Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
2.10.2015, godzina 4 rano, lotnisko w Pradze

Żegnamy się z moją Mamusią i Tatkiem. Już dawno nie widziałam tak wzruszonej Mamy - mocno mnie uściskała i wsiadła do samochodu. Nie mogła powstrzymać łez. Jeszcze pamiętam to zdjęcie, które zrobiła na moją prośbę. Wtedy nie wiedziałam, co spotka moją rodzinę za sześć miesięcy. Jednego nigdy się już nie dowiem - czy Mamcia już coś wtedy wiedziała? Czy coś przed nami ukrywała? Przecież jej intuicja nigdy nie zawodziła... Dwa tygodnie przed wylotem, obie popłakałyśmy się jak bobry: rozmowa o starości (ja się pytałam: "jakiej starości?"), poważnej chorobie... Mimo wszystko się nie domyśliłam. Spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba!

Podróż planowałam przez kilka miesięcy. Otrzymaliśmy ogromne wsparcie od rodziny i przyjaciół, którzy razem z nami cieszyli się tym, co było dane nam zobaczyć i poznać. Z biletem w jedną stroną polecieliśmy do Ameryki Południowej (pierwszym przystankiem była Brazylia).

Kiedy wsiedliśmy na pokład samolotu, towarzyszyła mi huśtawka emocji. Obok mnie siedział Marco, z którym spędziłam 24 godziny na dobę przez sześć miesięcy podróży. Nigdy się na nim nie zawiodłam, był moim ogromnym wsparciem i promyczkiem.

Mamci zdawałam codzienne relacje na WhatsAppie i meldowałam się z każdego miejsca, do którego docieraliśmy. Wysyłałam też zdjęcia, które tak bardzo kochała. Zawsze pytałam, czy pokazywała je Tacie, pasjonatowi przyrody. Bo to jednak Mama obsługiwała wszystkie apki i social media. Taka już była, wszędzie jej było pełno.

Ten dzień, kiedy zaparło jej dech w piersiach po zobaczeniu zdjęć z Wodospadów Iguazu, i jej słowa: "Cieszę się razem z Tobą, bo mi już pewnie nie będzie to dane". Pomyślałam sobie: "Dlaczego?", ale nie dopytałam - każdy czasem coś powie bez zastanowienia.

Początek lutego 2016 roku

Dostałam wiadomość od Mamy, że bolą ją plecy. Prosiłam, błagałam, żeby poszła do lekarza. Miała zaplanowany wyjazd do Ciechocinka. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że to coś poważnego. Zawsze unikałam negatywnych myśli.

Po powrocie z Ciechocinka rozpoczęła się wędrówka po lekarzach i szpitalach. Zabiegi, operacje. Pod koniec lutego postawiono diagnozę paskudnego choróbska. Byłam wtedy w Meksyku albo Argentynie, ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Nie byłam obok Mamy - nie mogłam jej ani przytulić, ani wziąć ciężaru tej wiadomości na swoje barki. Przez prawie miesiąc żyłam w niewiedzy. Idealnie się kamuflowała. Mojego Tatę ubłagała, żeby nic mi nie mówił. Swoją najmłodszą siostrę też przekonała... Ciągle powtarzała, że nie chce zepsuć moich planów i marzeń (piszę to i ściska mi gardło, a łzy napływają do oczu).

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Dwa tygodnie przed przylotem do Polski (skąd w ogóle mogłam wiedzieć, że takie nieszczęście spotka moją rodzinę?) byłam bardzo niespokojna i rozdrażniona. Nieprzespane noce, chandra, czułam, że nadchodzi coś złego (no tak, intuicja po Mamie).

Rozmowa na Skypie z Mamą już wtedy dała mi do myślenia - niby czuła się lepiej, nic jej nie bolało, ale ciągle zadawała pytanie: "Kiedy planujecie wrócić?". A ja byłam trochę zmieszana, bo Mamiś doskonale wiedziała, że nie nastąpi to w 2016 roku. I nagle zobaczyłam, że zaczyna płakać. Zapytałam: "Dlaczego płaczesz, Mamiś?". Odpowiedziała, że z tęsknoty, że ma ostatnio gorsze dni, że dużo o mnie myśli. Strasznie się wtedy wzruszyłam, ale mój niepokój wzrósł.

Ciągle byłam pozytywnej myśli i nie dopuszczałam do siebie, że to poważna choroba. Ciągle miałam w głowie, że to przejściowe, że minie. Trzeba wierzyć do ostatniej sekundy.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl



Nadszedł ten dzień: Mama miała mieć "drobny" zabieg. Okazał się poważną operacją, po której nie dostałam od niej już żadnej wiadomości. Stres sięgnął wtedy zenitu. Dodatkowo Marco też podupadł na zdrowiu, złapał coś w Kolumbii.

Mama już się nie odezwała. Napisał Tata. Próbował się dodzwonić od dwóch dni, ale (jak na złość) polska karta SIM odmawiała posłuszeństwa. A milczenie Mamy nie dawało mi spokoju. Na szczęście udało się odblokować kartę. Wiadomość od Taty zwaliła mnie z nóg. Sięgnęłam po telefon Marco. Ciągle dzwoniłam, ale Tata odrzucał połączenie. Wdech i wydech. W końcu do mnie oddzwonił. Wtedy zaczął się prawdziwy koszmar.

Wyobraź sobie, że otrzymujesz wiadomość, która przewraca życie do góry nogami. Nie tylko tobie, ale również twoim bliskim. Marco bez chwil zastanowienia rzucił: "Wracamy!". Ja w płaczu, rozpaczy i niemocy skuliłam się w kąt. Tysiące myśli, ale wśród nich ciągle to samo pytanie: "Dlaczego?". To pytanie nie opuszcza mnie do dzisiaj. Spakowaliśmy plecaki i pojechaliśmy na lotnisko. Mieliśmy wracać do Argentyny, ale udało nam się zmienić loty tak, żeby wrócić do Europy. Wtedy nie liczyło się już nic. Chciałam być obok osoby, która dała mi życie, która mnie wychowała i nauczyła kochać.

Serce mi ściska na samą myśl, że nigdy jej nie przytulę (tak jak kiedyś), że nie przegadamy całej nocy (tak jak kiedyś), że nie wyruszymy we wspólną podróż... tak jak kiedyś.

Autorka listu prowadzi bloga: oneway2freedom



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.