób nie podeszła do tego tematu tak filozoficznie jak ona. Mówiła o starości, która jest nasycona smutkiem, powraca do przeszłości, która jest pozbawiona planów na przyszłość. To była wstrząsająca rozmowa. Uświadomiła mi, że chociaż towarzyszę mamie codziennie, ona w swojej starości jest samotna.

Kilka lat temu mama zachorowała na nowotwór. Jej wielomiesięczne odchodzenie było najtrudniejszym okresem w naszym wspólnym życiu. Niełatwo patrzeć na cierpienie kogoś, kogo kochasz, albo słyszeć, że ta osoba nie chce już żyć. A mama już nie chciała - z powodu bólu, cierpienia, sposobu traktowania w Polsce starszych ludzi. Opiekowałam się nią i nie opuściłam do ostatniego tchnienia. W czasach, kiedy uciekamy przed śmiercią, udajemy, że jesteśmy wiecznie młodzi, nie krwawimy, nie cierpimy i nie umieramy, uważam to za swoje osobiste bohaterstwo. Bardzo trudno jest mi bez niej żyć. Na początku myślałam, że to wręcz niemożliwe. Jednak czas robi swoje. Nie ma jednak dnia, żebym nie myślała o niej. Co by zrobiła? Jak by ten problem rozwiązała? Na kogo by głosowała w najbliższych wyborach? Co by myślała i jak byśmy sobie mogły na ten temat porozmawiać?

Tych rozmów najbardziej mi brakuje. Mam przyjaciółki i przyjaciół, z którymi wiele rozmawiamy, ale tak istotnej relacji w moim życiu już nie ma. Nie potrafię wykasować z kontaktów jej numeru telefonu.

Sylwia Wachowicz - redaktorka w biznesowym piśmie branżowym

Bardzo ważna jest dla mnie mama i dwie przyjaciółki z czasów studiów - to uważam za jedną z większych korzyści studiowania. Ale naprawdę niezwykła jest moja relacja z siostrą. Sandra jest o siedem lat młodsza. Kiedy pojawiła się na świecie, byłam bardzo zadowolona, ale pamiętam to tak: kiedyś poprosiłam rodziców o psa lub siostrę (marzyłam o psie, ale byłam zbyt nieśmiała, żeby to powiedzieć wprost) i trochę mnie zdziwiło, że łatwiej im się było postarać o siostrę niż o psa!

Z powodu różnicy wieku nasze stosunki nie zawsze były idealne. Gdy ja zaczęłam dorastać, ona była dzieciaczkiem. Bywało, że przychodziła do mnie, kiedy nie chciałam, wszystko powtarzała rodzicom - to mnie wkurzało. Ale jak miała 12-13 lat, zaczęło nam się dobrze układać. Zawsze byłam z niej dumna. Gdy miała sześć lat, okazało się, że ma talent do piłki nożnej; najpierw grała z chłopakami na podwórku, potem w klubie sportowym. W końcu wyjechała na studia do Wrocławia, gdzie podpisała umowę z profesjonalnym klubem. Niestety, z powodu kontuzji musiała zrezygnować, ale jest asystentką trenera w szkole piłkarskiej. Obie jesteśmy wrażliwe, mamy podobne poczucie humoru, świetnie się razem bawimy, ale każda ma swój świat.

Ona zawsze uprawiała różne dyscypliny sportu. Gdy tylko można było wystartować w jakimś biegu czy zagrać w ping-ponga, od razu się zgłaszała. To nas różni. Ja nie potrafię złapać piłki. Czasem specjalnie coś mi rzuca, żeby sprawdzić mój refleks. Ja jestem za to lepsza w kobiecych sprawach, zaraziłam ją na przykład kolekcjonowaniem kolczyków.

Nie kontaktujemy się często. Potrafimy nie rozmawiać przez półtora tygodnia. Ale wiem, że zawsze mogę na nią liczyć i gdyby działo mi się coś złego, ona rzuci wszystko, żeby do mnie przyjechać. Gdy leżałam w szpitalu, Sandra z drugiego końca Warszawy przywoziła mi zupy, żebym miała dobre jedzenie.

Ona zawsze jest dla mnie, ale nie lituje się nade mną. Kilka lat temu miałam poważne problemy ze zdrowiem. Bardzo ciężki okres. A Sandra świetnie zareagowała na tę wiadomość - wspierała mnie, ale bez użalania się. Nie analizowała tego, tylko przyjęła jako rzecz normalną, z którą trzeba sobie radzić.

Ona potrafi mnie zaskoczyć. Ostatnio siedziałam długo w pracy, byłam głodna, ale nie mogłam wyjść. A tu SMS: ''Sis, zejdziesz na dół? Mam coś dla Ciebie''. Tak znienacka! Bo była niedaleko na siłowni i postanowiła wpaść z przecudownymi sałatkami (ona bardzo dobrze gotuje). Nie bez powodu mówię, że jest najukochańszą siostrą na świecie.

Świetne jest też to, że przy niej mogę być sobą ze wszystkimi moimi wadami. Zdarzyło się, że gdzieś pakowałam się do wyjazdu w ostatniej chwili i dzwoniłam do niej, prosząc: ''Mogłabyś wpaść i mi posprzątać, bo nie miałam czasu tego zrobić?''. Wiem, że mogę sobie na coś takiego pozwolić, a ona mi pomoże, nawet jeśli na początku będzie zła. Gdy byłam w trudnym związku, bardzo mnie wspierała, mimo że nie rozumiała tego, co działo się w tej relacji. Teraz, kiedy mam wspaniałego partnera, ona dzieli moją radość. I uwielbiam to, że moje przyjaciółki i mój chłopak lubią moją siostrę. To dla mnie bardzo ważne. Bo ona zawsze będzie przy mnie. Nasze światy - choć są odrębne - będą połączone. Chcę, żeby była przy mnie, gdy będę miała dziecko, żeby zaraziła je miłością do sportu. Już się cieszę na myśl, że moje dziecko będzie miało taką fajną ciocię.

Naturalne jest dla mnie to, że ona ma klucze do mojego mieszkania. Więc nie wyobrażam sobie, żeby moja siostra i mój chłopak się nie dogadywali. Może musiałabym zmienić faceta? Ale tak poważnie - gdyby między nimi nie grało, to znaczyłoby, że to nie jest mężczyzna dla mnie.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.