Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Z mojej emigracji nie ma powrotu. Pozostała podróż przed siebie.

Wszystko zaczęło się w 1993 roku, kiedy wraz z mamą, siostrą i bratem dołączyliśmy do taty w Kanadzie. Miałam 14 lat. Zostawiłam za sobą klub w piwnicy, podwórko pełne bliskich przyjaciółek, zbieranie dzikich jeżyn w sąsiednim lasku i znajomość każdego zakątka małego miasteczka, w którym nie dało rady się zgubić. Z tamtych czasów pozostały mi tylko znaki zapytania i rozdrapane strupy.

Tu znajdziesz wszystkie materiały z akcji "Polki bez granic"

Strachu, ciekawości i nadziei nie da się opisać. Pierwsze wrażenie w drodze z lotniska: wszystko szare, betonowe i kanciaste. Wiał wiatr. Mieszkanie betonowe. W moim i siostry pokoju tylko jeden sprzęt - materac. Pierwszy posiłek - KFC.

Na początku nieustannie pisałam do koleżanek. Omijałam w listach brak mebli, żałosne ubrania, kłótnie rodziców, zasiłki społeczne - detale niezgodne z obrazem życia za granicą. Czułam się ogromnie samotna. Jest mi trudno czytać stare pamiętniki bez łez.

2 października 1993 był pierwszym dniem dwuletniej żałoby

Stopniowo traciłam Lucynę i wszystko, co ją określało. Zaczęła formować się Lucy. To ona zdobywała pochwały od nauczycieli za świetne oceny i bury od ojca za stratę wiary w Boga. Ona przyjaźniła się z Hindusami i muzułmankami z Somalii. W soboty wraz z całą rodziną dostarczała ulotki do pięknych domków (o jakich marzyła i pewnego dnia sobie kupiła), bo w Kanadzie emigrant ciężko pracuje, by być dostatecznie biednym.

To Lucy znalazła mężczyznę o wyjątkowym intelekcie i niezbędnym poczuciu humoru. Lucy urodziła dzieci, których nie nauczyła mówić po polsku. Zamiast tego zapisała je na lekcje francuskiego. Czuje się winna, że z repertuaru polskości oferuje im tylko naleśniki i pierogi i od czasu do czasu śpiewa "Na Wojtusia z popielnika". Lucyna ubolewa, że kiedyś pięknie mówiła i pisała po polsku, a teraz sprawdza co piąte słowo na Google Translate.

Polecamy: "Straciłam głowę dla Węgier"

Lucyna i Lucy to dwie gałązki tego samego krzaka. Lucy nauczyła się wiele o polskiej historii w Kanadzie. Wyszukuje polskie filmy i książki, czyta polskie wiadomości i codziennie włącza coraz więcej polskich słów przy śniadaniu. Damian i Amelia potrafią powiedzieć: "dzień dobry", "dziękuję", "chcę sok", "chcę naleśniki", "chodź tutaj" i "kocham cię".

W tym roku Lucy zabiera rodzinę do Polski, by odkurzyć tam swoje miejsce i rozdrapać strupki. Ma nadzieję, że większość ran Lucyny już się zagoiła.



List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic) Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu "Księga emigrantów". Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.