Kiedy w Cannes w smokingu prezentował pan "Bestie z południowych krain", wyglądał pan na skonsternowanego.

Myślałem o drodze, jaką przeszedłem. O jej początku. Opustoszałej stacji benzynowej na pustkowiu Luizjany, tamtejszym słońcu, nowoorleańskich rozmowach z przyjacielem w oblepionym lukrem piekarskim fartuchu. Miałem wrażenie, że z głębin oceanu przeniosłem się w kosmos. Ale oba te światy są fascynujące.



Co pana rzuciło do Nowego Orleanu?

W 2006 r. kręciłem tam 25-minutowy film o ludziach, którzy przetrwali huragan.
Pozostało 94% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.