Kiedy w Cannes w smokingu prezentował pan "Bestie z południowych krain", wyglądał pan na skonsternowanego.

Myślałem o drodze, jaką przeszedłem. O jej początku. Opustoszałej stacji benzynowej na pustkowiu Luizjany, tamtejszym słońcu, nowoorleańskich rozmowach z przyjacielem w oblepionym lukrem piekarskim fartuchu. Miałem wrażenie, że z głębin oceanu przeniosłem się w kosmos. Ale oba te światy są fascynujące.



Co pana rzuciło do Nowego Orleanu?

W 2006 r. kręciłem tam 25-minutowy film o ludziach, którzy przetrwali huragan. Miałem spędzić w Luizjanie kilka tygodni. Ale nie umiałem już wrócić do codzienności. Ten stan działa na mnie jak magnes. Wszystko w nim dzieje się na krawędzi, rozgrywa w cieniu nadchodzącego kataklizmu. Mieszkańcy dobrze znają zapach, jaki unosi się w powietrzu przed nadejściem sztormu, który może zmieść całe otoczenie. Ciągle istnieje ryzyko powodzi, ziemia nasiąka jak gąbka. Jeśli wykopie się dół na kilka stóp, tryska z niego woda. Ale rośliny rosną wyżej i szybciej niż gdziekolwiek indziej, mienią się tysiącami kolorów. Każdego dnia pojawiają się nowe, wielobarwne owady. Życie ma większą wagę, bo wciąż pozostaje się na łasce żywiołu potężniejszego niż człowiek.
Pozostało 88% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.